24.09 – ZA CHLEBEM

Nie zdajemy sobie sprawy, ile w głowie mamy gotowców. Zawsze mnie zaskakują – na przykład kiedy siadam w szpilkach na sedesie, mój mózg, przyzwyczajony do takiej, a nie innej długości nóg, wyhamowuje ciało kilka ładnych centymetrów nad deską, czego rezultatem jest dość bolesne lądowanie. Albo tutaj – idę ja ci ulicą, miasto wyludnione i jest ciemno i ciepło zarazem. Biedaczek mózg kalkuluje – ciemno, ciepło i pusto znaczy się lipiec, może sierpień, gdzieś tak druga, trzecia w nocy. Ale nie, przykro mi, zonk. Jest koniec września i siódma rano. Więc czuję się dziwnie, bo w takich warunkach powinnam wracać z wakacyjnej imprezy, a nie drałować na dworzec złapać poranny pociąg do pracy.

Tu tak zresztą cały czas. I dlatego jest o czym pisać. Mózg jest jak komputer (co za banalne porównanie), robi, co w swojej mocy, żeby ‘wykryć urządzenie’ i jakoś tam ci pomóc. Niby wie, co się dzieje, ale gdzieś tam głęboko nadal coś do niego nie dociera i kochanienki nadal się stara – „wykryto nieznany język, hm, jakby ci tu pomóc, może to jednak szwedzki albo niemiecki, więc na wszelki wypadek odpowiadaj odruchowo ‘ja, ja’”. No i odpowiadam jak sierota, chociaż niby wiem, że ma być „si, si”.

Pusto, ciemno i ciepło. Nawet jest coś otwarte, ale chyba tylko po to, żeby właściciele mogli się swobodniej krzątać – po moim naiwnym „kupię sobie śniadanie w drodze do pracy” z wtorku nie wierzę już, że cokolwiek jest tu otwarte przed dziewiątą. Ale niby jest, przynajmniej teoretycznie – rybny i kwiaciarnia. W rybnym pan coś kroi, żeby wyłożyć na lód, a kiedy mijam kwiaciarnię dociera do mnie fala rozkosznych zapachów – którą po sekundzie zastępuje kolejna, ale już nie kwiatowa, tylko rybna. Nie, to nie z kolejnego rybnego – zbliżam się do rzeki. A z mostu, którym zaraz przejdę, do oceanu jest może z czterysta metrów.

Mózg niby ma wiedzę ogólną, ale i tak porównuje z tym, czego doświadczył. Jarzeniówki w pomieszczeniach mieszkalnych, wiszące wzdłuż parapetów pranie (łącznie z poszwami kołder i innymi płachtami dwa na dwa metry), pociąg tuż pod oknem (choćby się mieszkało na piątym piętrze) – to oczywiście Japonia. Inny kształt cyferek podpatrzony na czyjejś odręcznej notatce i kilkanaście rodzajów chleba tostowego w sklepie, ale żadnego „normalnego” – to Wielka Brytania.
No właśnie, chleb. Powiedzenie „za chlebem” jakoś traci tu sens. Bo w moim supermarkecie chleba po prostu nie ma. I to nawet tostowego. Jest za to kilkanaście odmian tostów już przypieczonych (zimnych niestety) i kilkadziesiąt (nie przesadzam) rodzajów słodkich bułeczek, pączków, rogalików i innego pozbawionego błonnika świństwa, które się tutaj jada na śniadanie. A tak w ogóle rogaliki serwują tu w kawiarniach z nożem i widelcem – czy mi się wydaje, czy w pobliskiej Francji byłoby to świętokradztwo? Gdyby nie dieta, sprawdziłabym w poniedziałek.
Czego jeszcze nie ma w moim supermarkecie? Rzecz jasna włoszczyzny. Kiszonek. Kasz. Pitnych jogurtów w małych butelkach. Jest za to wiele odmian papryki o najróżniejszych kształtach, osobne działy dla oliwek i szparagów, i gazpacho w kartonikach. Przy wejściu wiszą kłódeczki do wózków na zakupy, a kiedy płaci się kartą, nie wstukuje się PIN-u, tylko składa się podpis na rachunku, chociaż podpis jest przecież i na karcie, więc każdy złodziej może go podrobić.

Ale zrzęda ze mnie. Spokojnie, dużo rzeczy mi się tu podoba. Fantazyjne kamienice, przed którymi rosną palmy. Bardzo gustownie ubrane panie w każdym wieku. Ulice kończące się niebem, bo dalej jest już morze. A na kontuarze każdego pubu – tace z pintxos, czyli tutejszymi tapas – kawałkami bagietki z piramidką dodatków, na przykład pastą rybną obłożoną sardelami i plastrami owczego sera. Serów w supermarkecie też jest dużo.

Supermarkety znalazłam już cztery, ale jakoś nie widzę małych sklepików z jedzeniem. Oczywiście wszystko uogólniam, bo co można wiedzieć po pięciu dniach, ale wydaje mi się, że do wyboru są dwie opcje: jeśli ci się spieszy, idziesz do supermarketu – jeśli masz czas, kupujesz chleb w piekarni, mięsu u rzeźnika i tak dalej. Sklepik spożywczy na co drugim rogu przyspieszyłby przecież tempo życia do jakichś okropnych północnoeuropejskich standardów – północnoeuropejskich, bo nawet w frustrującej małą liczbą sklepików Anglii funkcjonuje instytucja corner shops.

I znowu zrzędzę – ale taki już mój przywilej nie znającej języka świeżynki. Nagle okazuje się, jaką ogromną wiedzę posiada człowiek o własnym kraju (znowu poniekąd kłaniają się gotowce w głowie). Dajmy na to, takie kupno odbiornika wi-fi USB. W Polsce nawet w obcym mieście mogę spytać o drogę do konkretnych sklepów – Media Marktu, Mega Avansu itp. – albo sprawdzić ich położenie w internecie (no, powiedzmy, bo gdybym miała internet, nie potrzebowałabym odbiornika wi-fi). Tu nazw sklepów nie znam. Mogłabym z pomocą rozmówek spytać o sklep elektryczny, ale z tego, co widzę na ulicach, takie sklepy specjalizują się w AGD. Kiedy w końcu trafiłam do tutejszego Media Marktu, obsługa wpadła w panikę niczym w Japonii (o Boże, mówią do mnie po angielsku), zaczęła odsyłać od stoiska do stoiska i w końcu oświadczono mi, że takiego czegoś nie mają (jasne, w sklepie z sześcioma działami elektroniki).

Nieznajomość języka przypomina też o tym, w jak wielu miejscach się z językiem stykamy. Nie rozumiem swojej poczty głosowej. Nie rozumiem swojego e-konta. Nie rozumiem instrukcji w bankomacie – ale tu da się chociaż manewrować „na czuja”.

Mózg podąża znanymi sobie ścieżkami, więc stwierdzam, że skoro jestem nad morzem, to wybiorę się na plażę zobaczyć zachód słońca. Jestem na tyle zaprawiona w bojach, że zaraz nasuwa mi się pytanie, czy aby morze jest tu z „odpowiedniej strony”. Mam wrażenie, że Polska rozpieszcza Polaków, wszystko jest takie poukładane – morze na górze, góry u dołu – ma się w głowie wzorzec psa, ma się i kraju. Morze też jest tu od północy. Więc idę na tę plażę. Są tutaj wprawdzie góry, których u nas na wybrzeżu nie ma, a fale wyrzucają na brzeg egzotycznie wyglądające czerwone meduzy, ale morze jest od północy, jak należy. Ha. No tak, góry. I jeszcze te zatoczki. Nad Bałtykiem jest przestrzeń i to, że słońce zachodzi z lewej, nie przeszkadza. Tu chowa się malowniczo za zieloną górą, na której szczycie, jak w Rio, stoi wielki posąg Chrystusa.

A paczkowany krojony razowiec dostałam w Lidlu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: