Archive for September, 2011

25.09 – IGELDO

September 28, 2011

Dwa spakowane przeze mnie własnoręcznie kartony doszły pocztą kurierską w zaledwie trzy dni, więc pokój mam już pełen charakterystycznych chyba dla mnie „ustawek”, „martwych natur” czy jak je tam nazwać – bo zapakowałam nie tylko ubrania i buty, nie tylko rzeczy praktyczne, takie jak wieszaki, budzik czy nożyczki do papieru, ale i peruwiański kubek na długopisy i ołówki, plakat z majowego przedstawienia „Fairy Queen” czy arkusz złotego papieru, który dotąd wyściełał dno mojej szuflady z biżuterią. Kubek trafił na stół, razem z fluorescencyjnym kendoką z San Francisco. Papier na stolik z szklanym blatem, pod lusterko, perfumy, okulary przeciwsłoneczne i inne kobiece drobiazgi. Plakat z kolei przykleiłam w głębi szafy – raz, że zabawnie tak otworzyć szafę i natknąć się na nagiego faceta, dwa, że nie chciałam rozdrażnić gospodyni przyklejając coś do ściany.

Lubię tak sobie zagospodarować przestrzeń i nigdy się nie mogę powstrzymać przed wykombinowaniem czegoś ekstra. Robię takie rzeczy właściwie odruchowo – pamiętam, że przemeblowywałam pokój hotelowy w Tunezji zaraz po jego zajęciu, chociaż była pierwsza w nocy, i jako jedyna miałam przemeblowany pokój w akademiku na Erasmusie.

Tym razem nie omieszkałam wcisnąć mojego sędziwego budzika w pudełko po kubku firmy Kukuxumusu, które musiało mieć akurat odpowiednich rozmiarów otwór, półkę pod szklanym blatem stolika wyłożyłam zdjęciami z podróży i pocztówkami, a na jednym z kartonów, które przyszły pocztą, rozłożyłam z premedytacją kolorowe gazety i ulotki. Karton zresztą został już zaadoptowany na szafkę na papierową torebkę z reklamówkami i siatkę z pokojowymi śmieciami. A w drugim kartonie, tak jak w domu, będę trzymać pranie.

Przysięgam jednak, że to nie jest tak, że nic tylko siedzę w swoim pokoju. Mam swoje przyzwyczajenia byłego tłumacza, ale bez przesady. Dziś na przykład wybrałam się do dwóch parków i korzystając z „muy buen dia” (co rano podkreślił mój gospodarz) wybrałam się na punkt widokowy na górze Igeldo.

Park Enea (cóż za swojska nazwa) to kolejna rzecz, która mnie rozbroiła. Niech żyją przyzwyczajenia! Tym razem nie wpadłam na to, że cały park będzie otaczało wysokie ogrodzenie, i ponieważ zignorowałam główne wejście, musiałam iść wzdłuż owego płotu ładne kilkanaście minut, zanim los się nade mną nie zlitował i nie natrafiłam na dziurę.
Park zajmuje całe wzgórze, bo wzgórza dzielą się tu najwyraźniej na te zmienione w parki i pozostałe, gdzie zieleni nie przekształcono jednak nieformalnie w „lasek” do wyprowadzania psów, bo, jak podejrzewam, miejscowa roślinność jest zbyt bujna, żeby walczyć z nią inną metodą niż jej całkowite usuniecie i zastąpienie łatwiejszymi w tresurze „parkowymi” gatunkami.

Drugi park jest położony prawie nad samym morzem i otacza pałacyk Miramar. Widoki oczywiście przepiękne: woda lazurowa, jachtów przy niedzieli jeszcze więcej niż zwykle, a jakby tego było mało, w pałacyku ćwiczyli jacyś muzycy i z trzech różnych okien w trzech różnych skrzydłach dobiegały dźwięki trzech różnych instrumentów (w drodze powrotnej niemal tam zasnęłam pod drzewem, zasłuchana). No i palm tam dużo. Jednym z powodów, dla których nie chciałabym zamieszkać tu na stałe, jest to, że nie chciałabym, żeby palmy przestały mnie kiedyś ekscytować i kojarzyć się z wakacjami.

Naprawdę współczuję tutejszym mieszkańcom, bo dokąd też biedaki mogą pojechać, żeby piszczeć z zachwytu? Gdzie nie trafią, wzruszają zapewne ramionami. Wiem, wiem, są jeszcze wieżowce i lodowce, Wielki Mur Chiński i Wielki Kanion, ale poza tym nieszczęśni tubylcy muszą być przyzwyczajeni aż do bólu do wszystkiego, co przynajmniej w popkulturze uważane jest za wizualnie atrakcyjnie. Mają tu port z Hanii, paryskie bulwary, rzymskie kawiarnie, brazylijską plażę, a nawet irlandzkie klify. Te ostatnie widać właśnie z góry Igeldo, dokąd wjechałam sędziwą czerwoną górską kolejką szynową. Sama Igeldo oferuje podobnie szeroki wachlarz atrakcji: w parku rozrywki dla dzieci jest i komnata strachu, i mini rollcoaster, można się przejechać osiołkiem, ale i popływać łódką (po stawie lub sztucznym strumieniu), a w razie gdyby czyjeś dziecko poryczało się z rozczarowania na widok osiemnastowiecznej latarni morskiej, kamiennej i kanciastej, za rogiem jest druga, klasyczna – okrągła i biała.

I tak się wyróżniam z tłumu, bo nie wyglądam ani na tubylkę, ani na elegancką Francuzkę, ani na hożą anglosaskę, więc bezczelnie złamałam reguły i zjadłam na górze obiad już o godzinie trzynastej. Wszystkie dania wystawione w kafeterii były jeszcze nietknięte – za to dwie godziny później, w centrum, jadło całe miasto. Podoba mi się to, że tutejsze starsze panie z niższych klas mogą sobie siedzieć w centrum w knajpianym ogródku i pić razem winko. Wszędzie jest też zawsze pełno dzieci i psów.

Dzisiaj ani nie mam puenty, ani nie zrzędzę – mózg mi się zlasował na słońcu i co najwyżej domaga się znowu czegoś do jedzenia. W Lidlu tacka plasterków chorizo kosztuje tylko dwa złote. A cała reszta jest tak droga, że przynajmniej ceny puszkowanych owoców morza nie powalają z nóg.

24.09 – ZA CHLEBEM

September 28, 2011

Nie zdajemy sobie sprawy, ile w głowie mamy gotowców. Zawsze mnie zaskakują – na przykład kiedy siadam w szpilkach na sedesie, mój mózg, przyzwyczajony do takiej, a nie innej długości nóg, wyhamowuje ciało kilka ładnych centymetrów nad deską, czego rezultatem jest dość bolesne lądowanie. Albo tutaj – idę ja ci ulicą, miasto wyludnione i jest ciemno i ciepło zarazem. Biedaczek mózg kalkuluje – ciemno, ciepło i pusto znaczy się lipiec, może sierpień, gdzieś tak druga, trzecia w nocy. Ale nie, przykro mi, zonk. Jest koniec września i siódma rano. Więc czuję się dziwnie, bo w takich warunkach powinnam wracać z wakacyjnej imprezy, a nie drałować na dworzec złapać poranny pociąg do pracy.

Tu tak zresztą cały czas. I dlatego jest o czym pisać. Mózg jest jak komputer (co za banalne porównanie), robi, co w swojej mocy, żeby ‘wykryć urządzenie’ i jakoś tam ci pomóc. Niby wie, co się dzieje, ale gdzieś tam głęboko nadal coś do niego nie dociera i kochanienki nadal się stara – „wykryto nieznany język, hm, jakby ci tu pomóc, może to jednak szwedzki albo niemiecki, więc na wszelki wypadek odpowiadaj odruchowo ‘ja, ja’”. No i odpowiadam jak sierota, chociaż niby wiem, że ma być „si, si”.

Pusto, ciemno i ciepło. Nawet jest coś otwarte, ale chyba tylko po to, żeby właściciele mogli się swobodniej krzątać – po moim naiwnym „kupię sobie śniadanie w drodze do pracy” z wtorku nie wierzę już, że cokolwiek jest tu otwarte przed dziewiątą. Ale niby jest, przynajmniej teoretycznie – rybny i kwiaciarnia. W rybnym pan coś kroi, żeby wyłożyć na lód, a kiedy mijam kwiaciarnię dociera do mnie fala rozkosznych zapachów – którą po sekundzie zastępuje kolejna, ale już nie kwiatowa, tylko rybna. Nie, to nie z kolejnego rybnego – zbliżam się do rzeki. A z mostu, którym zaraz przejdę, do oceanu jest może z czterysta metrów.

Mózg niby ma wiedzę ogólną, ale i tak porównuje z tym, czego doświadczył. Jarzeniówki w pomieszczeniach mieszkalnych, wiszące wzdłuż parapetów pranie (łącznie z poszwami kołder i innymi płachtami dwa na dwa metry), pociąg tuż pod oknem (choćby się mieszkało na piątym piętrze) – to oczywiście Japonia. Inny kształt cyferek podpatrzony na czyjejś odręcznej notatce i kilkanaście rodzajów chleba tostowego w sklepie, ale żadnego „normalnego” – to Wielka Brytania.
No właśnie, chleb. Powiedzenie „za chlebem” jakoś traci tu sens. Bo w moim supermarkecie chleba po prostu nie ma. I to nawet tostowego. Jest za to kilkanaście odmian tostów już przypieczonych (zimnych niestety) i kilkadziesiąt (nie przesadzam) rodzajów słodkich bułeczek, pączków, rogalików i innego pozbawionego błonnika świństwa, które się tutaj jada na śniadanie. A tak w ogóle rogaliki serwują tu w kawiarniach z nożem i widelcem – czy mi się wydaje, czy w pobliskiej Francji byłoby to świętokradztwo? Gdyby nie dieta, sprawdziłabym w poniedziałek.
Czego jeszcze nie ma w moim supermarkecie? Rzecz jasna włoszczyzny. Kiszonek. Kasz. Pitnych jogurtów w małych butelkach. Jest za to wiele odmian papryki o najróżniejszych kształtach, osobne działy dla oliwek i szparagów, i gazpacho w kartonikach. Przy wejściu wiszą kłódeczki do wózków na zakupy, a kiedy płaci się kartą, nie wstukuje się PIN-u, tylko składa się podpis na rachunku, chociaż podpis jest przecież i na karcie, więc każdy złodziej może go podrobić.

Ale zrzęda ze mnie. Spokojnie, dużo rzeczy mi się tu podoba. Fantazyjne kamienice, przed którymi rosną palmy. Bardzo gustownie ubrane panie w każdym wieku. Ulice kończące się niebem, bo dalej jest już morze. A na kontuarze każdego pubu – tace z pintxos, czyli tutejszymi tapas – kawałkami bagietki z piramidką dodatków, na przykład pastą rybną obłożoną sardelami i plastrami owczego sera. Serów w supermarkecie też jest dużo.

Supermarkety znalazłam już cztery, ale jakoś nie widzę małych sklepików z jedzeniem. Oczywiście wszystko uogólniam, bo co można wiedzieć po pięciu dniach, ale wydaje mi się, że do wyboru są dwie opcje: jeśli ci się spieszy, idziesz do supermarketu – jeśli masz czas, kupujesz chleb w piekarni, mięsu u rzeźnika i tak dalej. Sklepik spożywczy na co drugim rogu przyspieszyłby przecież tempo życia do jakichś okropnych północnoeuropejskich standardów – północnoeuropejskich, bo nawet w frustrującej małą liczbą sklepików Anglii funkcjonuje instytucja corner shops.

I znowu zrzędzę – ale taki już mój przywilej nie znającej języka świeżynki. Nagle okazuje się, jaką ogromną wiedzę posiada człowiek o własnym kraju (znowu poniekąd kłaniają się gotowce w głowie). Dajmy na to, takie kupno odbiornika wi-fi USB. W Polsce nawet w obcym mieście mogę spytać o drogę do konkretnych sklepów – Media Marktu, Mega Avansu itp. – albo sprawdzić ich położenie w internecie (no, powiedzmy, bo gdybym miała internet, nie potrzebowałabym odbiornika wi-fi). Tu nazw sklepów nie znam. Mogłabym z pomocą rozmówek spytać o sklep elektryczny, ale z tego, co widzę na ulicach, takie sklepy specjalizują się w AGD. Kiedy w końcu trafiłam do tutejszego Media Marktu, obsługa wpadła w panikę niczym w Japonii (o Boże, mówią do mnie po angielsku), zaczęła odsyłać od stoiska do stoiska i w końcu oświadczono mi, że takiego czegoś nie mają (jasne, w sklepie z sześcioma działami elektroniki).

Nieznajomość języka przypomina też o tym, w jak wielu miejscach się z językiem stykamy. Nie rozumiem swojej poczty głosowej. Nie rozumiem swojego e-konta. Nie rozumiem instrukcji w bankomacie – ale tu da się chociaż manewrować „na czuja”.

Mózg podąża znanymi sobie ścieżkami, więc stwierdzam, że skoro jestem nad morzem, to wybiorę się na plażę zobaczyć zachód słońca. Jestem na tyle zaprawiona w bojach, że zaraz nasuwa mi się pytanie, czy aby morze jest tu z „odpowiedniej strony”. Mam wrażenie, że Polska rozpieszcza Polaków, wszystko jest takie poukładane – morze na górze, góry u dołu – ma się w głowie wzorzec psa, ma się i kraju. Morze też jest tu od północy. Więc idę na tę plażę. Są tutaj wprawdzie góry, których u nas na wybrzeżu nie ma, a fale wyrzucają na brzeg egzotycznie wyglądające czerwone meduzy, ale morze jest od północy, jak należy. Ha. No tak, góry. I jeszcze te zatoczki. Nad Bałtykiem jest przestrzeń i to, że słońce zachodzi z lewej, nie przeszkadza. Tu chowa się malowniczo za zieloną górą, na której szczycie, jak w Rio, stoi wielki posąg Chrystusa.

A paczkowany krojony razowiec dostałam w Lidlu.

The little things

September 28, 2011

– door knobs are placed in the middle of doors
– 95% of dogs are tiny and white
– coffee in cafes is cheaper
– even 5-lane streets can be one-way
– most pavements are washed early in the morning and I’ve seen several people washing shopping widows (awnings etc.) too
– windows of the interior rooms (and kitchens) open into a well used for hanging washing and chatting with neighbours
– pavements are paved with small slippery tiles
– haven’t heard anyone speaking Basque but in writing it’s everywhere – words like ‘txofre’ or ‘ikurrak’ (it reminds me ofWales)
– there are huge vending machines in the centre selling… milk
– my supermarket sells pimento, olive oil in plastic bottles and 15 kinds of tined asparagus but it doesn’t sell bread (and there’s just one kind of black tea)
– there seem to be a lot of babies and toddlers around
– every day you see at least one person with a surfboard
– cycle paths and bicycles everywhere
– seen a rat

20 Sep ’11 – The Relocation

September 28, 2011

Still no Internet! Simon, the recruitment officer, brought me a wi-fi stick from home, but apparently the CD-Rom drive in my poor 8-or-so year old Toshiba didn’t like being transported without a proper laptop case much, so currently I own a notebook without a camera, a wi-fi connection, a microphone AND a CD-Rom drive. Which basically means I need to buy a new one. In Spanish. (Buy in Spanish and operate it in Spanish). And without Internet access to check the models.

Well, I did manage to order juice, and ask where to weigh fruit and to put 500 euro into my account (and to find the bank – but I didn’t need Spanish for that one). I’m not learning much, but I guess it’s going to get better when I start the lessons – and writing things down and so on. Now it’s just spontaneous. I also might attend special classes for those teachers whose mother tongue is not English – although perhaps I got something wrong, such a course sounds too good to be true. Or maybe not so good if you have a busy schedule… Mine now is fantastic – two lessons with kids (aged 11-14 more or less) in the city centre (the Moraza branch) every Tuesday and Thursday, and a 3-hour block for advanced adults on Saturdays (in Irun, so involving reimbursed commuting by train and getting up at 6am or so).

It all started on Monday morning (it’s still dark here at 7.45) when I met my relocation officer Sonia (who looks like Asia Dz., for those of you who know Asia Dz.) and we walked to Gros to view the rooms. It takes about 20 minutes to walk from eastern parts of Gros (where I live) to the centre – you need to cross the river. The town is rich and beautiful with lots of trees (including palm trees) and very high 19 and 20th century houses which remind me of Paris, Rome, Switzerland and Lido di Jesolo.

The first room we saw had a sea view but it was rented by a middle-aged Ukrainian who wasn’t the owner and couldn’t even pretend I live with her for free but do live with her. And so we climbed one of the local hills in vain. But the second room had a double wardrobe and a balcony and there are two bathrooms here and a supermarket is right round the corner and there is free wi-fi and so on, and so, although we do pretend I live here for free (no contract, only the ‘acknowledgment’ for me to have an address in Spain) and although the room overlooks a busy road and a railway (the trains don’t run often but when they do it’s like in Hong Kong), when Sonia invited me to a coffee (thank god, I hadn’t had breakfast yet), I decided to stop the search there.

By around 2pm we’ve arranged the room, the town hall, the police station and the bank, and then Sonia left me near the Buen Pastor cathedral in a very nice place where you can get tofu, saiten, quinoa and boletus. In the afternoon (after a long walk along the seafront and in Parte Viejo full of the festival guests) I went to the main office and one of the bosses (John Bradley) took me on a tour round the Urbieta, San Bartholome and Moraza branches where I met about 120 different people whose names I should know, including the Director of Studies of ‘my’ branch (the Moraza one), Della. I think she’s a typical English boss, who calls you darling, uses the word ‘crap’ to describe her own rules and just nods her head when it is apparent that she wants you to come to see HER and not Phil in Irun on Wednesday afternoon.

In the evening I met Simon (the guy who interviewed me via Skype) and he helped me to get a Spanish mobile. A free LG phone was included – didn’t have time to learn to operate it properly yet.

I’m having a very unusual relationship with my hotel (Hostal Bahia) – god knows what they think of me there. Yesterday at around 8.30pm I announced that I was moving out (would have loved to stay but suspected I wouldn’t have time to move later on) and I think the receptionist though this was because the Internet in the common room stopped working. But then today morning when I went to the main office of the school, they didn’t know what to do with me (apart from giving me 205 euro relocation money) as there was a power cut anyway (a new lift is being installed) so I had an hour to kill and I decided to… No, no, let’s stop there. I’m rambling. Let me just say that I used the hotel today (three times I think) to pop in and either use the lavatory or the internet or just sit in my room on a comfortable bed and read papers. It’s lovely. I’ve always wanted to live in a hotel. And I got a glass of freshly squeezed orange juice as I was entitled to a continental breakfast. If I’m brave enough. I’m going to have breakfast there tomorrow (the last one, alas).

Breakfast isn’t such an easy affair. Today I wanted to buy a sandwich or sth and eat it walking to the main office but ALL SHOPS WERE CLOSED. At 8.30!!! Including two supermarkets. Amazing. And so I had to have a croissant and zumo de naranja in a cafe, like everyone else. Deliriously expensive, those.

(I did have a proper sandwich later at the boulevard but one cannot sit there as the benches are all wet.)

I met Phil of Irun and then Sonia took me to Amara to get my social security something and just get away from the office to have a coffee (this time on me). They have 3-hour lunch breaks here – even kids finish school at 7pm. Thanks to Sonia I found a lovely stationary shop where I could buy stuff which is supposed to help me get organized when it finally gets even more hectic. And then I went to the hotel again and then I rushed home to get changed (it got very hot) and buy some food and come back to Moraza for a two staff meetings and to San Bartholome branch to observe a class I’m going to take over on Thursday.

The rest of the evening I spent fighting with the non-existent CD-Rom drive, which lets me finish where I begun like this clever guy from Scientific American.

No time to describe the little things (such as a female traffic warden with a bright pink bob). It’s 11.15pm already! Everyone ignores red lights (well, pedestrians do, and some buses as well) and one of the twins gave me chicken and beans for lunch and talked to me incessantly in a mixture of Spanish, English and French. Every night the landlady goes to see the festival films at midnight.

LACUNZA

September 8, 2011

As everyone keeps asking me the same set of questions and not all of my friends are on FB, I decided to use WordPress to keep you updated. Sorry if this seems too impersonal. If you want the personal, just book a flight to Bilbao and I can bore you to death at your pleasure with the usual stuff ;). And so, at least for a while, my highly sophisticated blog shall change into yet another expat diary of sorts. How dull.

Most of you know by now that in July I got my CELTA, and as CELTA was invented by an international organisation called International House, I decided to try my luck and sent my CV to their London HQ. As a result I was offered two full-time TEFL jobs: at Ih San Sebastian and at Ih Moscow. Mind you, this wasn’t an easy choice – I hate heat, I feel distinctly Northern European, I quite enjoyed my 19 years in a blokowisko… Hey, I can even read Russian now!      

I’m leaving on 17th or 18th September (the contract ends in July BTW), so I’m terribly busy right now – writing the blog, looking for nice photos of the bay, wondering if my favourite painting will survive Lufthansa and so on.  Oh, this pic might do:

Read you soon, Sul.