On Japan in 2006 (7)

Po Kioto pojechaliśmy do Hiroszimy. Miasto, może przez tramwaje i krzywe chodniki wokół dworca, wydaje się ciut bardziej swojskie. Ale tramwaj wita i żegna podróżnych długą, grzeczną tyradą w dwóch językach, a obsługują go umundurowani panowie w białych rękawiczkach. Zaciekawiły nas zdobiące wnętrze tramwajów symbole karpia – były nawet na dyndających z sufitu uchwytach do rąk. Okazało się, że główny stadion baseballowy w centrum miasta, znajdujący się jakieś 50 metrów od miejsca, nad którym wybuchła bomba atomowa, nazywa się Hiroshima Carp. Akurat (sobota, ok. 10 rano) zaczynał się mecz, na który ciągnęły tłumy, w tym całe rodziny. Każdy kibic (zwłaszcza niepełnoletni) uzbrojony był w parę pomarańczowych (plastikowych?) kijów, którymi rytmicznie uderzał o siebie (tzn. jeden kij o drugi), żeby dopingować graczy. Te chóralne uderzenia słychać z bardzo daleka, choćby z hiroszimskiego zamku. Jeszcze o karpiach: były to oczywiście karpie japońskie – ozdobne, stylizowane na długie, barwne proporce-latawce. Takie karpie wywiesza się przed domami z okazji wspominanego już Dnia Dziecka (5. maja). Kiedyś wywieszano tyle karpi, ile w rodzinie było synów. I jeszcze o obchodach Dnia Dziecka. Oprócz wywieszenia karpi i przyrządzenia zielonej plasteliny z lotosu, mamusie (tatusiowie w pracy) muszą jeszcze przygotować specjalne czapeczki z origami i ołtarzyk (może być ze zdjęciem pociechy). W czasopiśmie dla matek widziałam nie propozycje przyozdobienia mieszkania (jak ustawić te wszystkie karpie, ołtarzyki, czapeczki, łódeczki itp. np. na komodzie), ale zdjęcia kompozycji „przed” i „po” (poprawką eksperta), dla mnie nie za bardzo się różniących[i]. Muzeum o bombie atomowej jest straszne i jego opis pomijam, nadmienię tylko, że wygląda jak obleśne socjalistyczne centrum handlowe na blokowisku lub przychodnia (taki beton bez okien), ale tu ten pomysł się sprawdza – budynek zbudowano z dobrych materiałów i od początku o niego dbano. Zaskoczyły mnie słynne łańcuchy z papierowych żurawi. Wiedziałam, że zdobią pomnik ofiar dziecięcych (żurawie robi się przed egzaminami i chcąc wyzdrowieć np. z białaczki), ale nie wpadłam na to, że praktyczni Japończycy zbudują na nie wkoło pomnika przeźroczyste pojemniki, w których wiesza się sznury, uprzednio zapisawszy ich liczbę i pochodzenie (i może liczbę żurawi w łańcuchu, kto wie) w specjalnym formularzu. Coś jakby na Wszystkich Świętych trzeba było umieszczać znicze w specjalnych pojemnikach, żeby nie zgasły albo żeby ich nikt nie ukradł. Kto wie, może turyści kradli te żurawie? Są bardzo ładne, kolorowe – ich miniaturki można kupić w sklepach z pamiątkami (sklepy z pamiątkami po wybuchu bomby atomowej? Hm…).

Gdy siedziałam w Parku Pokoju, podeszły do mnie dwie jehowitki – nawet Japonki-jehowitki da się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Spytały mnie po angielsku, jak długo będę w Hiroszimie itd. Kolejnego pytania z rzędu już nie zrozumiałam (oni wymawiają angielskie słowa tak jak się pisze), więc panie pokazały mi swój spis pytań! Było ich ok. 30. Oczywiście dostałam „Strażnicę” (po angielsku niestety).

A potem na zamek. Zamki japońskie (te warowne, piętrowe) są zabawne, ponieważ chyba wszystkie to betonowe repliki. Wchodzi się do środka, a tam schody przeciwpożarowe, srebrna winda, automaty z napojami i inne atrakcje (eksponaty muzealne). Najładniejszy jest widok z góry. W Hiroszimie zamek stoi nad piękną rzeką, na skraju parku. Można było przebrać się w kimono i zbroję samuraja, ale nie wiedzieć czemu wywieszono je przy windzie towarowej, więc trudno było o nastrojowe zdjęcia.

A potem już cały czas malowniczo lało.

Byliśmy w tzw. Ogrodzie Skurczonych Widoków, ale po ogrodach w Matsushimie i Kioto nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. A potem wspięliśmy się na fajną górę w centrum, na której mieści się biblioteka z samymi mangami. Nasi towarzysze zachowywali się jak dzicz i rozwiesili swoje mokre kurtki na… tablicach ogłoszeniowych biblioteki. Japończycy nie mieli żadnych mokrych kurtek, bo to roboty. Ale mieli parasole. W Japonii parasol trzeba mieć taki bez składanej rączki, z ostrym czubkiem, bo inaczej nie można korzystać ze stojaków na parasole, których jest tam na pewno więcej niż koszy na śmieci. Niektóre stojaki mają indywidualne kłódeczki, a czasami zamiast stojaka jest maszyna zawijająca parasol w folię, żeby nie kapał w sklepie. Pilot zaprowadził nas na tę górę okrężną drogę, ale po przejściu tunelu przy trasie szybkiego ruchu było już fajnie, bo trafiliśmy do dzielnicy willowej, a na zboczu była buddyjska świątynka.

Wieczorem byliśmy na zakupach i okonomiyaki. To taka mieszanina ciasta, makaronu i dodatków (trochę jak do pizzy), którą ścina się na podgrzewanym blacie. Wyczytaliśmy w przewodniku, że w jakimś wieżowcu na jednym piętrze są cztery restauracje specjalizujące się w tym specjale, więc poszliśmy tam w 10-osobowej grupie. Z przedsionka podziemnego parkingu weszliśmy do srebrnej windy, spodziewając się wnętrz jak z tej sceny z „Bezsenności w Seattle”, kiedy Meg Ryan patrzy na Empire State Building z innego wieżowca, w którym je kolację. Tymczasem po wyjściu z windy znaleźliśmy się w… Azji. Takiej jak z filmów o wojnie wietnamskiej. Ciasne wnętrze (drzwi do toalety miały 0,5 m szerokości) bez okien wypełniały stoły, stołki, krzesła i ławy. Kuchnie (wielkości tych na Ratajach) z całym zapleczem (baniaki, pudła, ścierki) otwierały się na bliżej nie wytyczoną „przestrzeń jadalną”, a część klientów siedziała „przy barze”, czyli oddzielającym kuchnie od reszty kontuarze z podgrzewanymi blatami. Hałas, zapachy etc. Gdzie te cztery restauracje? Prawda wyszła na jaw, gdy któryś z naszych chciał wziąć przyprawy z innego stolika: każdy stolik (8-osobowy) należał do innej restauracji. Ale jedzenie pycha i w Osace poszliśmy na okonomiyaki jeszcze raz.

W Hiroszimie mieszkaliśmy w skromnym hoteliku. Okna naszego pokoju wychodziły malowniczo na mur. Najlepsze było śniadanie – „europejskie”. Pewnie tak samo czuje się Azjata jedząc coś „azjatyckiego” w Polsce. Rozumowano zapewnie tak: „Hm, my tu w Japonii jemy do wszystkiego zupę miso. Suzuki, jaką znasz europejską zupę? Krem ze szparagów mówisz? Ok, niech będzie – oczywiście w małej miseczce. My jemy ryż, a oni makaron… Suzuki, jakie znasz europejskie danie z makaronem? Carbonara mówisz? Dawaj. [Maleńka porcyjka – na szczęście na ciepło]. No i sadzone jajko, Amerykanie/Europejczycy kochają sadzone jajka, prawda? [bez chleba]”. Do tego trochę białej kapusty i finezyjnie pokrojone jabłko (w Japonii egzotyczne). I tost z dżemem. Smacznego.

Następnego dnia wyprawa na wyspę Miyajima. Do portu dojechaliśmy tramwajem – nigdy w życiu nie jechałam tramwajem ponad godzinę. A potem prom. Czytałam w przewodniku, że na wyspie są sarny, ale nie spodziewałam się, że ich spore stado będzie stać na wyasfaltowanym placu przed wyjściem z terminalu promowego. Żeby coś zjeść na Miyajimie na ulicy i nie podzielić się z sarną, trzeba jeść stojąc na ławce, a druga osoba musi je opędzać. Jedzą też bilety wstępu i mapy. Zapraszamy!

Miyajima jest górzysta, góry są lesiste, nad koronami drzew wisiała gęsta, romantyczna mgła. Ślicznie się na tym tle odcinały jaskrawoczerwone budynki świątyń, tori i pagody. Tylko z kolejki linowej na szczyt Misen nie było nic widać. Przypływ wzbierał szybko, kilku panom z wycieczki udało się w ostatniej chwili dojść (boso) pod tori. Główna świątynia (sintoistyczna) jest zbudowana na pomostach. W mule można przyuważyć różne skorupiaki, a następnie skonsumować je przy jednym z licznych straganów. Na wyspie jest też oceanarium i piękny kompleks świątyń buddyjskich ukrytych za zboczu góry. W tym drugim nie ma turystów – rewelacja. Rewelacyjna jest też uliczka prowadząca do dolnej stacji kolejki – najpierw sklepy z cudownymi pamiątkami i ogromnymi rzeźbami (w cenie samochodu), a potem piękny ogród. W górach jest dużo ślicznych szlaków i małp. Małpy oblegają górną stację kolejki, ale nie wolno ich dokarmiać, bo kradną aparaty fotograficzne. Informują o tym napisy we wszystkich możliwych językach, w tym także po polsku. W górnej stacji kolejki są specjalne szafki, w których przed wyjściem na zewnątrz należy schować wszystko, czego nie chce się zobaczyć w objęciach umykającej małpy.

Wieczorem tego samego dnia pojechaliśmy do Osaki. Pierwszą noc spędziliśmy w tak ogromnym hotelu, że rano nie potrafiliśmy znaleźć sali, w której podawano śniadanie. Sal było kilka do wyboru, my poszliśmy do tradycyjnej japońskiej, gdzie obsługiwały starsze damy w kimonach.

W Osace byliśmy na zakupach. Niestety w rękawy japońskich bluzek nie byłam w stanie wsadzić ręki – zapewne pierwszy raz miałam do czynienia z rozmiarem 32. W ramach zakupów byliśmy między innymi w domu towarowym. Tak na marginesie, cześć schodów ruchomych w Japonii coś gada, nie wiem, czy dziękują za skorzystanie z tej formy transportu (w Hiroszimie tramwaj dziękuje po japońsku i po angielsku), czy ostrzegają, że zaraz się skończą. Przy okazji zetknęliśmy się z jedną z ukochanych czynności Japończyków, a mianowicie pakowaniem. Szlafroczki (yukaty) zapakowano nam „normalnie”, tzn. jedynie owinięto w firmowy papier, sklejono firmową naklejką i wsadzono do firmowych toreb. Za drugim razem, gdy kupowaliśmy miseczkę, postanowiliśmy wyłożyć te kilka złotych i skorzystać z wersji „purezento”, ciekawi, jak też w takim razie zapakują prezent. Pani od pakowania nie mówiła po angielsku. Usadziła nas na fotelach, zaczęła biegać jak oszalała, w tym na zaplecze (piętra w domu towarowym są duże, wiec było to mniej więcej tak, jakbyśmy zadali pytanie komuś z obsługi w środku Tesco, a on pobiegł po odpowiedź na zaplecze). Miseczka znikała pod kolejnymi warstwami bibuły, folii, papieru i kartonu (z plastikowym siankiem), a my musieliśmy wybierać papier ozdobny i wstążki z szerokiej gamy. Mój mąż odpakował ją dopiero po kilku tygodniach, bo żal mu było tej misternej roboty.

Acha, jeśli będziecie w Japonii i będziecie chcieli się spytać, o której zamykają sklep, musicie zrobić przy stanowisku informacyjnym minę osoby zastanawiającej się nad czymś, wskazać na panią za ladą, a potem zacząć udawać, że żegnacie się z niewidzialnymi osobami, mówiąc „bye, bye”. Podziałało. Pani nie zrozumiała wprawdzie zadanego wcześniej po angielsku pytania, ale odpowiedziała „nine o’clock”.

W naszym drugim hotelu w Osace (bliżej lotniska) po raz pierwszy (i ostatni) odważyłam się iść do publicznej łaźni. Dziś są one niestety/stety niekoedukacyjne. Do damskiej wchodziło się po wystukaniu szyfru na klawiaturze przy drzwiach. W szatni trzeba rozebrać się do rosołu – niedozwolone są nawet klapki, dozwolony jest jedynie mały biały ręczniczek, który mokry można położyć sobie na głowie (?). Za szatnią były automaty z napojami, fotele zwykłe i ze sterownym pilotem masażem i takie lustra z żarówkami dookoła jak w garderobach aktorek. Dalej umywalnia („obmywalania”), czyli niskie boksy ze stołeczkami, na których się siada, i wiaderkami, którymi się polewa. Tu trzeba się starannie namydlić i opłukać. A potem już hop do głębokiej komunalnej wanny, w której wodę o temperaturze powyżej 40 stopni dzieli się z gromadą skośnookich golasek. Taka mokra sauna.

Do Polski (właściwie do Niemiec) wracaliśmy z lotniska Kansai (Kansai to region obejmujący m.in. Osakę i Kioto), które leży na sztucznych wyspach, na które jedzie się groblą.  

Podsumowując, warto pojechać do Japonii ze względu na: egzotykę, jedzenie, świątynie, praktyczne drobiazgi, słodkie dzieci, głębokie wanny, maty, wybór akcesoriów (torebki, kolczyki, futerały), fantazyjnie ubranych młodych ludzi, artykuły piśmiennicze, drzewa, pismo i niespodzianki na każdym kroku.

Okropne są kucane toalety (zwłaszcza z mokrą podłogą), krajobrazy wielkomiejskie, ceny wody mineralnej, brak koszy na śmieci, dwanaście godzin podróży i klimat, jeśli  człowiek trafi na złą porę roku.

Zapraszamy! Nasi siatkarze już tam byli!        


[i] W tym samym czasopiśmie były zdjęcia 10-miesięcznych dzieci „przed” i „po” zabiegach fryzjerskich i też nie widziałam różnicy. 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: