Archive for December, 2011

GOŚCIE

December 28, 2011

Był kiedyś taki czechosłowacki serial s-f “Goście”, żywili się tam galaretkami – i moi goście galaretki przywieźli i spożywali, a ja czułam się przy tym równie dziwnie, co przed sekundką, kiedy wyczytałam, że ktoś trafił na mojego bloga wpisawszy w wyszukiwarkę “gdzie można kupić meduzy”.

Dziwnie, no bo jak to tak – my po polsku, nasze książki po angielsku, mój Facebook po szwedzku, na kawę do knajpki prowadzonej przez Rosjanki, zamówienie po hiszpańsku, pożegnanie po baskijsku, a wieczorem w telewizji na francuskim kanale lektor opowiadał po niemiecku losy Japonki mieszkającej od lat na Krecie. Albo taki piątek, kiedy nagle zrobiło się 14 stopni w cieniu i ludzie na plaży byli w kostiumach. Albo taka sobota, kiedy zrobiło się stopni cztery w południe i uświadomiłam sobie, że od mojej przeprowadzki tutaj nie było mi jeszcze tak zimno. Albo nasze mieszkanie, wynajęte, ale umeblowane jakby pod nas, pełne bibelotów, pledów, książek i kwiatów. Albo że wychodziłam z niego co wieczór i szłam, jakby nie było, do domu.

Advertisements

I KNOW, I KNOW, I’M F***ING FABULOUS

December 9, 2011

Za mną niesamowity, przecudowny tydzień i to nie tylko dlatego, że we wtorek i czwartek przypadały miejscowe święta, więc sporo uczniów odwołało lekcje i w pozostałe dni. Po pierwsze, jestem optymistką i skupiałam się na (licznych) pozytywach. A po drugie, wzięłam sprawy w swoje ręce i – podobnie jak w Polsce – zaczęłam organizować przeróżne wyjścia* za pomocą Facebooka. I tak:
– W zeszły piątek pojechałam z Johanną do Decathlonu, po czym zaprosiła mnie na swój paryski taras nad dachami miasta.
– W sobotę jak zwykle poszłam po porannych lekcjach na „piwo” z moimi kolegami z Irun. Zawsze siadamy na zewnątrz, komentując, że to „ostatni raz” i „pożegnanie jesieni” – tym razem darowaliśmy sobie te komentarze, bo najwyraźniej przesiedzimy na zewnątrz całą zimę.
– W sobotę wieczorem udało mi się jednym SMS-em* połączyć dwie grupy znajomych, dzięki czemu byłam świadkiem spontanicznego kolędowego recitalu Lauren na głównym placu Starego Miasta, tudzież dowiedziałam się, że jak Simon wspomina, że gdzieś „był” (np. w Botswanie), to tak naprawdę „bywał” tam regularnie cztery lata, bo jego ojciec jest dyplomatą.
– W niedzielę po badmintonie* (spacer na kort jest ciekawy sam w sobie – skręcasz, a tu morze na horyzoncie, jakoś tak dziwnie wysoko, jakby tsunami nadciągało – to przez wzgórza), Carmen zaprowadziła mnie do Koh-Tao, które najwyraźniej jest jedynym z dwóch zaledwie kafejko-klubów w stylu U Przyjaciół czy Dragona w D-SS – ale dzięki bogu, że w ogóle jest! Byłam tam już cztery razy 🙂
– A popołudniu wyjście na sushi* i do Koh-Tao z siedmiorgiem nauczycieli: Polką, Czeszką, Niemką, Węgierką, Angielką, Anglikiem i Szkotem.
– W poniedziałek wymiana językowa* z niejakim Gonzalo.
– We wtorek zakupy świąteczne we Francji*, gdzie gościła mnie i Lisę przeurocza Francuzko-Hiszpanka Laura. Próbowałyśmy nawet zjeść lunch na plaży pomimo straszliwej wichury, zaliczyłyśmy jarmark wschodnioeuropejski, a ja skonsumowałam swoje pierwsze w życiu pomme d’amour. Turns out babcia Lisy mieszka w moim ukochanym Bielefeld! 🙂
– W środę tańce – muzyka wprawdzie kiepska (Nirvana as a highlight), ale poznałam kolejną uczącą tu Polkę, a Mirari zaprosiła mnie na Sylwestra 🙂 W domu koło trzeciej.
– Wczoraj bardzo słonecznie, więc po raz pierwszy od przyjazdu tutaj poszłam pobiegać (na plażę and back), potem badminton* w parku i obiad z koleżanką, a wieczorem wymiana językowa podejście drugie – a przy okazji odkryłam knajpkę z czymś w rodzaju staromodnych przedziałów kolejowych, wszystko w drewnie i wiktoriańskie ciemnozielone tapety.
– I wreszcie dziś po hiszpańskim Lisa niespodziewanie zaproponowała mi i Megan wyprawę do centrum handlowego (chce się nauczyć jeździć po okolicy), więc najpierw godzinę błądziłyśmy po estakadach, a potem kupiłam sobie cudowną bluzę, podkoszulkę i specjalne sportowe legginsy.
A poza tym:
– Jutro idziemy na łyżwy.
– Mój szef (który wie, że zostaję tu na Święta) zaprosił mnie na długi spacer na przełomie grudnia i stycznia.
– Odkryłam na youtube niesamowity klip złożony z moich ulubionych scen z „Do utraty tchu”.
No i za niecałe dwa tygodnie przyjeżdżają do mnie goście 🙂