I KNOW, I KNOW, I’M F***ING FABULOUS

Za mną niesamowity, przecudowny tydzień i to nie tylko dlatego, że we wtorek i czwartek przypadały miejscowe święta, więc sporo uczniów odwołało lekcje i w pozostałe dni. Po pierwsze, jestem optymistką i skupiałam się na (licznych) pozytywach. A po drugie, wzięłam sprawy w swoje ręce i – podobnie jak w Polsce – zaczęłam organizować przeróżne wyjścia* za pomocą Facebooka. I tak:
– W zeszły piątek pojechałam z Johanną do Decathlonu, po czym zaprosiła mnie na swój paryski taras nad dachami miasta.
– W sobotę jak zwykle poszłam po porannych lekcjach na „piwo” z moimi kolegami z Irun. Zawsze siadamy na zewnątrz, komentując, że to „ostatni raz” i „pożegnanie jesieni” – tym razem darowaliśmy sobie te komentarze, bo najwyraźniej przesiedzimy na zewnątrz całą zimę.
– W sobotę wieczorem udało mi się jednym SMS-em* połączyć dwie grupy znajomych, dzięki czemu byłam świadkiem spontanicznego kolędowego recitalu Lauren na głównym placu Starego Miasta, tudzież dowiedziałam się, że jak Simon wspomina, że gdzieś „był” (np. w Botswanie), to tak naprawdę „bywał” tam regularnie cztery lata, bo jego ojciec jest dyplomatą.
– W niedzielę po badmintonie* (spacer na kort jest ciekawy sam w sobie – skręcasz, a tu morze na horyzoncie, jakoś tak dziwnie wysoko, jakby tsunami nadciągało – to przez wzgórza), Carmen zaprowadziła mnie do Koh-Tao, które najwyraźniej jest jedynym z dwóch zaledwie kafejko-klubów w stylu U Przyjaciół czy Dragona w D-SS – ale dzięki bogu, że w ogóle jest! Byłam tam już cztery razy 🙂
– A popołudniu wyjście na sushi* i do Koh-Tao z siedmiorgiem nauczycieli: Polką, Czeszką, Niemką, Węgierką, Angielką, Anglikiem i Szkotem.
– W poniedziałek wymiana językowa* z niejakim Gonzalo.
– We wtorek zakupy świąteczne we Francji*, gdzie gościła mnie i Lisę przeurocza Francuzko-Hiszpanka Laura. Próbowałyśmy nawet zjeść lunch na plaży pomimo straszliwej wichury, zaliczyłyśmy jarmark wschodnioeuropejski, a ja skonsumowałam swoje pierwsze w życiu pomme d’amour. Turns out babcia Lisy mieszka w moim ukochanym Bielefeld! 🙂
– W środę tańce – muzyka wprawdzie kiepska (Nirvana as a highlight), ale poznałam kolejną uczącą tu Polkę, a Mirari zaprosiła mnie na Sylwestra 🙂 W domu koło trzeciej.
– Wczoraj bardzo słonecznie, więc po raz pierwszy od przyjazdu tutaj poszłam pobiegać (na plażę and back), potem badminton* w parku i obiad z koleżanką, a wieczorem wymiana językowa podejście drugie – a przy okazji odkryłam knajpkę z czymś w rodzaju staromodnych przedziałów kolejowych, wszystko w drewnie i wiktoriańskie ciemnozielone tapety.
– I wreszcie dziś po hiszpańskim Lisa niespodziewanie zaproponowała mi i Megan wyprawę do centrum handlowego (chce się nauczyć jeździć po okolicy), więc najpierw godzinę błądziłyśmy po estakadach, a potem kupiłam sobie cudowną bluzę, podkoszulkę i specjalne sportowe legginsy.
A poza tym:
– Jutro idziemy na łyżwy.
– Mój szef (który wie, że zostaję tu na Święta) zaprosił mnie na długi spacer na przełomie grudnia i stycznia.
– Odkryłam na youtube niesamowity klip złożony z moich ulubionych scen z „Do utraty tchu”.
No i za niecałe dwa tygodnie przyjeżdżają do mnie goście 🙂

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: