29.10 – KANAPKA Z JAJECZNICĄ

Nie wiem, jak ja to robię, ale nigdy, przenigdy nie mam tu tak, że siadam sobie z myślą: „Hm, mam wolną godzinkę, co by tu zrobić…”. Od 6 tygodni nie widziałam żadnego filmu, ani nie sięgnęłam po żadną powieść – poza artykułami z Straightforward Advanced i mailami, czytam tylko Good Houskeeping (póki co – mam nadzieję, że moja prenumerata tu do mnie dotrze). Na stosiku „do przeczytania” nie piętrzą mi się tu żadne tomiszcza – leży tam tylko przykurzona broszurka z słownictwem proficiency (ale i tak guileless ingenue z Straightforward rządzi) i list od Gobierno Vasco o treści tak fascynującej, że muszę go tu zacytować – kolumna prawa: „Con estos cambios, pretendemos agilizar y mejorar la relacion (…)”, kolumna lewa: „Aldaketa horiekin zera nahi dugu”. Przedwczoraj dowiedziałam się, że moi gospodarze mówią w domu po baskijsku (nie zauważyłam tego wcześniej i samodzielnie, bo parami ich nie widuję), więc już sama nie wiem po jakiemu się do nich zwracać. W razie czego poprosiłam o nauczenie mnie „do zobaczenia” (to zwykle im mówię) i tak mój baskijski zasób słów powiększył się do poniższych rozmiarów: agur, kaixo, eskarrik asko, pintxos, geltokia, helmuga, gero arte.

Cały czas w pędzie, a tymczasem inni chodzą tu na siłownię po pracy (Karolina), pieką regularnie ciasteczka (Sally), uczą się trzech języków (Pete) albo tak balują, że budzą się rano wprawdzie w domu kolegi, ale bez torby i kurtki (Simon). A przecież mają full timetable, czyli dwa razy więcej godzin niż ja! Mam na to trzy wytłumaczenia (poza oczywistym: jestem ofiarą losu ;p) – a) jestem świeżo upieczoną emigrantką, więc dużo czasu zabiera mi podtrzymywanie kontaktów z Polską (maile, Skype), b) bardzo długo planuję każdą lekcję, c) sypiam po osiem godzin na dobę. No i jakby nie było codziennie minimum godzinę zajmuje mi chodzenie na piechotę do/z centrum, zaczęłam się uczyć hiszpańskiego (pracodawca funduje mi cztery godziny tygodniowo), zaczęłam się uczyć trzymać flet (pojechałam po niego specjalnie do Bilbao), a ubiegły weekend spędziłam w Madrycie 🙂

Do Madrytu pojechałam zobaczyć się z Olą i Adamem, których sprowadziła do Hiszpanii konferencja – inaczej pewnie by mi się nie chciało tkwić 11 godzin w autokarze dla 21 godzin w dalekiej stolicy. Ale to właśnie te 11 godzin (a dokładniej pierwsze pięć i pół) było najbardziej zaskakujące. Oczywiście świetnie się z Olą i Adamem bawiłam, a Prado jest przecudowne, ale tego się dokładnie spodziewałam – nie liczyłam jednak na to, że autobusy Alsa Supra mają na stanie pojedyncze rzędy siedzeń, indywidualnie telewizorki z słuchawkami i blond stewardesę roznoszącą (darmowe) cukierki, napoje, orzeszki, kanapki, saszetki z płynem dezynfekującym i… grubaśne pędzle w plastikowych futerałach. Czemu na koniec podróży wręczono mi pędzel w futerale nadal do końca nie rozumiem – żebym oczyściła się z okruszków? Mój gospodarz też tego nie wiedział, ale on jest z Wysp Kanaryjskich 😉

Mój gospodarz, bo dzięki towarzyskości Gosi nocowałam u przemiłego lewaka, który mieszka jakieś 20 metrów od gmachu Telefoniki przy Gran Via – wieżowca, który dzięki swoim staroświecko nowojorskim kształtom i zegarowi z podświetlaną na czerwono tarczą upodabnia nocny Madryd do Gotham City. Tak w ogóle, droga Agu, chyba znalazłam mężczyznę twojego życia – lewicowy, oczytany, mówi po polsku i angielsku, a na środku jego zaadaptowanego strychu wisi hamak ;D. Wprawdzie jest zajęty, ale jak pouczyła mnie Izraelka, którą oprowadzałam po D-SS, „a girlfriend is not a wall” (tak się ponoć mówi po hebrajsku).

Oczywiście to nie pędzel z logo Alsy wprawił mnie euforię podczas podróży, tylko widoki. Wpierw Kraj Basków, który nie zaskakuje, ale jest piękny jak z obrazka: szmaragdowe góry ze skalistymi szczytami nad turkusowym morzem, jachty i plamy, owieczki i austriackie zagrody. Potem wieże Lermy, które, o dziwo, w Google Graphics wyskakują mi tylko na jednym zdjęciu. A potem, nie wiedzieć kiedy, znalazłam się w Iranie. Pustka. Nic. Ani domów, ani drzew, ani pól – płaski beż po horyzont, a na horyzoncie góry. Pod wieczór pustka przybrała kolor macicy perłowej, by wreszcie ustąpić normalniejszym górom, a wreszcie San Sebastian… de los Reyes. To jest to „drugie” SS, podmadrydzkie, które mnie niepotrzebnie podekscytowało, kiedy w ręce wpadł mi hiszpański katalog Ikei 😉

Muszę przyznać, że chyba zamieniam się w small town girl, bo te wszystkie estakady i salony samochodowe, które się później zaczęły, asfaltowa dżungla, metro i tłumy na ulicach (o prostytutkach i żebrakach nie wspominając) jakoś nie przypadły mi do gustu. Jak dobrze, że mogłam po prostu iść za moimi przewodnikami, którzy ofiarnie wyszli po mnie na dworzec! Ale i tak o mało co nie spadłam ze schodów ruchomych 🙂

Mile zaskoczona własnym hiszpańskim – a to zrozumiem przydatnie jakiś napis (pagar solo con tarjeta), a to dowcipną uwagę kelnera (Adam i Ola nie jedli, bo byli za gordo). Czasem połapię się zbyt późno, żeby sensownie odpowiedzieć (Algo mas?), ale jestem w stanie zrekonstruować to, co usłyszałam.

Nie załapałam się na pszczółki Maje na Sol, ani na Dantona Klaty na Santa Anna, ale o 23:30 przekazano mnie w kolejne gościnne ręce, którym zafundowałam piwo za jedyne 3,50€, dyskutując o Jaruzelskim, systemie emerytalnym i Japonii.

Raniutko na targ uliczny (dużo południowoamerykańskiej biedoty), a potem w uliczki (a to Cervantesa, a to Ave Maria): azjatycki fryzjer, bar gibraltarski, tandoori na tandoori. Pod Prado grupowa konsumpcja serów na murku, dobytek do szatni (z braku torebki musiałam chodzić wśród eleganckich francuskich turystek z reklamówką) i ze trzy godziny reakcji: „Hej, ten też znam” – Maja naga, fałdy, owieczki i winogrona. Najbardziej podobał mi się cykl „Okrutne łowy” Botticelliego i mój (tradycyjnie już) beznadziejny refleks. Otóż na jakieś 20 minut przed planowanym opuszczeniem muzeum zaczęło mi nagle świtać w głowie, że przecież swój projekt doktoratu pisałam na temat pewnego obrazu i ten obraz jest, cholera, hiszpański… Ale może wywieźli go do Nowego Jorku?! Zerkam w ulotkę – nie, jest, sala 12. Niesamowite, przypomina ci się arcydzieło i pięć minut później już przed nim stoisz 🙂

Taa, nadal nie opisałam, jak było na kajakach morskich, a już 20:43, a od 21:00 ludzie zbierają się w Molly Malone…

Chciałabym więc jeszcze tylko serdecznie podziękować Oli i Adamowi za zasponsorowanie mojego pobytu w mieście, którego wszystkie bankomaty zdawały się mówić: „Basków nie obsługujemy”. Ale przy okazji dowiedzieliśmy się, że ludzie stoją tak długo przy bankomatach La Caixa, bo można w nich zarezerwować bilety wstępu np. do takiej Alhambry.

A Ola załapała się na kanapkę z jajecznicą. Wiwat zagranica!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: