Archive for January, 2012

GOOGLOWANIE

January 25, 2012

Wzorem Zamaskowanego Anglisty postanowiłam sprawdzić, co też wpisali w Googla ludzie, którzy wylądowali na mojej stronie, i wyniki są rzeczywiście fascynujące: “anegdoty o telefonach”, “nagie szczupłe panie”, “miłość w póżnym wieku u mężczyzn”, “zara home taca z macicą perłową”, “schody ruchome rozwiazania”, “elektryczna drapaczka do plecow” i mój faworyt: “gdzie kupic meduzy”!

Advertisements

EUSKALIZACJA

January 22, 2012
Mój status z Facebooka sprzed paru dni (przetłumaczony na polski): “Ok, czyli jest 22:35, a ja jem obiad, i jem na ten obiad fasolę z mięsem, i jestem szczerze podekscytowana tymi wszystkimi biało-niebieskimi ozdobami na wszystkich wystawach sklepowych (o wiele bardziej rzucają się w oczy niż te gwiazdkowe), i nie mogę już się doczekać meczu (meczy) miejscowej drużyny, na który (które) się wybieram, i obiecałam swoim uczniom z Ikastola pełne zdania w lutym… A pamietajcie, że nigdy nie byłam na meczu Lecha, ani na paradzie świętomarcińskiej itp. – musi coś być w miejscowym… oceanie? ;)”
 
Co miejscowa Polka skwitowała (po angielsku, a jakże, co ta IFA robi z człowieka): “Przechodzisz proces zwany euskalizacją! Kiedy dobiegnie on końca, będziesz już żoną casero, doglądającą jego owiec”.
 
Oczywiście przesadzam. Lubię tworzyć anegdotki. Obiad zwykle jadam za dnia, fasolkę w sosie pomidorowym lubię i jem od dziecka, na mecz idę tylko dlatego, że koleżanka wygrała bilet, a mój baskijski leży i kwiczy (chociaż, przyznaję, przełączyłam sobie na baskijski Facebooka). Z casero też się na razie nie widzę – nie mówię nie, ale mój radar nadal działa inaczej: np. gdy dziś w Macu wpadł mi w oko jakiś facet, okazało się, że jest Irlandczykiem (nie, to nie ja zagadałam, tylko pan z obsługi).
 
Tak, przyznaję się, byłam dziś w Macu, drugi raz od przyjazdu – tortilla smakuje ciut inaczej, ale to jedyne “polskie” jedzenie, jakie można tutaj dostać, a musiałam po prostu zjeść coś “polskiego” po miejscowym joke of a cake. Podsumowując, na razie brakuje mi tylko dwóch rzeczy: jedzenia i kina. W kinie byłam wprawdzie dzisiaj (chyba po raz pierwszy od krakowskiego Pottera w lipcu), ale żeby uciec od hiszpańskiego dubbingu, musiałam iść na film… niemy, czyli jak się co poniektórzy domyślają, “The Artist”. Nie polecam. Podobały mi się jedynie kreacje i buty bohaterki, no i oczywiście Malcolm McDowell.
 
Odbiegłam od tematu, bo rzecz miała być o biało-niebieskiej ekscytacji – jakiś tydzień temu we wszystkich oknach sklepowych pojawiły się takowe girlandy i rozetki, a co kreatywniejsi zredukowali odpowiednio gamę kolorystyczną wystawionych za szybami towarów. No i bębenki, wszędzie bębenki. O tym, że Fiesta De San Sebastian to 24 godziny bębnienia słyszałam już wcześniej, słyszałam nawet samo bębnienie, bo w szkołach odbywały się próby, ale zaskoczyło mnie KTO bębni. Kucharze!!! Dlaczego, to już sobie wygooglajcie sami, ale kucharze z bębenkami na co drugiej wystawie, czapki kucharskie w co drugim sklepie, dzieci poprzebierane za kucharzy, a wreszcie niezliczone parady złożone z kucharzy (lub żołnierzy napoleońskich), na które natykałam się 20 stycznia (począwszy od wielkiej zabalonowanej bębnolady na głównym placu starówki o północy) – no, jak tu się nie uśmiechać od ucha do ucha, planując zaopatrzenie się w odpowiednie akcesoria w przyszłym roku 🙂 I w strój ludowy na Fiesta de Santo Tomas miesiąc wcześniej, ma się rozumieć 🙂 Na kucharza natknęłam się nawet w zaciszu domowym, bo mój eks-landlord, kompletnie  przemoczony od bębnienia na deszczu, wpadł do mamy, żeby wyprała mu jego kostium. Co ciekawe, nie mam pojęcia, z którym z bliźniaków miałam do czynienia, Aritzem czy Eniautem, bo na głowie miał czapkę kucharską, a ja ich rozpoznaję jedynie po fryzurze :).
 
Wszystkie zespoły bębnią te same kilka melodii – bardzo przyjemnie było tak stać w tłumie o północy i słuchać, jak ludzie śpiewają, podskakując w rytm muzyki. A potem balowicze zabrali się do ostrego picia, a ja z moją tutejszą bestfreundiną Gabrielą poszłyśmy na plażę słuchać fal, bo w dzień ruch samochodowy jest za duży, by móc się tym dźwiękiem należycie nacieszyć. A propos morza, następnego dnia widziałyśmy wydeptane na plaży olbrzymie penisy – bardzo to praktyczne, bo w Polsce młódź  musi wyżywać się na ścianach, a tutaj wystarczy poczekać na przypływ i po krzyku.
 
To nie jest tak, że zachłysnęłam się plażą i kozim serem (który znajoma Węgierka przechściła z pintxo de cabra na pintxo de cobra).
Wiele rzeczy mi się nie podoba:
– to, że nie ma przytulnych kafejek z smooth jazzem, tylko śmierdzące smażeniną bary, w których 95% klientów stoi w ścisku
– to, że knajpek jest mnóstwo, ale wszystkie serwują dokładnie to samo, i o kuchni greckiej, tajskiej czy nawet meksykańskiej można tylko pomarzyć
– to, że miejscowi są tak pro-rodzinni, że moja koleżanka Lisa musi widywać się z przyszłymi teściami 2-4 razy w tygodniu, a Sylwestra spędziła u babci swojego chłopaka
– to, że nie da się w okolicy za bardzo pochodzić ani po płaskim, ani po lesie (miejscowi kochają spacery, ale jak dla mnie to są bardziej zaprawy dla marines)
– to, że nie da się tu kupić cieżkiego razowego chleba, a takie rzeczy jak kefir czy wegetariańskie smarowidła do kanapek, to rarytasy, po które muszę się fatygować do centrum i odpowiednio więcej płacić…
Bla, bla, bla.
 
Ale skoro zostaję na drugi rok (oficjalnie potwierdzą mi to w lutym), to plusy przeważają:
– karczochy w cenie porów
– plaże, palmy, architektura
– na ulicach nikt nie pluje, nikt nie pije piwka w parku, o wiele wiele mniej strofowanych dzieci, dresiarzy i meneli
– uczniowie się nie przeziebiają, nie ma czegoś takiego jak sezon na przeziębienia
– codziennie mam konwersacje u English native speakers gratis
– baskijski kojarzy mi się często z japońskim
– cztery języki dookoła w pociągu do Irun to dla kogoś po filo czysta rozkosz
– szefowie potrafią kupić szampana albo puszczać swing o ósmej rano
– mogę prawie wszędzie chodzić pieszo, a w autobusie zawsze mam miejsce siedzące
– korty do peloty są za darmo i pod bokiem
i takie tam.
 
Ech, troche niespójny ten tekst, ale co poradzić. Chciałam wreszcie coś napisać. Jutro a busy day: zacznę go od zapisania się do biblioteki, a skończę spotykając się z moją intercambio, którą poznałam przez Casa de Mujeres, feministyczną komórkę urzędu miejskiego. Gero arte!
 

CITY GAMES

January 6, 2012

Basque graffiti, the beach, meeting loads of new people and trying to spend my free time with them – all of this made me realise a couple of days ago that although most of my friends know SOME city games, few people seem to know ALL of those I know, and even fewer have actually tried them. And so I’ve decided to write this post – to teach you, to learn from you and to encourage you to go out and have fun doing something different.

“City games” is just a name I came up with – for some of them you don’t have to be in a city and others are not games as such at all. My list isn’t also perfectly logical – high-tech RPGs are narratives as well for example – nor is it finished. What I describe below are just my favourites accompanied by a few obvious examples that everyone has heard about. Do let me know if you’ve come across something else and generally any comments are welcomed.

1. Sports

a) parkour

Parkour, an extreme sport invented  in France in the 1990s, is basically about going from A to B in urban space without caring about obstacles and so, as you can imagine, it includes lots of climbing, jumping and trespassing.

http://en.wikipedia.org/wiki/Parkour

b) “city surfing”

‘City surfing” (“city snowboarding”), one of my favourite pastimes since I was a kid, is simply about standing in means of public transport (buses or older types of trams) with your hands in the air. It’s great because buses in trams have their routes, so after some time you learn the degree of difficulty of each route and you can practice a particularly tricky turn or something – those of you who live in my hometown – check out ulica Gwarna! And if it gets really rough, just try jumping up and down as often as you can 🙂

My nicest memory connected with city surfing is surfing with Nat and Mat on a bus in Bydgoszcz, all of us still wearing stage make-up after a show.

2. Art

a) altering a graffiti

Change the spelling of a graffiti (using bluetacked pieces of paper, your bodies or… black panty liners), so that it says something else. Here in Donostia I’m thinking of changing some of the “gora” ones (e.g. “Gora Euskal Herria” – “gora” means “up” in Basque) into Polish “górą” (“górą Kraj Basków”), which – surprise, surprise – as a phrase means exactly the same!

b) “beach circles”

Go to the beach at night. Make a huge shape in the sand. Come back in the morning (when you’re sober?) to see the result. Remember that some beaches are raked in the mornings.

c) “the wall”

Make a long line out of pebbles, shells or any other available material (on a Baltic beach I make lines that join the dunes/cliff with the water). Beware of German tourists, who tend to stop at your line and ask if they can cross it.

3. Narratives

a) pretending to be tourists in a shitty place

To the amazement of local population. Sometimes you do discover lovely, little-known places – happened with me and Trollhättan, where I went on purpose for a week, not really sure if I’m not crazy. My next destination –Irun 😉

You can also visit some really dull places (the Concrete Museum, anyone?) and make the best of it 😀

b) pretending to be tourists in a place you know nothing about

Also happens if you’re visited by a particularly talkative guest – you’re the host but they do all the talking about the tourist attractions you’re showing them.

c) pretending to be a tourist guide or the owner of the place in a large building

If you’ve visited a palace (or something similar) with me, you might remember me pretending to be a duchess, waving my fan and explaining to you how we’ve refurbished the dining room 🙂

d) changing a space into your flat or bedroom

Useful if you’re stuck in a queue – just imagine how you’d adapt a given space to suit your needs. Dunno, might not be as exciting for someone who didn’t plan to study archutecture…

4. Puzzles

a) treasure hunt

http://en.wikipedia.org/wiki/Treasure_hunt_(game)

b) paper chase

http://en.wikipedia.org/wiki/Paper_Chase_(game)

c) Fort Boyard

Requires lots of effort and preparation but is doable – done it once (in a flat) for my little cousin (children are easier to impress).

http://en.wikipedia.org/wiki/Fort_Boyard_(TV_series)

5. Collecting things

a) scavenger hunt

Most entertaining in a large shared flat or halls of residence (oh, UWIC Cyncoed Campus…)

http://en.wikipedia.org/wiki/Scavenger_hunt

b) photo safari

My favourite subjects are “England in x” an “Japan in x” – take a photo in Wrocław and tell everyone it’s Oxford.

c) supermarket hunt

Go to a supermarket and buy five weirdest things you can find that you wouldn’t normally buy. Particularly rewarding in a foreign country where you don’t understand the labels and you end up using pea soup as bread spread.

6. High-tech games

http://en.wikipedia.org/wiki/Location-based_game

FIN

“Let’s go outside
In the sunshine
I know you want to
But you can’t say yes
Let’s go outside
In the moonshine
Take me to the places that I love best”