Archive for January, 2009

Charles Reznikoff

January 23, 2009

This smoky winter morning
do not despise the green jewel among the twigs
because it is a traffic light.

***
The house-wreckers have left the door and a staircase,
now leading to the empty room of night.

***
What are you doing in our street among the automobiles, horse?
How are your cousins, the centaur and the unicorn?

***
Among the heaps of brick and plaster lie a girder,
still itself among the rubbish.

Advertisements

Wong Kar Wai

January 21, 2009

My first glimpse of Wong Kar Wai’s oeuvre was the “2046” website shown to me by my excited husband, who wanted to check the premiere details. The website was all Metropolis-like skyscrapers dotted with high-tech billboards and this, plus the title, plus my husband’s interests, made me think the film was a science fiction one. It turned out to be a dreamy nostalgic drama set in night clubs and diners of the 1960s Hong Kong, a drama about impossible love which always comes too early or too late or with too much jealousy or at a great price.

I used to think “2046” is just a sequel to “In the Mood for Love”, a film which is even more dreamy as the actors playing in it didn’t actually know what the plot was about and spent a year or so acting out different unrelated scenes, and the female lead has a different quipao in every scene although the heroine couldn’t possibly afford it. This time there’s only one love story, the one of the writer from “2046” and his neighbour’s wife. It’s wonderfully presented: it is his wife and her husband who had an affair first, we never see the spouses’ faces (and their bodies were played by the two leads anyway) and the lovers never declare love or kiss or go to bed so perhaps they are not lovers at all and it’s just our western imagination going wild?

I used to think “2046” is just a sequel to “In the Mood for Love” and so seemed to do most of the reviewers, but in fact it’s the last part of a trilogy, the first part being “Days of being wild” with multiple love stories again and as sad as usual. The three films are all objects and tunes – the light switches, the wallpapers, the phones give you (at least if you remember them from your grandma’s flat) as much kick as the sambas, the cha-chas and Nat King Cole singing in Spanish with a heavy American accent.

If you are more into stories than moods, Wong Kar Wai has also made the best romantic comedy ever and that’s the second of the two novellas that are “Chungking Express”. A word of warning though – it’s a romantic comedy for those who don’t want an ending on the Empire State Building or at Heathrow Airport or in the rain, nor any kissing/running into the arms etc. I like “Chungking Express” just as like “Toutsie”, in which the two leads, instead of becoming a couple at the end, walk away from us talking about which dress is HE going to lend HER.

A great thing about Hong Kong cinema is that you keep bumping into your favourite actors without even planning this. In “2046” there are Tony Leung, Faye Wong and Carina Lau. In “In the Mood for Love”: Tony Leung and Maggie Cheung. In “Days of being wild”: Maggie Cheung, Jacky Cheung, Carina Lau and Andy Lau, and the last three minutes of the film is just Tony Leung preparing for a night out. In “Chungking Express”: Tony Leung, Faye Wong. In “As tears go by”: Andy Lau, Maggie Cheung, Jacky Cheung. In the “Infernal Affairs” trilogy (best thriller of all times): Tony Leung, Andy Lau, Carina Lau. Well, it’s a great thing about Chinese cinema as such, not only Hong Kong. After all you can see Tony Leung in “Hero” (with Maggie Cheung) or “Chinese Odyssey” (with Faye Wong). And so on and so forth. It’s just that I like Cantonese more. Unless it’s the Mandarin of Chen Daoming (Hero, Infernal Affairs III) 🙂

Płoteczki

January 8, 2009

Kiedy chodziłam do liceum, miałam w zwyczaju zapisywać śmieszne wypowiedzi swoich kolegów i nauczycieli – tak zwane „płoteczki”. Uzbierałam ich ponad dwieście pięćdziesiąt. Ja powspominam, a Wy się pośmiejcie.

 

Profesor: „Kuby nie ma dzisiaj?”

Michał (szczerze i niewinnie): „Jak to, przecież widziałem go, jak siedział w szatni.”

 

[przerabiając Romantyzm] „Nazywam się milijon… dla przyjaciół bańka.”

 

[na wycieczce klasowej] „Za 25 minut pobudka!”

 

Tekst dla spóźniającego się z grupą kolegów: „Przyprowadziłem spóźnialskich, panie profesorze.”

 

Praktykantka na biologii do przeszkadzającego w lekcji: „To było drugie i ostatnie ostrzeżenie!”

Marek (srogo): „A później buzi!”

 

Profesor: „Przyznaj się, z czego korzystałeś pisząc pracę?”

„Z lekcji WF-u, pani profesor.”                                             

 

Profesor: „Wszystko, co nie jest związane z językiem polskim schowajcie do teczek.”

Kolega-ścisłowiec: „Ciekawe, jak ja wejdę do tej torby.”    

 

Kolega wpada na niemiecki dziesięć minut przed dzwonkiem:

„Bardzo przepraszam za spóźnienie, ale byłem na WF-ie z czwartą d.”     

 

Jasiu odpowiada przy tablicy.

Profesor (niespodziewanie): „Jaką lubisz czekoladę?”

Jasiu: „Mleczną z orzechami.”

Błażej [srogo]: „A pan profesor inną!”                                                                

 

Olek w środku lekcji: „Czy mogę coś zjeść?”

Prof. (srogo): „Nie je się na lekcji!”

Olek (wskazując na kolegę): „A on może!”

Prof.: „Wyjątkowa sytuacja, facet umiera z głodu.”

Olek: „Ja też!”

Prof.: „To sobie umieraj!”

Olek: „A gdzie funkcja pedagogiczna?”

Prof.: „Nie ma, jestem złym pedagogiem.”                                               

 

I tak dzień w dzień…

Filuś i Ziutka (2)

January 8, 2009

Ziutka domagała się bajki. I to wcale nie na dobranoc. Lubiła wysłuchać bajki tuż po przebudzeniu, bo przecież historyjka mogła być straszna i wywołać nocne koszmary. Ziutka nigdy jeszcze nie miała koszmaru, ale nasłuchała się jak żali się na nie ciocia Lusia. Koszmary cioci nie były byle jakie, ale wojskowe. Ciocia narzekała zawsze, że są bardzo głośne i że się w końcu przez nie wyprowadzi, takie to były koszmary wojskowe, pewnie pełne wybuchów i strzelanin. Ale Ziutka, jeśli i ją dopadłyby takie złe sny, była zbyt mała, żeby się ot tak wyprowadzić, dlatego dbała bardzo o to, aby nic zakłóciło jej nocnego wypoczynku. I domagała się bajek rano.

   – Opowiedz mi jakąś dobradzienkę Filusiu, proooooszę.

   – Dobrze, ale mi nie przerywaj. – łaskawie zgodził się Filuś. – Dawno, dawno temu, w zeszłą sobotę, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, Staszek Dzierlatka został zmuszony do rodzinnego wyjścia do ogrodu zoologicznego. Zmuszony, ponieważ był środek lata, a Stach bardzo nie lubił się opalać i, jak to u osób unikających słońca bywa, był bardzo blady. Na szczęście, w połowie spaceru rodzinka Stacha, złożona z mamusi, tatusia i siedmiu siostrzyczek, postanowiła spożyć zabrane z domu bułeczki i przysiadła nad stawem. Stach nareszcie mógł schronić się w cieniu. Traf chciał, że w tym samym cieniu, pod okazałym platanem, znajdowała się malutka wioska, wioska tak tycia, że skrytej w cieniu można było w ogóle nie zauważyć. I tak blady Stach padł na wioskę.       

   – Czy to już wszystko?

   – Oczywiście, że nie. Mówiłem ci, żebyś mi nie przerywała. Staszek zerwał się natychmiast na równe nogi, a …

   – Jakie nogi?

   – Równe. Proste. Jak się kładziesz, to przecież zginasz nogi.

   – A z czego się zerwał. To on wszedł na to drzewo ?

   – On się poderwał, a nie urwał. Urwać to się można z choinki, a nie z platanu. A Stach się zerwał, czyli wstał raptownie i wydał z siebie donośny okrzyk. Tylko nie pytaj się w jakim wydawnictwie go wydał. Okrzyk popędził na falach dźwiękowych w stronę sióstr Stacha i, jak na donośny okrzyk przystało, doniósł im, że Stach potrzebuje pomocy, z którą natychmiast mu pospieszyły. I one nie dostrzegły wioski, doszły więc do wniosku, a zajęło im to zaledwie minutkę, albowiem wniosek ten leżał niedaleko, że ich ukochany brat doznał porażenia słonecznego. Odtąd już nikt nie zmuszał Staszka Dzierlatki do przebywania na słońcu. Postanowiono jednak, dla zachowania równowagi, zachęcić go do przebywania na Księżycu i wysłano do szkoły dla kosmonautów. Ale to już zupełnie inna historia.        

Filuś i Ziutka (1)

January 8, 2009

Filuś i Ziutka postanowili napisać o sobie książkę.

   – To, że nie potrafimy jeszcze pisać wcale nie stoi  nam na przeszkodzie. – oznajmił Filuś przejętej Ziutce pewnego zimowego poranka. – My sobie tę książkę po prostu zapamiętamy, wymyślimy ją i nauczymy się jej na pamięć, a potem będziemy przekazywać ustnie następnym pokoleniom.

   – Ale ja nie znam żadnego pokolenia. – przestraszyła się Ziutka, która wyobraziła sobie jak stojąc na chwiejnym taborecie wchuchuje groźnie wyglądającemu pokoleniowi ich książkę do buzi, a następny w kolejce pokoleń krzyczy na nią, że ma wchuchiwać staranniej, bo przekazywanie książki to ważna rzecz.

   – Bo one się dopiero muszą pojawić. Najpierw my pobędziemy sobie pokoleniem, a dopiero potem przyjdzie następne. A my przekażemy im naszą książkę, żeby o nas pamiętali. – głos Filusia był pełen dumy, jak przystało na głos człowieka, który wie, że przejdzie do historii.

   – To ja też jestem pokoleniem? – Ziutka nie wiedziała czy się cieszyć czy smucić. Jeśli i ona była pokoleniem, to te następne nie musiały być wcale takie groźne. Ale dlaczego miała być pokoleniem? – Przecież nie leżę cały dzień na tapczanie, prawda? Nie jestem bezrobotna?

   – Ojej, pokolenie nie znaczy to samo co lenie. – zdenerwował się Filuś  – A bezrobotna jesteś, bo nie chodzisz do pracy. Nie zarabiasz pieniędzy. No, ale ty jeszcze nie musisz, więc nikt się tym nie przejmuje. Jak ktoś jest już duży i bezrobotny, to wtedy dopiero jest bardzo smutno.

   – A Ujek, jak mówił, że jest bezrobotny, to leżał cały dzień na tapczanie. – powiedziała przekornie Ziutka, która zrozumiała już, że bezrobotny to nie to samo co leniwy, ale chciała się jeszcze trochę podrażnić.

   – Bo Ujek był w depresji. Depresja to takie miejsce, które leży niżej niż morze, więc trudno się z niej wygrzebać. A Ujek miał depresję w głowie, więc nikt nie mógł mu pomóc wyjść z takiego dołka, bo przecież nie można wejść komuś do głowy.

   – To dlatego Ujek pracuje teraz w wieżowcu? Żeby pokazać depresji, że może leżeć wyżej? – Ziutce bardzo spodobało się takie rozwiązanie.  Miała tylko nadzieję, że sama nie ma w głowie dołka, do którego mogłaby przypadkiem wpaść, bo musiałaby się wtedy pewnie przeprowadzić na dziesiąte piętro do Moniki Karłowicz, której bardzo nie lubiła.

   – Nie, to nie tak. – westchnął Filuś. – Za mała jesteś, żeby to wszystko zrozumieć. – I postanowił poczekać z pisaniem książki do czasu, kiedy Ziutka zrozumie, że, żeby przejść do historii, nie wystarczy przejść się wokół kamieniczek na rynku. 

On Japan in 2006 (7)

January 6, 2009

Po Kioto pojechaliśmy do Hiroszimy. Miasto, może przez tramwaje i krzywe chodniki wokół dworca, wydaje się ciut bardziej swojskie. Ale tramwaj wita i żegna podróżnych długą, grzeczną tyradą w dwóch językach, a obsługują go umundurowani panowie w białych rękawiczkach. Zaciekawiły nas zdobiące wnętrze tramwajów symbole karpia – były nawet na dyndających z sufitu uchwytach do rąk. Okazało się, że główny stadion baseballowy w centrum miasta, znajdujący się jakieś 50 metrów od miejsca, nad którym wybuchła bomba atomowa, nazywa się Hiroshima Carp. Akurat (sobota, ok. 10 rano) zaczynał się mecz, na który ciągnęły tłumy, w tym całe rodziny. Każdy kibic (zwłaszcza niepełnoletni) uzbrojony był w parę pomarańczowych (plastikowych?) kijów, którymi rytmicznie uderzał o siebie (tzn. jeden kij o drugi), żeby dopingować graczy. Te chóralne uderzenia słychać z bardzo daleka, choćby z hiroszimskiego zamku. Jeszcze o karpiach: były to oczywiście karpie japońskie – ozdobne, stylizowane na długie, barwne proporce-latawce. Takie karpie wywiesza się przed domami z okazji wspominanego już Dnia Dziecka (5. maja). Kiedyś wywieszano tyle karpi, ile w rodzinie było synów. I jeszcze o obchodach Dnia Dziecka. Oprócz wywieszenia karpi i przyrządzenia zielonej plasteliny z lotosu, mamusie (tatusiowie w pracy) muszą jeszcze przygotować specjalne czapeczki z origami i ołtarzyk (może być ze zdjęciem pociechy). W czasopiśmie dla matek widziałam nie propozycje przyozdobienia mieszkania (jak ustawić te wszystkie karpie, ołtarzyki, czapeczki, łódeczki itp. np. na komodzie), ale zdjęcia kompozycji „przed” i „po” (poprawką eksperta), dla mnie nie za bardzo się różniących[i]. Muzeum o bombie atomowej jest straszne i jego opis pomijam, nadmienię tylko, że wygląda jak obleśne socjalistyczne centrum handlowe na blokowisku lub przychodnia (taki beton bez okien), ale tu ten pomysł się sprawdza – budynek zbudowano z dobrych materiałów i od początku o niego dbano. Zaskoczyły mnie słynne łańcuchy z papierowych żurawi. Wiedziałam, że zdobią pomnik ofiar dziecięcych (żurawie robi się przed egzaminami i chcąc wyzdrowieć np. z białaczki), ale nie wpadłam na to, że praktyczni Japończycy zbudują na nie wkoło pomnika przeźroczyste pojemniki, w których wiesza się sznury, uprzednio zapisawszy ich liczbę i pochodzenie (i może liczbę żurawi w łańcuchu, kto wie) w specjalnym formularzu. Coś jakby na Wszystkich Świętych trzeba było umieszczać znicze w specjalnych pojemnikach, żeby nie zgasły albo żeby ich nikt nie ukradł. Kto wie, może turyści kradli te żurawie? Są bardzo ładne, kolorowe – ich miniaturki można kupić w sklepach z pamiątkami (sklepy z pamiątkami po wybuchu bomby atomowej? Hm…).

Gdy siedziałam w Parku Pokoju, podeszły do mnie dwie jehowitki – nawet Japonki-jehowitki da się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Spytały mnie po angielsku, jak długo będę w Hiroszimie itd. Kolejnego pytania z rzędu już nie zrozumiałam (oni wymawiają angielskie słowa tak jak się pisze), więc panie pokazały mi swój spis pytań! Było ich ok. 30. Oczywiście dostałam „Strażnicę” (po angielsku niestety).

A potem na zamek. Zamki japońskie (te warowne, piętrowe) są zabawne, ponieważ chyba wszystkie to betonowe repliki. Wchodzi się do środka, a tam schody przeciwpożarowe, srebrna winda, automaty z napojami i inne atrakcje (eksponaty muzealne). Najładniejszy jest widok z góry. W Hiroszimie zamek stoi nad piękną rzeką, na skraju parku. Można było przebrać się w kimono i zbroję samuraja, ale nie wiedzieć czemu wywieszono je przy windzie towarowej, więc trudno było o nastrojowe zdjęcia.

A potem już cały czas malowniczo lało.

Byliśmy w tzw. Ogrodzie Skurczonych Widoków, ale po ogrodach w Matsushimie i Kioto nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. A potem wspięliśmy się na fajną górę w centrum, na której mieści się biblioteka z samymi mangami. Nasi towarzysze zachowywali się jak dzicz i rozwiesili swoje mokre kurtki na… tablicach ogłoszeniowych biblioteki. Japończycy nie mieli żadnych mokrych kurtek, bo to roboty. Ale mieli parasole. W Japonii parasol trzeba mieć taki bez składanej rączki, z ostrym czubkiem, bo inaczej nie można korzystać ze stojaków na parasole, których jest tam na pewno więcej niż koszy na śmieci. Niektóre stojaki mają indywidualne kłódeczki, a czasami zamiast stojaka jest maszyna zawijająca parasol w folię, żeby nie kapał w sklepie. Pilot zaprowadził nas na tę górę okrężną drogę, ale po przejściu tunelu przy trasie szybkiego ruchu było już fajnie, bo trafiliśmy do dzielnicy willowej, a na zboczu była buddyjska świątynka.

Wieczorem byliśmy na zakupach i okonomiyaki. To taka mieszanina ciasta, makaronu i dodatków (trochę jak do pizzy), którą ścina się na podgrzewanym blacie. Wyczytaliśmy w przewodniku, że w jakimś wieżowcu na jednym piętrze są cztery restauracje specjalizujące się w tym specjale, więc poszliśmy tam w 10-osobowej grupie. Z przedsionka podziemnego parkingu weszliśmy do srebrnej windy, spodziewając się wnętrz jak z tej sceny z „Bezsenności w Seattle”, kiedy Meg Ryan patrzy na Empire State Building z innego wieżowca, w którym je kolację. Tymczasem po wyjściu z windy znaleźliśmy się w… Azji. Takiej jak z filmów o wojnie wietnamskiej. Ciasne wnętrze (drzwi do toalety miały 0,5 m szerokości) bez okien wypełniały stoły, stołki, krzesła i ławy. Kuchnie (wielkości tych na Ratajach) z całym zapleczem (baniaki, pudła, ścierki) otwierały się na bliżej nie wytyczoną „przestrzeń jadalną”, a część klientów siedziała „przy barze”, czyli oddzielającym kuchnie od reszty kontuarze z podgrzewanymi blatami. Hałas, zapachy etc. Gdzie te cztery restauracje? Prawda wyszła na jaw, gdy któryś z naszych chciał wziąć przyprawy z innego stolika: każdy stolik (8-osobowy) należał do innej restauracji. Ale jedzenie pycha i w Osace poszliśmy na okonomiyaki jeszcze raz.

W Hiroszimie mieszkaliśmy w skromnym hoteliku. Okna naszego pokoju wychodziły malowniczo na mur. Najlepsze było śniadanie – „europejskie”. Pewnie tak samo czuje się Azjata jedząc coś „azjatyckiego” w Polsce. Rozumowano zapewnie tak: „Hm, my tu w Japonii jemy do wszystkiego zupę miso. Suzuki, jaką znasz europejską zupę? Krem ze szparagów mówisz? Ok, niech będzie – oczywiście w małej miseczce. My jemy ryż, a oni makaron… Suzuki, jakie znasz europejskie danie z makaronem? Carbonara mówisz? Dawaj. [Maleńka porcyjka – na szczęście na ciepło]. No i sadzone jajko, Amerykanie/Europejczycy kochają sadzone jajka, prawda? [bez chleba]”. Do tego trochę białej kapusty i finezyjnie pokrojone jabłko (w Japonii egzotyczne). I tost z dżemem. Smacznego.

Następnego dnia wyprawa na wyspę Miyajima. Do portu dojechaliśmy tramwajem – nigdy w życiu nie jechałam tramwajem ponad godzinę. A potem prom. Czytałam w przewodniku, że na wyspie są sarny, ale nie spodziewałam się, że ich spore stado będzie stać na wyasfaltowanym placu przed wyjściem z terminalu promowego. Żeby coś zjeść na Miyajimie na ulicy i nie podzielić się z sarną, trzeba jeść stojąc na ławce, a druga osoba musi je opędzać. Jedzą też bilety wstępu i mapy. Zapraszamy!

Miyajima jest górzysta, góry są lesiste, nad koronami drzew wisiała gęsta, romantyczna mgła. Ślicznie się na tym tle odcinały jaskrawoczerwone budynki świątyń, tori i pagody. Tylko z kolejki linowej na szczyt Misen nie było nic widać. Przypływ wzbierał szybko, kilku panom z wycieczki udało się w ostatniej chwili dojść (boso) pod tori. Główna świątynia (sintoistyczna) jest zbudowana na pomostach. W mule można przyuważyć różne skorupiaki, a następnie skonsumować je przy jednym z licznych straganów. Na wyspie jest też oceanarium i piękny kompleks świątyń buddyjskich ukrytych za zboczu góry. W tym drugim nie ma turystów – rewelacja. Rewelacyjna jest też uliczka prowadząca do dolnej stacji kolejki – najpierw sklepy z cudownymi pamiątkami i ogromnymi rzeźbami (w cenie samochodu), a potem piękny ogród. W górach jest dużo ślicznych szlaków i małp. Małpy oblegają górną stację kolejki, ale nie wolno ich dokarmiać, bo kradną aparaty fotograficzne. Informują o tym napisy we wszystkich możliwych językach, w tym także po polsku. W górnej stacji kolejki są specjalne szafki, w których przed wyjściem na zewnątrz należy schować wszystko, czego nie chce się zobaczyć w objęciach umykającej małpy.

Wieczorem tego samego dnia pojechaliśmy do Osaki. Pierwszą noc spędziliśmy w tak ogromnym hotelu, że rano nie potrafiliśmy znaleźć sali, w której podawano śniadanie. Sal było kilka do wyboru, my poszliśmy do tradycyjnej japońskiej, gdzie obsługiwały starsze damy w kimonach.

W Osace byliśmy na zakupach. Niestety w rękawy japońskich bluzek nie byłam w stanie wsadzić ręki – zapewne pierwszy raz miałam do czynienia z rozmiarem 32. W ramach zakupów byliśmy między innymi w domu towarowym. Tak na marginesie, cześć schodów ruchomych w Japonii coś gada, nie wiem, czy dziękują za skorzystanie z tej formy transportu (w Hiroszimie tramwaj dziękuje po japońsku i po angielsku), czy ostrzegają, że zaraz się skończą. Przy okazji zetknęliśmy się z jedną z ukochanych czynności Japończyków, a mianowicie pakowaniem. Szlafroczki (yukaty) zapakowano nam „normalnie”, tzn. jedynie owinięto w firmowy papier, sklejono firmową naklejką i wsadzono do firmowych toreb. Za drugim razem, gdy kupowaliśmy miseczkę, postanowiliśmy wyłożyć te kilka złotych i skorzystać z wersji „purezento”, ciekawi, jak też w takim razie zapakują prezent. Pani od pakowania nie mówiła po angielsku. Usadziła nas na fotelach, zaczęła biegać jak oszalała, w tym na zaplecze (piętra w domu towarowym są duże, wiec było to mniej więcej tak, jakbyśmy zadali pytanie komuś z obsługi w środku Tesco, a on pobiegł po odpowiedź na zaplecze). Miseczka znikała pod kolejnymi warstwami bibuły, folii, papieru i kartonu (z plastikowym siankiem), a my musieliśmy wybierać papier ozdobny i wstążki z szerokiej gamy. Mój mąż odpakował ją dopiero po kilku tygodniach, bo żal mu było tej misternej roboty.

Acha, jeśli będziecie w Japonii i będziecie chcieli się spytać, o której zamykają sklep, musicie zrobić przy stanowisku informacyjnym minę osoby zastanawiającej się nad czymś, wskazać na panią za ladą, a potem zacząć udawać, że żegnacie się z niewidzialnymi osobami, mówiąc „bye, bye”. Podziałało. Pani nie zrozumiała wprawdzie zadanego wcześniej po angielsku pytania, ale odpowiedziała „nine o’clock”.

W naszym drugim hotelu w Osace (bliżej lotniska) po raz pierwszy (i ostatni) odważyłam się iść do publicznej łaźni. Dziś są one niestety/stety niekoedukacyjne. Do damskiej wchodziło się po wystukaniu szyfru na klawiaturze przy drzwiach. W szatni trzeba rozebrać się do rosołu – niedozwolone są nawet klapki, dozwolony jest jedynie mały biały ręczniczek, który mokry można położyć sobie na głowie (?). Za szatnią były automaty z napojami, fotele zwykłe i ze sterownym pilotem masażem i takie lustra z żarówkami dookoła jak w garderobach aktorek. Dalej umywalnia („obmywalania”), czyli niskie boksy ze stołeczkami, na których się siada, i wiaderkami, którymi się polewa. Tu trzeba się starannie namydlić i opłukać. A potem już hop do głębokiej komunalnej wanny, w której wodę o temperaturze powyżej 40 stopni dzieli się z gromadą skośnookich golasek. Taka mokra sauna.

Do Polski (właściwie do Niemiec) wracaliśmy z lotniska Kansai (Kansai to region obejmujący m.in. Osakę i Kioto), które leży na sztucznych wyspach, na które jedzie się groblą.  

Podsumowując, warto pojechać do Japonii ze względu na: egzotykę, jedzenie, świątynie, praktyczne drobiazgi, słodkie dzieci, głębokie wanny, maty, wybór akcesoriów (torebki, kolczyki, futerały), fantazyjnie ubranych młodych ludzi, artykuły piśmiennicze, drzewa, pismo i niespodzianki na każdym kroku.

Okropne są kucane toalety (zwłaszcza z mokrą podłogą), krajobrazy wielkomiejskie, ceny wody mineralnej, brak koszy na śmieci, dwanaście godzin podróży i klimat, jeśli  człowiek trafi na złą porę roku.

Zapraszamy! Nasi siatkarze już tam byli!        


[i] W tym samym czasopiśmie były zdjęcia 10-miesięcznych dzieci „przed” i „po” zabiegach fryzjerskich i też nie widziałam różnicy. 

On Japan in 2006 (6)

January 6, 2009

Program naszej wycieczki obejmował trzy cuda japońskiej natury. Po wysepkach Matsushimy przyszła kolej na mierzeję w Amanohashidate nad Morzem Japońskim[i]. Droga w obie strony zajęła przez Złoty Tydzień bardzo dużo czasu, ale za to oglądaliśmy nieco bardziej wiejską wieś niż tę pomiędzy Kioto a Tokio czy Tokio a Sendai. Pięknie zalesione góry, rzeki o zielonej wodzie, pola ryżowe. Charakterystycznym elementem krajobrazu, zwłaszcza podmiejskiego, są w Japonii wysokie na kilkanaście metrów metalowe siatki okrągłych boisk do baseballu spopularyzowanego w czasie amerykańskiej okupacji.

Sama mierzeja wygląda jak na egzotyczną plażę przystało – piasek bialutki, woda turkusowa, tyle że w maju ciut za zimno na kąpiel, a zamiast palm rosną sosny. W mierzei utrzymuje się wykopany przesmyk dla motorówek, jachtów i statków wycieczkowych, żeby się na nią dostać trzeba więc przejść po zwodzonym, a raczej obrotowym, moście. Ogląda się to cudo z pobliskiego wzgórza, na które można wjechać wyciągiem. Wyciąg jest kolorowy, pod nim rosną kobierce kwiatów, z głośników gra wesoła muzyczka, żadnych śmieci, a na górze czeka skromne wesołe miasteczko. 

 

Wieczorem poszliśmy na karaoke. W Polsce organizuje się je głównie w barach, śpiewa się publicznie – w Japonii raczej wykupuje prywatny pokoik w specjalnym przybytku. Takie przybytki mogą mieć i kilka pięter. Pokoje od jednoosobowych po spore sale, często bez okien. Przy pomocy specjalnego pilota przesyła się do odbiornika telewizyjnego numer wybranej piosenki. Na telewizorze wyświetli się teledysk (jakieś obrazki pasujące do treści), no i rzecz jasna tekst piosenki. Śpiewa się do mikrofonu, można też siebie nagrać. Trzeba sobie obowiązkowo kupić coś do picia z karty. 

A teraz coś o zabytkach Kioto. Jest ich tam, w starej stolicy kraju, tak dużo, że nawet Amerykanie nie mieli serca zbombardować tego miasta. Leży ono w malowniczej dolinie, nie ma tu żadnych wieżowców. W dwa dni zaliczyliśmy absolutne minimum: świątynię z pięknym ogrodem i przeglądającym się w wodzie Złotym Pawilonem[ii] (mieni się cudnie w słońcu), świątynię z pięknym ogrodem i najsłynniejszym na świecie żwirowym ogrodem zen[iii], świątynię z pięknym ogrodem i właściwie niczym więcej[iv], świątynię na palach na zboczach góry z trzema spełniającymi marzenia źródełkami[v], świątynię z bardzo stromymi kamiennymi schodami i jeszcze bardziej stromymi, śliskimi schodami na taras widokowy na największej w Japonii bramie, oraz zamek Nijo-jo (taki gigantyczny drewniany bungalow) z „słowiczymi podłogami”, które swoim niesamowitym melodyjnym skrzypieniem ostrzegały przed atakiem intruza[vi]. Obok piękne sady. 

Chciałabym opisać szczegółowiej wizytę w jednej z świątyń, ale nie wiem, jak to zrobić, żeby nie zabrzmieć banalnie. Zwiedzaliśmy wszystko w dość nietypowy sposób, ponieważ wszystko było dla nas takie obce. Zamiast zaliczać wszystkie obowiązkowe atrakcje danego miejsca, pętaliśmy się bez celu lub przysiadaliśmy gdzieś w kącie i przyglądaliśmy się ludziom i przedmiotom. Mamy taki króciutki film ze świątyni buddyjskiej Chion-in: pusty plac, gdzieś dalej daszek, pod którym kopci kadzidło, w tle bije rytmicznie orientalny dzwon. W sklepie z pamiątkami nie rozpoznawaliśmy połowy przedmiotów. Do czego, na przykład, służy komplet małych kwadratowych karteczek w ostrych barwach, bogato zdobionych? Do przystrajania domowego ołtarzyka? To takie urocze. Japonia jest cudowna, bo jest egzotyczna, a jednocześnie nie ma tam żebraków, brudu, malarii. Nic nie zakłóca powrotu do dziecinnej krainy zachwytów.


[i] Gdyby przepłynąć to morze, trafiłoby się do Korei lub pod Władywostok.

[ii] Pewnemu mnichowi nie podobały się gapiące się na pawilon tłumy ciołków, więc go spalił, ale Japończycy są mistrzami w odbudowywaniu zabytków, najczęściej z cementu zresztą.

[iii] Tzw. „suchy widok”, tylko zagrabiony żwir i kilka kamieni. Tłumy takie, że z kontemplacji nici – polecamy „mokry widok” z mchów i porostów za rogiem.

[iv] Za to ma ładny jasnoczerwony kolor.

[v] Do wyboru: miłość, pieniądze i zdrowie.

[vi] Dziś intruzów jest tylu, że podłoga skrzypi non stop, jakby się szło przez ptaszarnię.

On Japan in 2006 (5)

January 6, 2009

Koyo Grand Hotel w Sendai

Koyo Grand Hotel w Sendai

Wieczorem szybkim pociągiem shinkansenem na północ, do Sendai. Shinkanseny nie mają doczepianych lokomotyw, tylko z obu stron takie wydłużone dzioby jak delfiny. Przy zmianie kierunku fotele obracają się automatycznie lub przy pomocy sprzątaczek, tak żeby pasażerowie siedzieli w kierunku jazdy. Nie ma przedziałów i jest bardzo mało miejsca na bagaż. Na stacji końcowej do pociągu wchodzi armia sprzątaczek i kolejni pasażerowie wsiadają dopiero, gdy panie wysiądą. Wzdłuż peronów ciągną się wypustkowane ścieżki dla niewidomych i kolorowe płytki chodnikowe, na których jest napisane jakiż to wagon jakiego pociągu zatrzyma się w danym miejscu. Przy takiej tabliczce ustawia się schludna kolejka. Shinkanseny potrafią być piętrowe. Stacje zapowiadane są po angielsku, ale rozkłady jazdy są już po japońsku, a ponieważ wszystko jest w znaczkach, nie starczy znać nazwy celu podróży, żeby ustalić peron i godzinę odjazdu. W pociągu był katalog z różnorodnymi dobrami – oto wybór tych bardziej egzotycznych: parasolki dla psów instalowanych przy obrożach, ciasto biszkoptowe w puszkach, czarny fluid na odrosty, elektryczna drapaczka do pleców, wkładki absorpcyjne pod pachy, elektroniczny odstraszacz kotów, zestaw miniatur oficjalnych piłek dziewięciu ostatnich mistrzostw świata w futbolu. W reklamach kapeluszy oprócz zdjęcia samego kapelusza musi być obowiązkowo zdjęcie kapelusza po zwinięciu.    

 

 

Na miejscu, do hotelu po raz pierwszy metrem. W większych miastach poszczególne jego linie potrafią należeć do różnych firm, a każda ma swoje własne bilety i automaty z biletami. Nawet znając japoński, lepiej wspomóc się przy ich obsłudze pracownikiem stacji (a jakże, w mundurze, panowie do tego w czapkach z daszkiem, a panie w kapelusikach i apaszkach z kokardami). Na schodach ruchomych, tak jak i w metropoliach europejskich, obowiązuje zasada dwóch ścieżek – po jednej stronie ludzie stoją, po drugiej się wspinają. W Japonii, także na schodach, obowiązuje ruch lewostronny, a parter to pierwsze piętro, o czym należy pamiętać w windach.

Wystrój hotelu Koyo Grand reprezentował chyba japońskie wyobrażenie europejskości. Rzeźby z marmuru (kopie znanych) sąsiadowały z porożami, witrażami, koszami na śmieci w kształcie łabędzi i kolekcjami fajek. Do tego uroczy napis „szatnia” zapożyczony z języka angielskiego – „kuroku” zamiast „cloak room”.   

 

Następnego dnia pojechaliśmy wynajętym dla całej wycieczki autobusem do miasteczka Matsushima nad Pacyfikiem. Bardzo zimno, deszczowo i wietrznie, co dla co poniektórych było szokiem – Pacyfik kojarzy się z atolem i palmami, chociaż leżą nad nim też Kamczatka czy Alaska.

Matsushima słynie z setek wysepek, a raczej występków skalnych, porośniętych miejscowym gatunkiem sosny. Powstały one w wyniku erozji. Z brzegu podziwiać je trudno, bo okolica jest dość przemysłowa. My wypłynęliśmy w dwugodzinny rejs, ale osoby o słabych żołądkach nie powinny kosztować na statku małży i grzanej sake, bo mogą się z nimi szybko pożegnać.

Samo miasteczko przypominałoby inne rybackie miasteczka, chociażby szkockie, gdyby nie ukryte tu i ówdzie perełki. W specjalnym pawilonie pozbawionym jednej ściany (dla lepszego widoku na morze) można wziąć udział w tradycyjnej ceremonii picia herbaty. Herbaty tej (zielonej) nie parzy się z liści, tylko z proszku, więc jest dość mulista, a zagryza się ją równie proszkowatym ciasteczkiem. W parku przy pobliskiej świątyni są zadziwiające prostymi pniami drzewa i posążki Buddy w czerwonych czapeczkach i śliniaczkach. Nieopodal przepiękny japoński ogród, zachwycający nieznanymi w Europie gatunkami.

Tak daleko na północ od Tokio na początku maja kwitną jeszcze wiśnie, a rosną wszędzie, nie tylko w sadach. O zbliżającym się dniu kwitnienia w danym regionie można się dowiedzieć z prognozy pogody. Należy się wówczas udać z całą rodziną na piknik do parku.

Z Sendai jeszcze tego wieczoru wróciliśmy do Tokio, na Tokyo Station, czyli jakby Warszawę Centralną, skąd przed północą odjeżdżał autobus ichniego PKS-u do Kioto. Kolację kupiliśmy na dworcu, w tak zwanym kombini, sklepie ze wszystkim, gdzie można też płacić rachunki i wysyłać listy. Spragniony nowości turysta może się tam zaopatrzyć w miękką podłużną bułkę z gryczanym makaronem, kubeczek lodów o smaku czarnego sezamu lub zieloną biszkoptowa meduzę, której opakowanie twierdzi po angielsku, że to „tradycyjny niemiecki wypiek”. Bardzo głodni powinni kupić sobie o-bento: zestaw obiadowy w formie płaskiego pudełeczka z przegródkami. Marne bento dworcowe to zwykle ryż, swojskie klopsy albo kawałek pieczonej ryby, czasem sushi, do tego jakieś marynaty. Ekskluzywne bento w drewnianych, a nie plastikowych, pudełkach są oczywiście o wiele lepsze. Pożywną przekąską o statusie polskiej drożdżówki jest onigiri – owinięty w jadalny twardy wodorost trójkąt ze zbitego ryżu z nadzieniem z ryby, kawioru lub (nie każdy zdzierży) sfermentowanej fasoli. Na otwartym powietrzu na straganach można kupić sobie (tak jak w Polsce kiełbaski czy grochówkę) penisy ze zbitego ryżu lub zmielonej ryby, różne owoce morza nadziewane na patyki, lub orientalnie doprawione szaszłyki z kurczaka. Nie wypada jeść idąc i nie wypada jeść przy straganie czegoś kupionego gdzie indziej. No i znów trudno o kosze na śmieci.

Autobusem pojechaliśmy, a raczej powlekliśmy się w korku, estakadą zbudowaną na olimpiadę. Te estakady potrafią sunąć wśród wieżowców na poziomie szóstego piętra, czasami pod jedną idzie druga. Można przyglądać się nadgorliwym pracownikom biurowców lub pełnym późną porą siłowniom.  

Po wczesnej pobudce można było podziwiać japońskie krajobrazy. Kraj jest górzysty, ale góry wystają zwykle nie stąd ni zowąd, bo nie są polodowcowe, ale wulkaniczne. O wieś trudno, wszędzie kable, estakady, a pod nimi nawodnione pola ryżowe pełne miniaturowych traktorków. W biedniejszych blokach do mieszkań wchodzi się ze wspólnych balkonów, na których stoją pralki, wiszą klimatyzatory i liczniki gazu. Wiele mieszkań ma kształt kichy: zaraz za przedsionkiem ciemna kuchnia, z której wchodzi się do łazienki (jeśli jest, bo w Japonii nadal jest sporo publicznych łaźni), dalej ciemne pokoje i okno tylko w tym ostatnim. Balkon jest niezbędny, bo wietrzy się na nim pościel – śpi się na podłodze, a posłania po przewietrzeniu chowa do szaf. Domy jednorodzinne maleńkie, działki maleńkie, auta parkują nierzadko jedno nad drugim na specjalnych wysięgnikach. Nie ma raczej centrów handlowych na obrzeżach, takich z wielkimi parkingami, bo ludzie jeżdżą głównie ściśnięci komunikacją miejską. Po pracy do późna kupuje się wszystko w pobliżu domu, a wiele posiłków je na mieście. 

W Kioto zamieszkaliśmy w tradycyjnym japońskim hotelu czyli ryokanie, położonym w dodatku na wzgórzach tuż przy słynnej „świątyni zimnej wody”. Z okien widok na miasto i podświetlaną w nocy pagodę. Na zdjęciu widać nasz wyściełany matami pokój[i] (bez łazienki, przedsionka na buty i szaf na posłania) z suwanymi drzwiami. Jak widać, wszystko robi się na podłodze. Okrągłe pudło kryło zestaw do zaparzania herbaty, na stole leżały pierożki z cieniutkiego ciasta z nadzieniem z dżemu z czerwonej fasoli lub zielonej herbaty. Wisząca szafa kryła nie tylko podomki, ale i grubsze kaftany. Gdy w sali jadalnej spożywa się kolację, pokojówki odsuwają meble na bok i w ich miejscu rozkładają posłania. W takim hotelu wypada skorzystać z łaźni. Najpierw (publicznie nago) obmywa się ciało siedząc na niskim stołeczku, potem zanurza we wspólnym basenie, w którym woda ma przynajmniej 40 stopni. Wchodzenie na teren łaźni w klapkach jest zakazane, a jak robi się coś zakazanego (np. założy porannik prawą połą na lewą), to obserwujący cię Japończycy syczą.

            W ryokanie śniadania i obiadokolacje są w cenie. W tradycyjnej kuchni japońskiej nie ma rozróżnienia na dania śniadaniowe i obiadowe, je się zawsze ryż, zupkę lub dwie i różne dodatki, każdy w osobnej miseczce (których może być kilkanaście). Je się to w dowolnej kolejności. Nowe miseczki donosi kelnerka w kimonie. Bardzo ważna jest estetyka potraw, stąd półmiski przyozdabiają dostosowane do pory roku listki czy kwiatki, plasterki wycina się w motylki, a każdą krewetkę czy strączek pieczołowicie kładzie pod odpowiednim kątem. Ryż serwuje się z utrzymujących stałą temperaturę pojemników. Ryżu nie można z niczym mieszać, ani nie można wkładać do niego pałeczek na sztorc. Sztućce, czyli pałeczki, leżą nie po obu stronach głównego talerza, ale pod nim. Zupy czy gulasze nierzadko gotują się na palnikach na stole. Wszystko jest tak wyliczone, że akurat wtedy, kiedy wypali się brykiet w palniku, potrawa będzie gotowa do spożycia. Japończycy, podobnie jak Chińczycy, jedzą wszystko – oprócz takich oczywistości jak surowe ryby i różnorodne owoce morza, można skosztować galaretki z kwiatów, galaretki z twardą niczym nasionka ikrą czy zielonej plasteliny z lotosu[ii]. Na takiej wielodaniowej kolacji porcje są bardzo małe – tu jeden pierożek z kilkoma jadalnymi ozdobami, tam kąsek z ośmiornicy. Wszystko to w większości bardzo smaczne, zmuszające do zastanowienia się nad tym, co się je, do chwili skupienia, do kontemplowania piękna potrawy. W tradycyjnej kuchni nie jada się pieczywa, ziemniaków, pomidorów i nabiału, a więc i żółtego sera.


[i] Maty pięknie pachną.

[ii] Tradycyjne danie na Dzień Dziecka, pieczołowicie zawinięte w cudownie pachnący lotosowy liść.

On Japan in 2006 (4)

January 6, 2009

Kolejka do ściany świątyni w Asakusie

Kolejka do ściany świątyni w Asakusie

Wizyta w Asakusie zaspokoi już chyba wszystkich. Najpierw wąskie uliczki pełne lampionów, potem długi deptak do świątyni Senso-ji pełen kramów, a przed świątynią

[i] kolejka aż do jej ściany, gdzie każdy wierny prosi bogów o wstawiennictwo (tak, stojąc przed ścianą). Przy świątyniach warto zaopatrzyć się we wszelkiego rodzaju amulety i wota. Maleńkie woreczki w wielu kolorach kryją zaklęcia chroniące wszystko, od małżeństwa po samochód. Nieopodal świątyni jest wesołe miasteczko, z takimi atrakcjami jak karuzela, na której na łańcuchach wiszą małe alpejski domki, podciągane na wysokość kilkudziesięciu metrów, po czym zrzucane wraz z ludzką zawartością. W Asakusie można wpaść do jednej z setek mniej lub bardziej tradycyjnych restauracyjek. W tych tradycyjnych w przedsionku zdejmuje się buty. Etykieta jest dość skomplikowana. Zwykle to kelner prowadzi do stolika, a płaci się nie jemu, ale w kasie przy wyjściu. Zdarzają się też lokale, w których przy wejściu kupuje się kupony (nieraz w automatach), a przy wyjściu dopłaca ewentualną różnicę. Z kolei w barach typu kaiten sushi (takich, gdzie talerzyki z sushi jeżdżą na pasie transmisyjnym w koło baru, albo i pływają na łódeczkach) kasjerka wystawia rachunek na podstawie liczby i koloru talerzyków[ii]. Niektóre restauracje specjalizują się w jednej jedynej potrawie, tylko w sushi, tylko w shabu-shabu, tylko w ramen. Takie potrawy mają to do siebie, że ich wyróżnikiem jest jakaś konkretna baza czy sposób przyrządzania, np. wrzący bulion, do którego samemu się coś wkłada, albo makaronowo-jajeczna masa, do której dobiera się dodatki.

Następnego ranka pojechaliśmy do Harajuku. Dzielnica[iii] ta znana jest tego, że w niedziele można natknąć się tu na przedstawicieli subkultury cos-playerów, czyli młodych ludzi przebierających się za postacie z komiksów i filmów (głównie animowanych). Na co dzień Japończycy paradują w różnego rodzaju mundurkach – mundurki mają zarówno przedszkolaki[iv], jak i panowie z parkingów, wystrojeni niczym generałowie. Młodzież zrzuca je ochoczo wieczorami bądź w weekendy. Nawet ci, którzy nie naśladują bohaterów ulubionej mangi, potrafią, jak na europejskie gusta, wyglądać bardzo ekstrawagancko. Na przeciętny zestaw mogą składać się różowe siatkowe rajstopy, ogrodniczki w delfinki z odpiętą jedną szelką, żółte buty na koturnie, bluzka w biało-czarne pasy, fioletowa punkowa peruka, kokarda myszki Minnie i niezliczone cukierkowe akcesoria, ginące wśród boa z piór czy łańcuchów w stylu gangsta. Modne japońskie „dresiary” dopinają sobie treski, powiększają oczy i zakładają stroje znane Polakom wyłącznie z teledysków Beyonce.   

Jako że było wcześnie rano, nie rozglądaliśmy się za królowymi mody, minęliśmy tylko kilka sklepów o obiecujących wystawach[v], a potem poszliśmy do położonej w rozległym parku świątyni sintoistycznej Meiji Jingu. Park jak park, zdarzają się egzotyczne gatunki drzew (klon japoński jest przepiękny), wiadomo jednak, że idzie się w kierunku świątyni, ponieważ od czasu do czasu mija się piękną bramę tori, a na samym początku olbrzymią wystawkę z olbrzymich beczek pełnych ofiarnego sake. W kompleksie świątynnym kolejny pan w mundurze i białych rękawiczkach (przy 30-stopniowym upale) pracowicie grabił zaścielający place biały żwirek. Wśród turystów przemykały kapłanki w białych koszulach i jasnoczerwonych „dołach”.  Do głównego budynku wchodzi się tylko podczas specjalnych obrządków, np. ślubów. Japończycy pobierają się w obrządku sintoistycznym, a grzebią w buddyjskim. Cóż pozostaje wiernym? Przed wejściem na teren kompleksu należy obmyć dłonie (niektórzy płuczą też usta) przy specjalnym stanowisku pod daszkiem. Wodę nabiera się ze (sztucznego) źródełka specjalnymi długimi łyżkami. Następnie można wydać trochę pieniędzy na wota i amulety. Do domu zabiera się m. in. woreczki, książeczki czy przyozdobione na różne sposoby grabie. Na miejscu pozostają drewniane tabliczki z wypisanymi prośbami (powiązane sznurkiem eksponuje się pod kolejnym daszkiem) i wiązane w odpowiednich miejscach białe supełki. Potem należy zdjąć buty, wejść na coś w rodzaju zadaszonego pomostu, stanąć przy atrium i wezwać bogów klaskaniem. Potem chwila zadumy. Egzotyczne są też powiązane grubymi sznurami pary drzew lub skał. Świątynie niewiele różnią się wyglądem od pałaców (drewniane otwarte konstrukcje, suwane drzwi, pomosty, żwirowe ogródki, dachy z półokrągłych dachówek zwieńczane smokami i herbami), czasami świątynię urządza się po prostu w dawnym dworze.

Później zwiedzaliśmy skarbiec cesarza Meiji, który rządził całkiem niedawno, bo w drugiej połowie XIX w. W muzeach można podbić sobie jakąś ulotkę czy bilet staromodną pamiątkową pieczęcią z datownikiem i odkryć, że rok będzie zupełnie inny – liczony od pojawieniu się na tronie obecnie panującego cesarza. Cesarzom zmarłym nadawane są pośmiertne imiona i to one są lepiej znane od tych oryginalnych.

Następnym przystankiem owego dnia było Shinjuku – kolejny dworzec z gigantycznym podziemnym miastem i ruchomymi chodnikami, kolejne skupisko wieżowców. Z bliźniaczych wież Urzędu Miejskiego w Tokio (jakie miasto taki urząd) roztacza się piękny widok na okoliczne drapacze chmur. Sam kompleks też jest bardzo efektowny. Wjazd za darmo, a na górze sklep z pamiątkami, w którym, o dziwo, nie jest drożej niż gdzie indziej w mieście. Oprócz pamiątek tradycyjnych (wachlarze) i przewidywalnych (pocztówki) w całej Japonii na takich stoiskach królują niezliczone akcesoria w rodzaju breloczków czy notesików z motywem Hello Kitty i innych dziubdziusiowatych zwierzątek – kupuje je się niekoniecznie dla dzieci.

Potem do Akihabary (kolejny przystanek na linii Yamanote). Ta dzielnica słynie ze sklepów z elektroniką. Ceny niekoniecznie okazyjne, ale najświeższe nowinki, no i jaki wybór! W większych sklepach są np. działy z pokrowcami (regały pełne pokrowców na komórki, odtwarzacze MP3, odtwarzacze mini dysków CD, bo są i takie, aparaty fotograficzne…) albo z ozdóbkami (folie z kryształkami do nalepienia na ekran komórki, obudowy, breloczki…). Jeśli ktoś marzy o turkusowej elektrycznej zalotce, na pewno ją znajdzie. O szybkowarach do ryżu czy maszynkach do mycia okularów nie wspominając. Po udanych zakupach można zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie w specjalnym kąciku z fototapetą i akcesoriami (parasolki, wachlarze…).

Mój mąż wybrał się tymczasem do pobliskiego Ueno, dzielnicy muzeów i wyższych uczelni, ze znanym parkiem, w którym liczni bezdomni robią sobie domki z niebieskich cerat. Wśród domków wisi pranie, bo japońscy bezdomni są trochę „inni”. Po drodze pieczołowite tworzenie mapki z drogą powrotną. Czegoś takiego jak dokładny plan centrum Tokio nie ma, bo centrów jest kilka i plan musiałby być gigantyczny. Na stacjach można się zaopatrzyć w darmowe plany każdego centrum z osobna, a zwłaszcza w plan stacji, jej licznych poziomów i wyjść. Ulice w Japonii i tak rzadko mają nazwy, a domy często się wyburza, więc trzeba się posiłkować umiejscowieniem sklepów czy pomników. W Ueno warto odwiedzić sklep papierniczy. Ogromny wybór, piękne produkty i niskie ceny. Doceni ten, kto próbował kupić w Polsce „dorosły” zeszyt czy papeterię. Jedyny problem jest taki, że sporo papeterii ma linijki nie poziome, ale pionowe, bo tradycyjnie pisze się po japońsku od góry do dołu, od prawej do lewej. To dlatego okładki pism ilustrowanych są tam, gdzie u nas najdroższa reklama – na samym (dla nas) końcu.  


[i] Buddyjską, co rozpoznaje się po pagodzie, szerokiej bramie i tym, że wierni obmywają się przed wejściem (symbolicznie) w dymie kadzideł. Sintoistyczne mają proste bramy tori, a wierni obmywają się (dłonie) w wodzie.

[ii] Siedzi tedy oszczędny turysta przy barze, czekając na talerzyki w najtańszych kolorach. Do tego gratis piklowany imbir i zielona herbata. Wrzątek nalewa się czasem z kraników rozmieszczonych wzdłuż baru pod taśmociągiem. Uwaga: ceny podawane są tam w „cyfrach” japońskich! Liczba kresek w znaku nie ma nic wspólnego z wartością cyfry!

[iii] Co w przypadku Tokio oznacza najbliższą okolicę znanej stacji pełną sklepów, lokali, hoteli na godziny, salonów z automatami tudzież wieżowców, po zmroku oświetloną tysiącami neonów.

[iv] Np. dresy w jednakowych barwach + żółte czapeczki.

[v] Sklep tylko z jednym fasonem sukienek z lat siedemdziesiątych, sklep z treskami, sklep dla wspomnianych już gotyckich lolitek…

On Japan in 2006 (3)

January 6, 2009

„Nasza” stacja, znajdująca się na południu centrum Tokio, nazywała się Shinagawa. Słowo gawa lub kawa (wymawiane, jak wszystkie transkrybowane na alfabet łaciński słowa, z angielska) spotyka się w nazwach miejscowych dość często, ponieważ oznacza rzekę. Łatwo też rozpoznać jego ideogram (znak) – trzy pionowe kreseczki kojarzą się z nurtem. Drugim członem nazw tego typu jest yama czyli góra.

Nasz hotel w Shinagawa polecamy gorąco. Shinagawa Prince Hotel to wielki kompleks w stylu hawajskim, z podziemnym delfinarium i kinem trójwymiarowym typu IMAX. Najwyższy wieżowiec kompleksu ma 37 pięter, a pokoje na 30 czy 33 piętrze, mimo zapierającego dech w piersiach widoku, nie są wcale droższe, zapewne dlatego, że w razie trzęsienia ziemi trudniej zbiec po schodach na parter. Śniadanie można zjeść w kilku restauracjach do wyboru. W tej największej, hawajskiej, rosną palmy.  

Wyposażenie pokojowych hoteli w Japonii jest nieco egzotyczne. Oprócz ręczników czy mydełek, dostaje się do dyspozycji kapcie i podomkę o nazwie yukata. W panel przy łóżku wbudowany jest mniej lub bardziej skomplikowany cyfrowy budzik. Czajniki elektryczne są bardziej pękate, mają więcej przycisków i nie nalewa się z nich wody, tylko dozuje niczym z dystrybutora u dentysty. Taki czajnik potrafi się stale nagrzewać do żądanej temperatury, jeśli tylko ktoś wie, co wcisnąć. Japończycy to naród palaczy. Żeby móc zasnąć bez bólu głowy, warto zaznaczyć, że chce się pokój dla niepalących. W łazienkach nie ma kafelków, całe pomieszczenie jest odlane z jednej plastikowej formy. Wanny są prostokątne, bardzo głębokie i mają płaskie dno. W takiej wannie można zanurzyć się po szyję w wodzie i to w towarzystwie. Toalety mają skomplikowane panele sterowania, zwykle posiadają funkcję bidetu i podgrzewane siedzenia. Można się nieźle przestraszyć włączając niechcący zimny nawiew czy inny bajer. Toalety publiczne są z kolei często kucane[i]. W łazience oprócz mydełka czy szamponu leżą także szczoteczki do zębów (z bardzo małą główką), miniaturowe pojemniki z pastą (czasem słodko kolorowe), a także (dla panów biznesmenów) małe grzebyki, brylantyna i różne pomady. Gniazdka mają na modłę amerykańską, czyli dla dłuższych bolców o mniejszym rozstawieniu.   

Po odświeżeniu się pojechaliśmy najpierw do Ogrodów Wschodnich Pałacu Cesarskiego, ale jest to miejsce dla ludzi kochających stricte Japonię, a nie zwiedzanie w ogólności. Tę pierwszą grupę zachwyci sam przejazd Yamanote[ii], niebieskie ceraty, na których Japończycy siadają na trawie, skośnookie dzieci w nosidełkach[iii], dorodne bambusy, wieżowce Ginzy kontrastujące z fosą i grubymi murami terenów pałacowych, brak koszy na śmieci[iv] czy automaty[v]. Tych drugich zaskoczy to, że Pałacu Cesarskiego się nie zwiedza, ba, nawet nie można go zobaczyć z daleka, co najwyżej z góry, najlepiej na Google Earth. Pali się wyłącznie w miejscach do tego wyznaczonych przy pomocy ni to koszy na śmieci, ni to koksowników, w które wrzuca się niedopałki. Papierosy (np. marki Hope J ) także można zakupić w automatach. Niektóre paczki są zabawnie małe.


[i]  Spuszczanie wody uruchamia fotokomórka, kiedy machnie się nogą nad muszlą wstając z kucania. W kabinach są często wysokie krzesełka dla maluchów, żeby je tam odsadzić na czas siusiania.

[ii] Pasażerowie milczą, część śpi, inni wysyłają sms-y ze swoich otwieranych komórek, ale nikt przez komórkę nie rozmawia. W Tokio stacje są zapowiadane (a ich nazwy wyświetlane) także po angielsku.

[iii] Na wózki raczej nie ma miejsca. Mało kogo stać na opłaty parkingowe za auto, a w większości dzielnic na przedmieściach nie ma chodników. Dzieci powyżej szesnastego miesiąca chadzają pieszo, nie trzymane za rączki.

[iv] Śmieci należy nosić ze sobą i wyrzucić w domu lub toalecie (lub koło mostku w dzielnicy Namba w Osace).

[v] A w nich lemoniada melonowa w blaszanej butelce w foczki, herbatka z łopianu, czarna herbata na zimno, gorąca kawa w puszkach, woda z aminokwasami (?) i inne atrakcje.