EUSKALIZACJA

Mój status z Facebooka sprzed paru dni (przetłumaczony na polski): “Ok, czyli jest 22:35, a ja jem obiad, i jem na ten obiad fasolę z mięsem, i jestem szczerze podekscytowana tymi wszystkimi biało-niebieskimi ozdobami na wszystkich wystawach sklepowych (o wiele bardziej rzucają się w oczy niż te gwiazdkowe), i nie mogę już się doczekać meczu (meczy) miejscowej drużyny, na który (które) się wybieram, i obiecałam swoim uczniom z Ikastola pełne zdania w lutym… A pamietajcie, że nigdy nie byłam na meczu Lecha, ani na paradzie świętomarcińskiej itp. – musi coś być w miejscowym… oceanie? ;)”
 
Co miejscowa Polka skwitowała (po angielsku, a jakże, co ta IFA robi z człowieka): “Przechodzisz proces zwany euskalizacją! Kiedy dobiegnie on końca, będziesz już żoną casero, doglądającą jego owiec”.
 
Oczywiście przesadzam. Lubię tworzyć anegdotki. Obiad zwykle jadam za dnia, fasolkę w sosie pomidorowym lubię i jem od dziecka, na mecz idę tylko dlatego, że koleżanka wygrała bilet, a mój baskijski leży i kwiczy (chociaż, przyznaję, przełączyłam sobie na baskijski Facebooka). Z casero też się na razie nie widzę – nie mówię nie, ale mój radar nadal działa inaczej: np. gdy dziś w Macu wpadł mi w oko jakiś facet, okazało się, że jest Irlandczykiem (nie, to nie ja zagadałam, tylko pan z obsługi).
 
Tak, przyznaję się, byłam dziś w Macu, drugi raz od przyjazdu – tortilla smakuje ciut inaczej, ale to jedyne “polskie” jedzenie, jakie można tutaj dostać, a musiałam po prostu zjeść coś “polskiego” po miejscowym joke of a cake. Podsumowując, na razie brakuje mi tylko dwóch rzeczy: jedzenia i kina. W kinie byłam wprawdzie dzisiaj (chyba po raz pierwszy od krakowskiego Pottera w lipcu), ale żeby uciec od hiszpańskiego dubbingu, musiałam iść na film… niemy, czyli jak się co poniektórzy domyślają, “The Artist”. Nie polecam. Podobały mi się jedynie kreacje i buty bohaterki, no i oczywiście Malcolm McDowell.
 
Odbiegłam od tematu, bo rzecz miała być o biało-niebieskiej ekscytacji – jakiś tydzień temu we wszystkich oknach sklepowych pojawiły się takowe girlandy i rozetki, a co kreatywniejsi zredukowali odpowiednio gamę kolorystyczną wystawionych za szybami towarów. No i bębenki, wszędzie bębenki. O tym, że Fiesta De San Sebastian to 24 godziny bębnienia słyszałam już wcześniej, słyszałam nawet samo bębnienie, bo w szkołach odbywały się próby, ale zaskoczyło mnie KTO bębni. Kucharze!!! Dlaczego, to już sobie wygooglajcie sami, ale kucharze z bębenkami na co drugiej wystawie, czapki kucharskie w co drugim sklepie, dzieci poprzebierane za kucharzy, a wreszcie niezliczone parady złożone z kucharzy (lub żołnierzy napoleońskich), na które natykałam się 20 stycznia (począwszy od wielkiej zabalonowanej bębnolady na głównym placu starówki o północy) – no, jak tu się nie uśmiechać od ucha do ucha, planując zaopatrzenie się w odpowiednie akcesoria w przyszłym roku 🙂 I w strój ludowy na Fiesta de Santo Tomas miesiąc wcześniej, ma się rozumieć 🙂 Na kucharza natknęłam się nawet w zaciszu domowym, bo mój eks-landlord, kompletnie  przemoczony od bębnienia na deszczu, wpadł do mamy, żeby wyprała mu jego kostium. Co ciekawe, nie mam pojęcia, z którym z bliźniaków miałam do czynienia, Aritzem czy Eniautem, bo na głowie miał czapkę kucharską, a ja ich rozpoznaję jedynie po fryzurze :).
 
Wszystkie zespoły bębnią te same kilka melodii – bardzo przyjemnie było tak stać w tłumie o północy i słuchać, jak ludzie śpiewają, podskakując w rytm muzyki. A potem balowicze zabrali się do ostrego picia, a ja z moją tutejszą bestfreundiną Gabrielą poszłyśmy na plażę słuchać fal, bo w dzień ruch samochodowy jest za duży, by móc się tym dźwiękiem należycie nacieszyć. A propos morza, następnego dnia widziałyśmy wydeptane na plaży olbrzymie penisy – bardzo to praktyczne, bo w Polsce młódź  musi wyżywać się na ścianach, a tutaj wystarczy poczekać na przypływ i po krzyku.
 
To nie jest tak, że zachłysnęłam się plażą i kozim serem (który znajoma Węgierka przechściła z pintxo de cabra na pintxo de cobra).
Wiele rzeczy mi się nie podoba:
– to, że nie ma przytulnych kafejek z smooth jazzem, tylko śmierdzące smażeniną bary, w których 95% klientów stoi w ścisku
– to, że knajpek jest mnóstwo, ale wszystkie serwują dokładnie to samo, i o kuchni greckiej, tajskiej czy nawet meksykańskiej można tylko pomarzyć
– to, że miejscowi są tak pro-rodzinni, że moja koleżanka Lisa musi widywać się z przyszłymi teściami 2-4 razy w tygodniu, a Sylwestra spędziła u babci swojego chłopaka
– to, że nie da się w okolicy za bardzo pochodzić ani po płaskim, ani po lesie (miejscowi kochają spacery, ale jak dla mnie to są bardziej zaprawy dla marines)
– to, że nie da się tu kupić cieżkiego razowego chleba, a takie rzeczy jak kefir czy wegetariańskie smarowidła do kanapek, to rarytasy, po które muszę się fatygować do centrum i odpowiednio więcej płacić…
Bla, bla, bla.
 
Ale skoro zostaję na drugi rok (oficjalnie potwierdzą mi to w lutym), to plusy przeważają:
– karczochy w cenie porów
– plaże, palmy, architektura
– na ulicach nikt nie pluje, nikt nie pije piwka w parku, o wiele wiele mniej strofowanych dzieci, dresiarzy i meneli
– uczniowie się nie przeziebiają, nie ma czegoś takiego jak sezon na przeziębienia
– codziennie mam konwersacje u English native speakers gratis
– baskijski kojarzy mi się często z japońskim
– cztery języki dookoła w pociągu do Irun to dla kogoś po filo czysta rozkosz
– szefowie potrafią kupić szampana albo puszczać swing o ósmej rano
– mogę prawie wszędzie chodzić pieszo, a w autobusie zawsze mam miejsce siedzące
– korty do peloty są za darmo i pod bokiem
i takie tam.
 
Ech, troche niespójny ten tekst, ale co poradzić. Chciałam wreszcie coś napisać. Jutro a busy day: zacznę go od zapisania się do biblioteki, a skończę spotykając się z moją intercambio, którą poznałam przez Casa de Mujeres, feministyczną komórkę urzędu miejskiego. Gero arte!
 
Advertisements

3 Responses to “EUSKALIZACJA”

  1. mutancik Says:

    Barwy podobne do Lecha, tylko na odwrót. A w zasadzie czemu oni się przebierają za kucharzy?

    • sulthien Says:

      Spędziłam właśnie 10 minut próbując to wygooglać, a że dalej googlać mi się nie chce :p, zdaję się na wersję Simona: “kucharze zauważyli pożar, zaczęli walić w patelnie i uratowali miasto”.

  2. Natalia Peek-Poźniak Says:

    To czyta się jak powieść 🙂 Może to się kiedyś w takową przerodzi. Miło zachłysnąć się trochę Twoim słońcem i szczęściem 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: