On Japan in 2006 (5)

Koyo Grand Hotel w Sendai

Koyo Grand Hotel w Sendai

Wieczorem szybkim pociągiem shinkansenem na północ, do Sendai. Shinkanseny nie mają doczepianych lokomotyw, tylko z obu stron takie wydłużone dzioby jak delfiny. Przy zmianie kierunku fotele obracają się automatycznie lub przy pomocy sprzątaczek, tak żeby pasażerowie siedzieli w kierunku jazdy. Nie ma przedziałów i jest bardzo mało miejsca na bagaż. Na stacji końcowej do pociągu wchodzi armia sprzątaczek i kolejni pasażerowie wsiadają dopiero, gdy panie wysiądą. Wzdłuż peronów ciągną się wypustkowane ścieżki dla niewidomych i kolorowe płytki chodnikowe, na których jest napisane jakiż to wagon jakiego pociągu zatrzyma się w danym miejscu. Przy takiej tabliczce ustawia się schludna kolejka. Shinkanseny potrafią być piętrowe. Stacje zapowiadane są po angielsku, ale rozkłady jazdy są już po japońsku, a ponieważ wszystko jest w znaczkach, nie starczy znać nazwy celu podróży, żeby ustalić peron i godzinę odjazdu. W pociągu był katalog z różnorodnymi dobrami – oto wybór tych bardziej egzotycznych: parasolki dla psów instalowanych przy obrożach, ciasto biszkoptowe w puszkach, czarny fluid na odrosty, elektryczna drapaczka do pleców, wkładki absorpcyjne pod pachy, elektroniczny odstraszacz kotów, zestaw miniatur oficjalnych piłek dziewięciu ostatnich mistrzostw świata w futbolu. W reklamach kapeluszy oprócz zdjęcia samego kapelusza musi być obowiązkowo zdjęcie kapelusza po zwinięciu.    

 

 

Na miejscu, do hotelu po raz pierwszy metrem. W większych miastach poszczególne jego linie potrafią należeć do różnych firm, a każda ma swoje własne bilety i automaty z biletami. Nawet znając japoński, lepiej wspomóc się przy ich obsłudze pracownikiem stacji (a jakże, w mundurze, panowie do tego w czapkach z daszkiem, a panie w kapelusikach i apaszkach z kokardami). Na schodach ruchomych, tak jak i w metropoliach europejskich, obowiązuje zasada dwóch ścieżek – po jednej stronie ludzie stoją, po drugiej się wspinają. W Japonii, także na schodach, obowiązuje ruch lewostronny, a parter to pierwsze piętro, o czym należy pamiętać w windach.

Wystrój hotelu Koyo Grand reprezentował chyba japońskie wyobrażenie europejskości. Rzeźby z marmuru (kopie znanych) sąsiadowały z porożami, witrażami, koszami na śmieci w kształcie łabędzi i kolekcjami fajek. Do tego uroczy napis „szatnia” zapożyczony z języka angielskiego – „kuroku” zamiast „cloak room”.   

 

Następnego dnia pojechaliśmy wynajętym dla całej wycieczki autobusem do miasteczka Matsushima nad Pacyfikiem. Bardzo zimno, deszczowo i wietrznie, co dla co poniektórych było szokiem – Pacyfik kojarzy się z atolem i palmami, chociaż leżą nad nim też Kamczatka czy Alaska.

Matsushima słynie z setek wysepek, a raczej występków skalnych, porośniętych miejscowym gatunkiem sosny. Powstały one w wyniku erozji. Z brzegu podziwiać je trudno, bo okolica jest dość przemysłowa. My wypłynęliśmy w dwugodzinny rejs, ale osoby o słabych żołądkach nie powinny kosztować na statku małży i grzanej sake, bo mogą się z nimi szybko pożegnać.

Samo miasteczko przypominałoby inne rybackie miasteczka, chociażby szkockie, gdyby nie ukryte tu i ówdzie perełki. W specjalnym pawilonie pozbawionym jednej ściany (dla lepszego widoku na morze) można wziąć udział w tradycyjnej ceremonii picia herbaty. Herbaty tej (zielonej) nie parzy się z liści, tylko z proszku, więc jest dość mulista, a zagryza się ją równie proszkowatym ciasteczkiem. W parku przy pobliskiej świątyni są zadziwiające prostymi pniami drzewa i posążki Buddy w czerwonych czapeczkach i śliniaczkach. Nieopodal przepiękny japoński ogród, zachwycający nieznanymi w Europie gatunkami.

Tak daleko na północ od Tokio na początku maja kwitną jeszcze wiśnie, a rosną wszędzie, nie tylko w sadach. O zbliżającym się dniu kwitnienia w danym regionie można się dowiedzieć z prognozy pogody. Należy się wówczas udać z całą rodziną na piknik do parku.

Z Sendai jeszcze tego wieczoru wróciliśmy do Tokio, na Tokyo Station, czyli jakby Warszawę Centralną, skąd przed północą odjeżdżał autobus ichniego PKS-u do Kioto. Kolację kupiliśmy na dworcu, w tak zwanym kombini, sklepie ze wszystkim, gdzie można też płacić rachunki i wysyłać listy. Spragniony nowości turysta może się tam zaopatrzyć w miękką podłużną bułkę z gryczanym makaronem, kubeczek lodów o smaku czarnego sezamu lub zieloną biszkoptowa meduzę, której opakowanie twierdzi po angielsku, że to „tradycyjny niemiecki wypiek”. Bardzo głodni powinni kupić sobie o-bento: zestaw obiadowy w formie płaskiego pudełeczka z przegródkami. Marne bento dworcowe to zwykle ryż, swojskie klopsy albo kawałek pieczonej ryby, czasem sushi, do tego jakieś marynaty. Ekskluzywne bento w drewnianych, a nie plastikowych, pudełkach są oczywiście o wiele lepsze. Pożywną przekąską o statusie polskiej drożdżówki jest onigiri – owinięty w jadalny twardy wodorost trójkąt ze zbitego ryżu z nadzieniem z ryby, kawioru lub (nie każdy zdzierży) sfermentowanej fasoli. Na otwartym powietrzu na straganach można kupić sobie (tak jak w Polsce kiełbaski czy grochówkę) penisy ze zbitego ryżu lub zmielonej ryby, różne owoce morza nadziewane na patyki, lub orientalnie doprawione szaszłyki z kurczaka. Nie wypada jeść idąc i nie wypada jeść przy straganie czegoś kupionego gdzie indziej. No i znów trudno o kosze na śmieci.

Autobusem pojechaliśmy, a raczej powlekliśmy się w korku, estakadą zbudowaną na olimpiadę. Te estakady potrafią sunąć wśród wieżowców na poziomie szóstego piętra, czasami pod jedną idzie druga. Można przyglądać się nadgorliwym pracownikom biurowców lub pełnym późną porą siłowniom.  

Po wczesnej pobudce można było podziwiać japońskie krajobrazy. Kraj jest górzysty, ale góry wystają zwykle nie stąd ni zowąd, bo nie są polodowcowe, ale wulkaniczne. O wieś trudno, wszędzie kable, estakady, a pod nimi nawodnione pola ryżowe pełne miniaturowych traktorków. W biedniejszych blokach do mieszkań wchodzi się ze wspólnych balkonów, na których stoją pralki, wiszą klimatyzatory i liczniki gazu. Wiele mieszkań ma kształt kichy: zaraz za przedsionkiem ciemna kuchnia, z której wchodzi się do łazienki (jeśli jest, bo w Japonii nadal jest sporo publicznych łaźni), dalej ciemne pokoje i okno tylko w tym ostatnim. Balkon jest niezbędny, bo wietrzy się na nim pościel – śpi się na podłodze, a posłania po przewietrzeniu chowa do szaf. Domy jednorodzinne maleńkie, działki maleńkie, auta parkują nierzadko jedno nad drugim na specjalnych wysięgnikach. Nie ma raczej centrów handlowych na obrzeżach, takich z wielkimi parkingami, bo ludzie jeżdżą głównie ściśnięci komunikacją miejską. Po pracy do późna kupuje się wszystko w pobliżu domu, a wiele posiłków je na mieście. 

W Kioto zamieszkaliśmy w tradycyjnym japońskim hotelu czyli ryokanie, położonym w dodatku na wzgórzach tuż przy słynnej „świątyni zimnej wody”. Z okien widok na miasto i podświetlaną w nocy pagodę. Na zdjęciu widać nasz wyściełany matami pokój[i] (bez łazienki, przedsionka na buty i szaf na posłania) z suwanymi drzwiami. Jak widać, wszystko robi się na podłodze. Okrągłe pudło kryło zestaw do zaparzania herbaty, na stole leżały pierożki z cieniutkiego ciasta z nadzieniem z dżemu z czerwonej fasoli lub zielonej herbaty. Wisząca szafa kryła nie tylko podomki, ale i grubsze kaftany. Gdy w sali jadalnej spożywa się kolację, pokojówki odsuwają meble na bok i w ich miejscu rozkładają posłania. W takim hotelu wypada skorzystać z łaźni. Najpierw (publicznie nago) obmywa się ciało siedząc na niskim stołeczku, potem zanurza we wspólnym basenie, w którym woda ma przynajmniej 40 stopni. Wchodzenie na teren łaźni w klapkach jest zakazane, a jak robi się coś zakazanego (np. założy porannik prawą połą na lewą), to obserwujący cię Japończycy syczą.

            W ryokanie śniadania i obiadokolacje są w cenie. W tradycyjnej kuchni japońskiej nie ma rozróżnienia na dania śniadaniowe i obiadowe, je się zawsze ryż, zupkę lub dwie i różne dodatki, każdy w osobnej miseczce (których może być kilkanaście). Je się to w dowolnej kolejności. Nowe miseczki donosi kelnerka w kimonie. Bardzo ważna jest estetyka potraw, stąd półmiski przyozdabiają dostosowane do pory roku listki czy kwiatki, plasterki wycina się w motylki, a każdą krewetkę czy strączek pieczołowicie kładzie pod odpowiednim kątem. Ryż serwuje się z utrzymujących stałą temperaturę pojemników. Ryżu nie można z niczym mieszać, ani nie można wkładać do niego pałeczek na sztorc. Sztućce, czyli pałeczki, leżą nie po obu stronach głównego talerza, ale pod nim. Zupy czy gulasze nierzadko gotują się na palnikach na stole. Wszystko jest tak wyliczone, że akurat wtedy, kiedy wypali się brykiet w palniku, potrawa będzie gotowa do spożycia. Japończycy, podobnie jak Chińczycy, jedzą wszystko – oprócz takich oczywistości jak surowe ryby i różnorodne owoce morza, można skosztować galaretki z kwiatów, galaretki z twardą niczym nasionka ikrą czy zielonej plasteliny z lotosu[ii]. Na takiej wielodaniowej kolacji porcje są bardzo małe – tu jeden pierożek z kilkoma jadalnymi ozdobami, tam kąsek z ośmiornicy. Wszystko to w większości bardzo smaczne, zmuszające do zastanowienia się nad tym, co się je, do chwili skupienia, do kontemplowania piękna potrawy. W tradycyjnej kuchni nie jada się pieczywa, ziemniaków, pomidorów i nabiału, a więc i żółtego sera.


[i] Maty pięknie pachną.

[ii] Tradycyjne danie na Dzień Dziecka, pieczołowicie zawinięte w cudownie pachnący lotosowy liść.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: