Archive for November, 2011

SENT I NOVEMBER

November 18, 2011

SENT I NOVEMBER

Lekarka nie wie, czy to przeziębienie, czy alergia. Ot, kolejna elfia choroba, objawiająca się wewnętrznie i prywatnie, a zewnętrznie głównie większym niż zwykle zakręceniem:
– Do przychodni wzięłam z sobą rozmówki… francuskie. Na szczęście po rejestracji miałam 2 godziny do wizyty i w domu zdążyłam zauważyć swój błąd 🙂
– Po mailach do różnych szefów (wbrew procedurom, o których zapomniałam) byłam o krok od napisania do Simona-nauczyciela zamiast Simona-personalnego. No bo skoro to Simon-nauczyciel pracuje ze mną w Irun, dokąd jutro nie pojadę, bo mam 1 dzień zwolnienia… – logiczne, prawda? Bardzo ciekawa była potem lektura maili moich angielskich szefów reagujących na to po angielsku.
– Coś jeszcze zrobiłam, ale jestem zakręcona, więc nie pamiętam. Ach, ekorren med den vackra svansen…

Poprosiłam w aptece o czosnek w kapsułkach. “Na miażdżycę?” upewniła się pani. “Nie, na odporność”. “Nie, nie, na odporność to jest echinacea i propolis”. Miałam na końcu języka: “A w moim kraju…”. Kupiłam echinaceę. A czosnek, taki normalny, w supermarkecie.

Jesień w D-SS: na mojej ulicy na chodnikach leżą liście 25×20 cm, w parku na chodnikach leżą kuliste szyszki wielkości pięści. Temperatura powietrza 19 stopni, chociaż zarzekają się, że to ewenement.

Nie chce przyjść grudniowy numer “Good Housekeeping”, więc żeby jeszcze bardziej namieszać w głowie listonoszowi zapronumerowałam właśnie szwedzką “Elle”, w dodatku nie na to imię, co trzeba (cudza karta kredytowa).

W planach: badminton (z Carmen), sushi (z Karoliną i Laurą), Francja (zapewne z Laurą i Maksem) i fryzjer (samotnie ;).

Tak w ogóle to przebrowadziłam z Carmen bardzo ciekawą rozmowę o angielskich gadkach-szmatkach, więc przy okazji zaczęłam zastanawiać się i nad polskimi, i dochodzę do wniosku, że nasze “gadki na wejście do pokoju nauczycielskiego” są bardziej skierowane w powieterze niż nakierowane na konkretną osobę, ale jednocześnie, paradoksalnie, są bardziej szczere i osobiste, czyli, inaczej mówiąc, zrzędzimy. Anglicy rzucają grupowe “cześć”, ale potem atakują indywidualnie acz neutralnie, zależnie od tego, koło kogo przystaną, bo otwierają szafkę czy coś: “Hej, jak się czujesz, jakieś plany na weekend?”. Polacy rzucają w przestrzeń: “Boże, ale zimno! Widzieliście nowy grafik? Masakra!”. Przy Polaku można odpowiedzieć cokolwiek, rozładować frustrację, można też milczeć. Przy Angliku trzeba udzielić ogólnej, banalnej, wyuczonej odpowiedzi – i koniecznie odwzajemnić pytanie. To jest jeszcze pikuś – minus taki, że nudy straszne, ale przynajmniej tego uczą na angielskim w szkole. Nie radzę sobie za to z angielską-gadką szmatką typu już-cię-dziś-widziałem-więc-rzucę-bardzo-dowcipną-uwagę-na którą-masz-zareagować-odpowiednio-cietą-ripostą. Nie wiem, co kogo gryzie, nie wiem, kto na czym był w kinie – ale wiem, kto jest dobry w pojedynkach na te riposty. Ja wysiadam. Mówię wszystkim, że mam Aspergera. Może to przez to, że to po angielsku. Może I’m just not a funny person. “Czy to tym przekupujesz uczniów?” “Nie”. “Użyłabyś tego zdjęcia na lekcji?” “Tak”. “Ale czarno! To twoja skrzynka mailowa czy jakieś zarchiwizowane pliki?” “Skrzynka”. To tylko przykłady z wczoraj. Nie wszystkie, rzecz jasna. Jeśli któreś z was nie wie, w czym problem, to poproszę o kurs na Skypie ;p

PS. Sprawdziłam właśnie statystki bloga i ktoś trafił na niego z wyszukiwania “szczupłe nagie panie”. Google rządzi.

Advertisements

JIGS AND REELS

November 13, 2011

Absolutnie niewybaczalne lenistwo pisarskie, ale trochę się tego w mailach uzbierało, to wrzucam.

F jak FLET – Lekcji udziela mi 18-letnia Laetita Casta w profesjonalnej sali do ćwiczeń w miejscowym konserwatorium. Mogłabym ćwiczyć godzinami, ale niestety nie mam czasu, no i szanuję uszy sąsiadów. Granie jest trochę jak medytacja, a trochę jak gimnastyka mózgu, zmuszanego do czytania nut i wyprawiania dziwnych rzeczy z palcami, przeponą i wargami. Na razie jestem na etapie melodyjek z dźwiękami H, A i G.

G jak GRAFIK – W pon pieszo 2h. We wt pieszo 2h. W śr piszo 1h 20 min, chyba że lunch w domu, to +50 min. W czw 2h pieszo. W pt 2-3h pieszo. W sob 2-3h pieszo. W niedzielę 1-5 godzin pieszo.

S jak SMAKOŁYKI – Polecam: chrupiący spodek z bardzo kozim serem i marmoladą z pomidorów (w Txalupie), tartinki z pastą rybną (w Valles), chrupiące mini bagietki z hiszpańską szynkąi podłużną zieloną marynowaną papryką (we Flushu), gazpacho w tetrapakach (w każdym supermarkecie), sok winogronowy z lodem i cytryną czyli mosto (w każdej knajpie), tortillę de patatas z papryką (w Irun na placyku) i garnek małży (w Hendaye we Francji).

T jak TRILINGUAL – W sobotę lunch z Anglikiem Maksem, jego hiszp-fran dziewczyną i ich rodzicami – cóż za rozkosz dla filologa! Dziewczyna mówi do Maksa po ang, do mamy po fr, do taty po hiszp. Tata do mnie trzema językami. Rodzice Maksa po ang i fr. Dziś w parku inny tata mówił do dzieci po fr, a mama po hiszp. Wszyscy wykształceni Baskowie wydają się mówić doskonale po baskijsku, hiszp, fr i ang. W tym baskijski ma ponoć kilkanaście przypadków!

Z jak ZAKUPY – Przyznam, że się modowo rozkręcam – gdybym tylko miała za co, obkupiłabym się chętnie w eleganckie hiszpańskie cudowności albo chodziła po kosmetyczkach. Wczoraj na dinner z szefową i współpracownikami – szpilki, czarny top, mieniąca się ołówkowa spódnica z Simple (i zonk, bo Angielki very underdressed, a knajpa miła, ale w stylu karaibski barak). Trzeba mi było wyjechać do D-SS, żebym sobie uświadomiła, jaka ze mnie estetka! Inne zakupy czasem irytujące. Chcę np. upiec ciasteczka i uświadamiam sobie, że będę musiała kupić proszek do pieczenia, papier do pieczenia, cukier waniliowy – wszystkie te drobiazgi, które normalnie ma się w domu. No i po hiszpańsku: obce słowa, obce opakowania. Ale język przenika do mózgu nieubłaganie 🙂 Nawet baskijski.

DUBLIN

November 6, 2011

I pomyśleć, że jeszcze w piątek szłam w krótkim rękawku promenadą wzdłuż plaży, zastanawiając się w której to szybie zrobić sobie irytujące znajomych zdjęcie na Facebooka… Bo od soboty mamy tu jesień, atlantycką jesień – przynajmniej do środy, kiedy to znowu ma być słońce i 22 stopnie (przynajmniej przez parę godzin). Wczorajszy dzień minął mi na poznawaniu owej osobliwej pory roku. Rano okazało się, że w ulewie i przed świtem na białych kafeleczkach tutejszych chodników za Chiny nie widać kałuży, więc kolejne 6,5 godziny spędziłam (ucząc) w mokrych skarpetkach. Wieczorem odkryłam z kolei, że podczas sztormu włóczęgę po pubach należy planować wyjątkowo starannie, bo do lokali położonych bliżej morza najzwyczajniej w świecie trudno dojść pod wiatr – jestem ciekawa, czy do tych na bulwarze w Gros da się w ogóle otworzyć drzwi 😉 . Ale jakże miło zasiąść w takim przybytku przy szybie i z filiżanką czekolady obserwować przechodniów, którzy nie wiedzieć czemu uparcie próbują używać parasoli. Osobiście, wracając do domu zdałam się wyłącznie na swój kaptur, co było zresztą dość zabawne, bo nie wiedziałam, że MAM kaptur – naciągałam sobie na głowę kołnierz i nagle, voila, zakrył mi całą głowę. Niech żyje (hiszpańska skądinąd) Zara! (Moja nowa kurtka posiada też zimowy kaptur z futerkiem, o którym wiedziałam od początku, bo sama go odpięłam i schowałam w szafie – tym większe zaskoczenie istnieniem kaptura jesiennego).

Ok, to teraz trochę sobie pozrzędzę (bo z deszczu zacinającego w poziomie na razie potrafię się śmiać). Filiżanka czekolady fajna rzecz, ale w jakich warunkach! Nadal szukam jakiejś sensownej kawiarni. Ale tu najwyraźniej albo pije się kawę szybko, na stojąco lub na niewygodnym krzesełku, w lokaliku szerokości dwóch metrów z kontuarem wzdłuż – albo w wielkiej sali, w hałasie i nierzadko z szynkami nad głową. A gdzie mięcho nie zaanonsuje się od progu, tam zadziwi w menu – o, kawy z syropami, o, herbaty smakowe, kurczę, zupełnie normalnie, jakie apetyczne zdjęcia, a tu nagle, znienacka, tuż przed ciastami, dwie laminowane stroniczki półmisków pełnych różowej siekaniny. Zaskoczenie godne Japonii.

Znalazłam chyba za to najlepsze miejsce do skosztowania słynnych pintxos – baskijskich przekąseczek w rodzaju tartinki z grubaśnymi krążkami bardzo koziego w smaku sera z nie za słodką konfiturą pomarańczową. Lokal nazywa się swojsko-morsko Txalupa (czytaj „czalupa”, patrz niemiecka „Schaluppe”), a trafiłam tam w Halloween z gromadą Couchsurferów m.in. Angielką lat 50, której ostatni (26-letni) chłopak był z Poznania i Peruwiańczykiem udającym dla żartu angielskiego lorda, który wybiera się do znajomych do Poznania w grudniu. Świat jest mały, a San Sebastian to już wyjątkowo –wszyscy się znają, co chwila się na kogoś wpada, np. na koleżankę-Polkę, która właśnie spotkała przypadkowo dwójkę Polaków, których poznała na hiszpańskim (chociaż muszę przyznać, że wybrzydzali, że obie jesteśmy z Wielkopolski, bo oni ze wschodu) 😉

Właśnie, hiszpański. Szkoła funduje mi cztery godziny w tygodniu z niejakim Ignacym, który specjalizuje się w zadawaniu krępujących pytań: „Ile masz lat?”, „Ile ważysz?”, „Czy Karolina jest ładna/ młoda/ szczupła?”, „Jak często się golisz?”, a ostatnio „Zgadnij, ile lat ma wasza nowa koleżanka?” (bardzo atrakcyjna, w wieku 18-35, a pytanie zadane cichemu 25-latkowi). Oj, Ignacy, Ignacy, co też jutro wymyślisz…

Tak na marginesie, Ignacy Lojola był Baskiem, nie wiem, czy wiecie. Loyola to przedmieście D-SS. Można nawet zwiedzić jego dom, obudowany obecnie bazyliką, ale na stronie internetowej Jezuici bardziej zachęcają do wstąpienia w swoje szeregi niż do jej zwiedzenia, serwer cofa maile i w ogóle jak w Pynchonie, nie mylić z Pythonem. Python to będzie, jak w końcu wybiorę się na peliculę z tym ichnim dubbingiem.