Archive for October, 2011

29.10 – KANAPKA Z JAJECZNICĄ

October 29, 2011

Nie wiem, jak ja to robię, ale nigdy, przenigdy nie mam tu tak, że siadam sobie z myślą: „Hm, mam wolną godzinkę, co by tu zrobić…”. Od 6 tygodni nie widziałam żadnego filmu, ani nie sięgnęłam po żadną powieść – poza artykułami z Straightforward Advanced i mailami, czytam tylko Good Houskeeping (póki co – mam nadzieję, że moja prenumerata tu do mnie dotrze). Na stosiku „do przeczytania” nie piętrzą mi się tu żadne tomiszcza – leży tam tylko przykurzona broszurka z słownictwem proficiency (ale i tak guileless ingenue z Straightforward rządzi) i list od Gobierno Vasco o treści tak fascynującej, że muszę go tu zacytować – kolumna prawa: „Con estos cambios, pretendemos agilizar y mejorar la relacion (…)”, kolumna lewa: „Aldaketa horiekin zera nahi dugu”. Przedwczoraj dowiedziałam się, że moi gospodarze mówią w domu po baskijsku (nie zauważyłam tego wcześniej i samodzielnie, bo parami ich nie widuję), więc już sama nie wiem po jakiemu się do nich zwracać. W razie czego poprosiłam o nauczenie mnie „do zobaczenia” (to zwykle im mówię) i tak mój baskijski zasób słów powiększył się do poniższych rozmiarów: agur, kaixo, eskarrik asko, pintxos, geltokia, helmuga, gero arte.

Cały czas w pędzie, a tymczasem inni chodzą tu na siłownię po pracy (Karolina), pieką regularnie ciasteczka (Sally), uczą się trzech języków (Pete) albo tak balują, że budzą się rano wprawdzie w domu kolegi, ale bez torby i kurtki (Simon). A przecież mają full timetable, czyli dwa razy więcej godzin niż ja! Mam na to trzy wytłumaczenia (poza oczywistym: jestem ofiarą losu ;p) – a) jestem świeżo upieczoną emigrantką, więc dużo czasu zabiera mi podtrzymywanie kontaktów z Polską (maile, Skype), b) bardzo długo planuję każdą lekcję, c) sypiam po osiem godzin na dobę. No i jakby nie było codziennie minimum godzinę zajmuje mi chodzenie na piechotę do/z centrum, zaczęłam się uczyć hiszpańskiego (pracodawca funduje mi cztery godziny tygodniowo), zaczęłam się uczyć trzymać flet (pojechałam po niego specjalnie do Bilbao), a ubiegły weekend spędziłam w Madrycie 🙂

Do Madrytu pojechałam zobaczyć się z Olą i Adamem, których sprowadziła do Hiszpanii konferencja – inaczej pewnie by mi się nie chciało tkwić 11 godzin w autokarze dla 21 godzin w dalekiej stolicy. Ale to właśnie te 11 godzin (a dokładniej pierwsze pięć i pół) było najbardziej zaskakujące. Oczywiście świetnie się z Olą i Adamem bawiłam, a Prado jest przecudowne, ale tego się dokładnie spodziewałam – nie liczyłam jednak na to, że autobusy Alsa Supra mają na stanie pojedyncze rzędy siedzeń, indywidualnie telewizorki z słuchawkami i blond stewardesę roznoszącą (darmowe) cukierki, napoje, orzeszki, kanapki, saszetki z płynem dezynfekującym i… grubaśne pędzle w plastikowych futerałach. Czemu na koniec podróży wręczono mi pędzel w futerale nadal do końca nie rozumiem – żebym oczyściła się z okruszków? Mój gospodarz też tego nie wiedział, ale on jest z Wysp Kanaryjskich 😉

Mój gospodarz, bo dzięki towarzyskości Gosi nocowałam u przemiłego lewaka, który mieszka jakieś 20 metrów od gmachu Telefoniki przy Gran Via – wieżowca, który dzięki swoim staroświecko nowojorskim kształtom i zegarowi z podświetlaną na czerwono tarczą upodabnia nocny Madryd do Gotham City. Tak w ogóle, droga Agu, chyba znalazłam mężczyznę twojego życia – lewicowy, oczytany, mówi po polsku i angielsku, a na środku jego zaadaptowanego strychu wisi hamak ;D. Wprawdzie jest zajęty, ale jak pouczyła mnie Izraelka, którą oprowadzałam po D-SS, „a girlfriend is not a wall” (tak się ponoć mówi po hebrajsku).

Oczywiście to nie pędzel z logo Alsy wprawił mnie euforię podczas podróży, tylko widoki. Wpierw Kraj Basków, który nie zaskakuje, ale jest piękny jak z obrazka: szmaragdowe góry ze skalistymi szczytami nad turkusowym morzem, jachty i plamy, owieczki i austriackie zagrody. Potem wieże Lermy, które, o dziwo, w Google Graphics wyskakują mi tylko na jednym zdjęciu. A potem, nie wiedzieć kiedy, znalazłam się w Iranie. Pustka. Nic. Ani domów, ani drzew, ani pól – płaski beż po horyzont, a na horyzoncie góry. Pod wieczór pustka przybrała kolor macicy perłowej, by wreszcie ustąpić normalniejszym górom, a wreszcie San Sebastian… de los Reyes. To jest to „drugie” SS, podmadrydzkie, które mnie niepotrzebnie podekscytowało, kiedy w ręce wpadł mi hiszpański katalog Ikei 😉

Muszę przyznać, że chyba zamieniam się w small town girl, bo te wszystkie estakady i salony samochodowe, które się później zaczęły, asfaltowa dżungla, metro i tłumy na ulicach (o prostytutkach i żebrakach nie wspominając) jakoś nie przypadły mi do gustu. Jak dobrze, że mogłam po prostu iść za moimi przewodnikami, którzy ofiarnie wyszli po mnie na dworzec! Ale i tak o mało co nie spadłam ze schodów ruchomych 🙂

Mile zaskoczona własnym hiszpańskim – a to zrozumiem przydatnie jakiś napis (pagar solo con tarjeta), a to dowcipną uwagę kelnera (Adam i Ola nie jedli, bo byli za gordo). Czasem połapię się zbyt późno, żeby sensownie odpowiedzieć (Algo mas?), ale jestem w stanie zrekonstruować to, co usłyszałam.

Nie załapałam się na pszczółki Maje na Sol, ani na Dantona Klaty na Santa Anna, ale o 23:30 przekazano mnie w kolejne gościnne ręce, którym zafundowałam piwo za jedyne 3,50€, dyskutując o Jaruzelskim, systemie emerytalnym i Japonii.

Raniutko na targ uliczny (dużo południowoamerykańskiej biedoty), a potem w uliczki (a to Cervantesa, a to Ave Maria): azjatycki fryzjer, bar gibraltarski, tandoori na tandoori. Pod Prado grupowa konsumpcja serów na murku, dobytek do szatni (z braku torebki musiałam chodzić wśród eleganckich francuskich turystek z reklamówką) i ze trzy godziny reakcji: „Hej, ten też znam” – Maja naga, fałdy, owieczki i winogrona. Najbardziej podobał mi się cykl „Okrutne łowy” Botticelliego i mój (tradycyjnie już) beznadziejny refleks. Otóż na jakieś 20 minut przed planowanym opuszczeniem muzeum zaczęło mi nagle świtać w głowie, że przecież swój projekt doktoratu pisałam na temat pewnego obrazu i ten obraz jest, cholera, hiszpański… Ale może wywieźli go do Nowego Jorku?! Zerkam w ulotkę – nie, jest, sala 12. Niesamowite, przypomina ci się arcydzieło i pięć minut później już przed nim stoisz 🙂

Taa, nadal nie opisałam, jak było na kajakach morskich, a już 20:43, a od 21:00 ludzie zbierają się w Molly Malone…

Chciałabym więc jeszcze tylko serdecznie podziękować Oli i Adamowi za zasponsorowanie mojego pobytu w mieście, którego wszystkie bankomaty zdawały się mówić: „Basków nie obsługujemy”. Ale przy okazji dowiedzieliśmy się, że ludzie stoją tak długo przy bankomatach La Caixa, bo można w nich zarezerwować bilety wstępu np. do takiej Alhambry.

A Ola załapała się na kanapkę z jajecznicą. Wiwat zagranica!

Advertisements

04.10 – SOPOT

October 4, 2011

Zgiełk w głowie, melodie hiszpańskiej intonacji, z której wyłapuję tylko pojedyncze słowa: xxxjoanajoanaxxkłarantaxxdoseurosxxxbidebieta xxxbalebalexxxlosotrasxxxbengobengoxxx. Jednym chodzą po głowie piosenki – mi uliczno-klasowy szum. Mózg skacze z polskiego na angielski, z angielskiego na szwedzki… Po hiszpańsku na razie raczej nie próbuję się porozumiewać, bo co z tego, że wydukam smaki lodów, skoro pani pyta, czy mała czy średnia kulka (myślałam, czy w wafelku czy w kubeczku, bo różnych rozmiarów kulek to my chyba jeszcze nie mamy). Albo dziś rano – koordynator od klientów korporacyjnych wsadził mnie w taksówkę, a sam pojechał skuterem. Dojeżdżam, a go nie ma. Nie miałam do niego numeru telefonu, nie znałam nawet adresu firmy. Rozglądając się, wydukałam: „Busco un hombre. Un hombre pagar”. (Cholera, to brzmiało dość dwuznacznie). Ale z zadowolonego świergotu taksówkarza wywnioskowałam, że szkoła rozlicza się zbiorczo, więc niepotrzebnie się wysilałam.

Postanowiłam jednak, że gdy tylko się przyzwyczaję do swojego nowego grafiku, zabieram się ostro do nauki. Co z tego, że wolałabym się uczyć sześciu innych języków – póki co jestem tutaj i 1) nie mogę zmarnować tej szansy, 2) będzie mi się łatwiej żyło, 3) wypada pokazać uczniom, że jest się co najmniej tak dobrym w uczeniu się języków niż oni. Ale przyznam szczerze, że całe to… jak to określić… brzęczenie? Moje uszy cierpią. Toż to gorsze niż angielski z niemieckim akcentem!

Nowy grafik to zaledwie 14,5 h w tygodniu, ale bardzo dużo czasu zabiera mi planowanie: a to książka dla nastolatków jest durna i muszę ją przerabiać, a to trzeba jakoś wkomponować przewidziane przez szkolną biurokrację testy ustne, a to laboratorium zażyczyło sobie fachowego słownictwa i wręczyło 600-stronicową książkę (bez numerów stron) o eksperymentach genetycznych na danio pręgowanym…

Pocieszam się, że zebrafish sounds like something out of „The Hitch-hiker’s Guide To The Galaxy”. I że park technologiczny w Miramon wygląda jak Bielefeld. A kiedy wychodziłam samotnie z laboratoriów, tylko Mouldera brakowało.

W środy będę musiała jadać na mieście (nie uśmiecha mi się tachanie czegoś do szkolnej mikrofali i spożywanie tego w moim staff roomie bez okien), więc zacznę się jutro rozglądać za stosowną knajpką. Na razie wszystkie, którym się przyglądałam, oferują zestawy obiadowe w okolicach 11-12 euro, a ja jeszcze nie przestawiłam się psychicznie na tutejsze ceny. Świeżo wyciskany sok z pomarańczy kosztuje tyle co w Polsce, ale paczka porów za 2,50€ przyprawia o palpitacje. Nie, nie, pory nie są tutaj czymś egzotycznym.

Nie wiem, jaki obraz się z tego wszystkiego wyłania, może za dużo zrzędzę. Podoba mi się to, że kiedy kupuje się kartonik mrożonej ryby, to w środku każdy kawałek jest w osobnej foliowej torebce. I że kiedy kupuje się droższe podpaski, to do każdej jest dołączona wilgotna chusteczka. Odkryłam też najfajniejsze chyba miejsce w San Sebastian, czyli park-bastion na otoczonej z trzech stron morzem górze Urgull nad Starówką, gdzie jest cicho i chłodno, i można się poczuć jak „Ania na Uniwersytecie” spacerując wśród nagrobków angielskich żołnierzy. W takich miejscach łapię się na tym, że po prostu szczerzę zęby – a potem mija mnie sobowtór Cejrowskiego (ale w butach) i robi się jeszcze weselej.

Miasto jest przepiękne, bez dwóch zdań. Uczeń z Irun powiedział mi dzisiaj, że dużo jeździ po Hiszpanii i uważa, że Donostia jest bezkonkurencyjna. Co odbija się niestety na cenach – od cen nieruchomości po ceny posiłków na mieście. I nic dziwnego, skoro przypada tu najwięcej restauracji z gwiazdkami Michelina na kilometr kwadratowy na świecie. Wynika z tego, że SS jest czymś w rodzaju ichniego Sopotu – nadmorską perełką dla bogaczy z aspiracjami, by być czymś więcej niż tylko kurortem.
Wszystkie drogi prowadzą do (jakiegoś) Sopotu… 😉 Ciekawe, czy będzie mi tu lepiej niż w tym, w którym miałam zamieszkać pół roku temu.

W tym miejscu niestety przestaję kontaktować ze zmęczenia i o morskich kajakach akrobatycznych napiszę kiedy indziej 🙂

26.09 – BIARRITZ

October 3, 2011

Dzięki bogu, że zapytałam o dojazd do Biarritz w Informacji Turystycznej, bo inaczej miałabym problem z podróżą w obie strony, a nie tylko w jedną :). Ale o tym później.

Otóż biletu do Biarritz nie można kupić w autobusie. Nie można też go kupić na dworcu autobusowym, ponieważ nie ma tam żadnej kasy, ani sklepiku z prowiantem, ani nawet budynku czy dachu – są tylko perony i (łaskawie) mapka z informacją jak dojść do kasy danej firmy przewozowej. Najpierw trzeba oczywiście wiedzieć, jak firma obsługuje jakie połączenie – w tym celu należy przeczytać wszystkie reklamujące owe firmy plakaty, które zdobią plastikowe ściany przystanków. Na plakatach są jednak tylko trasy, ale nie ma rozkładów.

Ja na szczęście nawet sprawdziłam, gdzie moja kasa się mieści dzień wcześniej. I miałam przy sobie szczęśliwie dość gotówki (nie można płacić kartą). Ale wyobraźcie sobie, że chcecie już wsiadać do autobusu, a tu odsyłają was do jakiejś kasy przy innej ulicy i nie macie przy sobie tych dwunastu czy dwudziestu euro.

To jeszcze nic. Najbardziej podobało mi się co innego – na dworcu autobusowym PERONY NIE MAJĄ NUMERÓW. Musisz mieć więc na oku je wszystkie. Ja wypatrywałam firmy PESA, więc dodatkowe utrudnienie stanowił dla mnie fakt, że autobusy tej firmy mają na bokach nie wielkie napisy „PESA” tylko… „Lurralde”. No i okazało się, że zwykłe perony to nie wszystko – tam, gdzie ludzie wysiadali z autobusów, to też były perony. Miałam szczęście, że odwróciłam głowę i zobaczyłam na jednym z autokarów napis „Baiona” – i że wiedziałam, że Biarritz leży koło Bayonne. Inni mieli trudniej, bo na jednym z autobusów widziałam np. dwie kartki – „Madrid-Irun” i „Vittoria-San Sebastian”. Okazało się też, że to nie perony mają numery, tylko autobusy – a przynajmniej i na moim bilecie, i na autobusie widniała duża trójka.

Ruszyliśmy. Na drogowskazach po prostu „Francia” 🙂 Nie mam zresztą pojęcia, gdzie się Francja zaczynała. W miejscowości Hendaya napisy były już w trzech językach (bo jeszcze po baskijsku), a potem, ni stąd ni zowąd, zaczęły się Carrefoury i inne takie. [3.X – dziś już wiem, że Hendaya leży we Francji].

W Biarritz, wiadomo – upał, lazur, plaża, sklepy Armaniego i Hermesa. Bardzo relaksująca atmosfera – głównie dlatego, że to kurort, więc nie tylko ja nigdzie się nie spieszyłam. Zresztą sam francuski działał chyba na mnie relaksująco.

Zauważki: dużo angielskich turystów, głównie ludzie po 40-tce (jeśli nie po 60-tce), w toaletach nie było mydła, więc musiałam kupić swoje. Nad wybrzeżem unosiła się mgiełka z kropelek (w San Seb też tak bywa). A popołudniu przyszedł przypływ i ¾ plaży znikło.

Siedziałam nad bulwarem, gdy nagle w dole zapanowało poruszenie – jakiś chłopak podbiegł do pary surferów, ludzie zebrali się coś obserwować. Okazało się, że ktoś się topi. I chyba z plaży nie było tego widać, tylko właśnie z położonego wyżej bulwaru. Surferzy popędzili do wody, widać było, jak kogoś holują na desce. Akurat kiedy wychodzili na brzeg, przyjechało pogotowie i zaczęło się znane mi tylko z filmów pompowanie nieprzytomnego mężczyzny. Nie dołączyłam do jednej z grup gapiów, ale nie dam głowy, że wszystko dobrze się skończyło – kiedy obejrzałam się za siebie po przejściu sporego kawałka, pływaka nadal reanimowano, a od podniesienia alarmu minęło już 10-15 minut 😦

Pocieszyłam się pozwalając sobie na odrobinę luksusu. Moją uwagę przykuła klasycznie urządzona, pogrążona w mroku restauracja/cukiernia przy głównej ulicy, z wielkim oknem wychodzącym na morze po drugiej stronie budynku. Przechodziłam koło niej kilkakrotnie i za każdym razem zatrzymywałam się przy wystawie. Wreszcie poszłam tam około 15.30 – na deser, żeby dostosować się do francuskich pór posiłków. W środku przeszklone lady pełne słodkości, lustrzane kafle, kandelabry, wykładzina. Z głośników sączyły się francuskie piosenki z lat 60-tych. Jadłam sorbet rabarbarowy, popijając go naparem z kwiatu pomarańczy i patrząc przez okno na turkusowe morze, o odcień jaśniejsze niebo, wielką palmę, biały pałacyk z kopułą i kontrastującą z tym wszystkim żółtą furgonetką DHL. Przy płaceniu rachunku dowiedziałam się, że Miremont otworzono w 1872 roku. Ha! Ma się nosa do dobrych lokali! 🙂

Miałam zakończyć tę opowieść anegdotką o tym, jak to tuż przed odjazdem mojego autokaru trochę się zestresowałam, bo zadzwoniła do mnie szefowa, a ja nie dość, że odebrałam telefon z dużym opóźnieniem (nie rozpoznaję jeszcze swojego dzwonka), to włączyłam przez pomyłkę głośnik, no i już tak z nią rozmawiałam do końca, bojąc się, że zamiast wyłączyć głośnik, po prostu się rozłączę. Historyjka ta to jednak małe piwo w porównaniu z tym, co wydarzyło się jakieś dwie minuty później. Wypatrywałam znowu autobusu z wielkim napisem „Lurralde” i tenże, owszem, wynurzył się zza rogu, ale zamiast skręcić w moją stronę… odjechał sobie w siną dal.
Ups.
Jedyny autobus powrotny.
Taaak… Kiedy wysiadałam z autobusu rano, spytałam przytomnie kierowcy: „A z powrotem, tu?”, na co odpowiedział „Nie, tam, na górze”. Obeszłam więc całą „górę”, ale niczego przypominającego przystanek autobusowy nie zauważyłam. Uznałam więc, że pan myślał, że pytam go, gdzie kupić bilet powrotny i skierował mnie do położonej ciut wyżej Informacji Turystycznej (która, czemu nie, mogła robić za kasę PESA). Zwłaszcza, że w Informacji pani powiedziała mi, że mam wsiąść tam, gdzie wysiadłam, koło telefonu. I rzeczywiście, tam, gdzie wysiadłam, wisiał sobie jakiś telefon na słupku. Wszystko układało się w logiczną całość.
Tyle że za rogiem była budka telefoniczna. A że zajrzałam tam pomiędzy rozmową z kierowcą a rozmową z panią z Informacji, nie zwróciłam na nią uwagi.
Na szczęście na tym samym rogu znajdował się komisariat policji. Dyżurny oświadczył mi wprawdzie po francusku, że nie robi za rozkład jazdy, ale zlitował się nade mną jakiś inny oficer i wyjaśnił po angielsku, że mam pojechać autobusem na dworzec i wrócić pociągiem z przesiadką w Hendaya.
Na dworcu nikogo z obsługi tylko automaty. Które miał jakąś awarię, bo podróżnemu przede mną sprzedały bilet do H. bez problemu, ale mi, z językiem przełączonym na angielski, już nie chciały. W końcu wybrałam opcję „Hendaya coś tam” (nikt nie wiedział, na czym polega różnica). i udało się – chociaż musiałam zapłacić kartą, a mogłam przecież nie mieć jej przy sobie.
Miałam godzinę, więc usiadłam sobie spokojnie na peronie, rozmawiając z tlenionym Justinem Timberlakiem i eleganckim dżentelmenem, który, o ile dobrze zrozumiałam, był emerytowanym szefem Renault na Francję, a teraz pomagał w interesach synowi, który to z kolei grał akurat w golfa w Maroku. Ok. Dom obok straszliwie dymił i dzwonił alarm. Ok. Na moim bilecie nie było słowa „Hendaya”. Ok. Justin skwitował błąd automatu: „French technology” i zapewnił mnie, że to krótka trasa i konduktor się nie pojawi.
Zestresowałam się dopiero, kiedy na dwie minuty przed odjazdem pociągu okazało się, że nie skasowałam biletu w specjalnej maszynce na dworcu i musiałam przebiec się przejściem podziemnym tam i z powrotem, co bardzo ubawiło pana z Renault. Żeby na tym skończyły się moje przygody, wypytał innych w pociągu, jak dojść w Hendaya z jednego dworca na drugi, więc trafiłam bez problemu i nawet odgadłam, że pociąg do „Lasarte SS” jedzie do San Sebastian i że mój przystanek nazywa się w automacie nie „San Sebastian”, tylko „Amara Donostia” 🙂

Kojarzycie napisy z równolegle wyskrobanych kresek na poznańskich przystankach? Na oknie pociągu do Amary ktoś wyskrobał „Kant” i ciekawa jestem, co miał na myśli. Ale skoro mój owczy ser nazywa się „Poliki”, „Kant” może równie dobrze być baskijskim przekleństwem.