26.09 – BIARRITZ

Dzięki bogu, że zapytałam o dojazd do Biarritz w Informacji Turystycznej, bo inaczej miałabym problem z podróżą w obie strony, a nie tylko w jedną :). Ale o tym później.

Otóż biletu do Biarritz nie można kupić w autobusie. Nie można też go kupić na dworcu autobusowym, ponieważ nie ma tam żadnej kasy, ani sklepiku z prowiantem, ani nawet budynku czy dachu – są tylko perony i (łaskawie) mapka z informacją jak dojść do kasy danej firmy przewozowej. Najpierw trzeba oczywiście wiedzieć, jak firma obsługuje jakie połączenie – w tym celu należy przeczytać wszystkie reklamujące owe firmy plakaty, które zdobią plastikowe ściany przystanków. Na plakatach są jednak tylko trasy, ale nie ma rozkładów.

Ja na szczęście nawet sprawdziłam, gdzie moja kasa się mieści dzień wcześniej. I miałam przy sobie szczęśliwie dość gotówki (nie można płacić kartą). Ale wyobraźcie sobie, że chcecie już wsiadać do autobusu, a tu odsyłają was do jakiejś kasy przy innej ulicy i nie macie przy sobie tych dwunastu czy dwudziestu euro.

To jeszcze nic. Najbardziej podobało mi się co innego – na dworcu autobusowym PERONY NIE MAJĄ NUMERÓW. Musisz mieć więc na oku je wszystkie. Ja wypatrywałam firmy PESA, więc dodatkowe utrudnienie stanowił dla mnie fakt, że autobusy tej firmy mają na bokach nie wielkie napisy „PESA” tylko… „Lurralde”. No i okazało się, że zwykłe perony to nie wszystko – tam, gdzie ludzie wysiadali z autobusów, to też były perony. Miałam szczęście, że odwróciłam głowę i zobaczyłam na jednym z autokarów napis „Baiona” – i że wiedziałam, że Biarritz leży koło Bayonne. Inni mieli trudniej, bo na jednym z autobusów widziałam np. dwie kartki – „Madrid-Irun” i „Vittoria-San Sebastian”. Okazało się też, że to nie perony mają numery, tylko autobusy – a przynajmniej i na moim bilecie, i na autobusie widniała duża trójka.

Ruszyliśmy. Na drogowskazach po prostu „Francia” 🙂 Nie mam zresztą pojęcia, gdzie się Francja zaczynała. W miejscowości Hendaya napisy były już w trzech językach (bo jeszcze po baskijsku), a potem, ni stąd ni zowąd, zaczęły się Carrefoury i inne takie. [3.X – dziś już wiem, że Hendaya leży we Francji].

W Biarritz, wiadomo – upał, lazur, plaża, sklepy Armaniego i Hermesa. Bardzo relaksująca atmosfera – głównie dlatego, że to kurort, więc nie tylko ja nigdzie się nie spieszyłam. Zresztą sam francuski działał chyba na mnie relaksująco.

Zauważki: dużo angielskich turystów, głównie ludzie po 40-tce (jeśli nie po 60-tce), w toaletach nie było mydła, więc musiałam kupić swoje. Nad wybrzeżem unosiła się mgiełka z kropelek (w San Seb też tak bywa). A popołudniu przyszedł przypływ i ¾ plaży znikło.

Siedziałam nad bulwarem, gdy nagle w dole zapanowało poruszenie – jakiś chłopak podbiegł do pary surferów, ludzie zebrali się coś obserwować. Okazało się, że ktoś się topi. I chyba z plaży nie było tego widać, tylko właśnie z położonego wyżej bulwaru. Surferzy popędzili do wody, widać było, jak kogoś holują na desce. Akurat kiedy wychodzili na brzeg, przyjechało pogotowie i zaczęło się znane mi tylko z filmów pompowanie nieprzytomnego mężczyzny. Nie dołączyłam do jednej z grup gapiów, ale nie dam głowy, że wszystko dobrze się skończyło – kiedy obejrzałam się za siebie po przejściu sporego kawałka, pływaka nadal reanimowano, a od podniesienia alarmu minęło już 10-15 minut 😦

Pocieszyłam się pozwalając sobie na odrobinę luksusu. Moją uwagę przykuła klasycznie urządzona, pogrążona w mroku restauracja/cukiernia przy głównej ulicy, z wielkim oknem wychodzącym na morze po drugiej stronie budynku. Przechodziłam koło niej kilkakrotnie i za każdym razem zatrzymywałam się przy wystawie. Wreszcie poszłam tam około 15.30 – na deser, żeby dostosować się do francuskich pór posiłków. W środku przeszklone lady pełne słodkości, lustrzane kafle, kandelabry, wykładzina. Z głośników sączyły się francuskie piosenki z lat 60-tych. Jadłam sorbet rabarbarowy, popijając go naparem z kwiatu pomarańczy i patrząc przez okno na turkusowe morze, o odcień jaśniejsze niebo, wielką palmę, biały pałacyk z kopułą i kontrastującą z tym wszystkim żółtą furgonetką DHL. Przy płaceniu rachunku dowiedziałam się, że Miremont otworzono w 1872 roku. Ha! Ma się nosa do dobrych lokali! 🙂

Miałam zakończyć tę opowieść anegdotką o tym, jak to tuż przed odjazdem mojego autokaru trochę się zestresowałam, bo zadzwoniła do mnie szefowa, a ja nie dość, że odebrałam telefon z dużym opóźnieniem (nie rozpoznaję jeszcze swojego dzwonka), to włączyłam przez pomyłkę głośnik, no i już tak z nią rozmawiałam do końca, bojąc się, że zamiast wyłączyć głośnik, po prostu się rozłączę. Historyjka ta to jednak małe piwo w porównaniu z tym, co wydarzyło się jakieś dwie minuty później. Wypatrywałam znowu autobusu z wielkim napisem „Lurralde” i tenże, owszem, wynurzył się zza rogu, ale zamiast skręcić w moją stronę… odjechał sobie w siną dal.
Ups.
Jedyny autobus powrotny.
Taaak… Kiedy wysiadałam z autobusu rano, spytałam przytomnie kierowcy: „A z powrotem, tu?”, na co odpowiedział „Nie, tam, na górze”. Obeszłam więc całą „górę”, ale niczego przypominającego przystanek autobusowy nie zauważyłam. Uznałam więc, że pan myślał, że pytam go, gdzie kupić bilet powrotny i skierował mnie do położonej ciut wyżej Informacji Turystycznej (która, czemu nie, mogła robić za kasę PESA). Zwłaszcza, że w Informacji pani powiedziała mi, że mam wsiąść tam, gdzie wysiadłam, koło telefonu. I rzeczywiście, tam, gdzie wysiadłam, wisiał sobie jakiś telefon na słupku. Wszystko układało się w logiczną całość.
Tyle że za rogiem była budka telefoniczna. A że zajrzałam tam pomiędzy rozmową z kierowcą a rozmową z panią z Informacji, nie zwróciłam na nią uwagi.
Na szczęście na tym samym rogu znajdował się komisariat policji. Dyżurny oświadczył mi wprawdzie po francusku, że nie robi za rozkład jazdy, ale zlitował się nade mną jakiś inny oficer i wyjaśnił po angielsku, że mam pojechać autobusem na dworzec i wrócić pociągiem z przesiadką w Hendaya.
Na dworcu nikogo z obsługi tylko automaty. Które miał jakąś awarię, bo podróżnemu przede mną sprzedały bilet do H. bez problemu, ale mi, z językiem przełączonym na angielski, już nie chciały. W końcu wybrałam opcję „Hendaya coś tam” (nikt nie wiedział, na czym polega różnica). i udało się – chociaż musiałam zapłacić kartą, a mogłam przecież nie mieć jej przy sobie.
Miałam godzinę, więc usiadłam sobie spokojnie na peronie, rozmawiając z tlenionym Justinem Timberlakiem i eleganckim dżentelmenem, który, o ile dobrze zrozumiałam, był emerytowanym szefem Renault na Francję, a teraz pomagał w interesach synowi, który to z kolei grał akurat w golfa w Maroku. Ok. Dom obok straszliwie dymił i dzwonił alarm. Ok. Na moim bilecie nie było słowa „Hendaya”. Ok. Justin skwitował błąd automatu: „French technology” i zapewnił mnie, że to krótka trasa i konduktor się nie pojawi.
Zestresowałam się dopiero, kiedy na dwie minuty przed odjazdem pociągu okazało się, że nie skasowałam biletu w specjalnej maszynce na dworcu i musiałam przebiec się przejściem podziemnym tam i z powrotem, co bardzo ubawiło pana z Renault. Żeby na tym skończyły się moje przygody, wypytał innych w pociągu, jak dojść w Hendaya z jednego dworca na drugi, więc trafiłam bez problemu i nawet odgadłam, że pociąg do „Lasarte SS” jedzie do San Sebastian i że mój przystanek nazywa się w automacie nie „San Sebastian”, tylko „Amara Donostia” 🙂

Kojarzycie napisy z równolegle wyskrobanych kresek na poznańskich przystankach? Na oknie pociągu do Amary ktoś wyskrobał „Kant” i ciekawa jestem, co miał na myśli. Ale skoro mój owczy ser nazywa się „Poliki”, „Kant” może równie dobrze być baskijskim przekleństwem.

Advertisements

2 Responses to “26.09 – BIARRITZ”

  1. mutancik Says:

    >>więc trafiłam bez problemu i nawet odgadłam, że pociąg do „Lasarte SS” jedzie do San Sebastian i że mój przystanek nazywa się w automacie nie „San Sebastian”, tylko „Amara Donostia”<<

    Szerlok z Ciebie. Amara Donostia to jakaś dzielnica czy nazwa dworca?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: