Archive for June, 2012

WANNABE

June 25, 2012

In 1865, when St Pancras was still under construction, its owner, the Midland Railway Company, commissioned George Gilbert Scott, the designer of several British cathedrals (and Albert Memorial) to build the station hotel, known later as Midland Grand Hotel.

Completed in 1876, the impressive Gothic Revival building (the tallest in the United Kingdom until 1911) not only embodied Victorian sumptuousness but also featured several cutting edge facilities. The guests had a choice between climbing up the famous three-storey staircase decorated with 2300 fleurs-de-lis and using two hydraulic “ascending chambers”, the first lifts in London. The 300 bedrooms, each with gold leaf walls and a fireplace, didn’t have adjoining bathrooms, but innovative 22-inch thick concrete floors made the whole construction fireproof and one could call for a tub to be brought in using a unique system of electric bells or, even better, flush one’s own toilet (which was almost unheard of in a hotel at this time). In 1899 revolving door was supplied by its very inventor, Theophilus Van Kannel, and in the same year electric lifts were introduced. Finally and most interestingly, the hotel’s smoking room came to be called The Ladies’ Smoking Room because it was the first place in Europe in which ladies could smoke publicly.

I’m trying to think of contemporary parallels of all those and my mind boggles. Something beyond the creepy, Big Brother style, iPad-operated resorts, though…

KISIEL

June 20, 2012

Z góry przepraszam za rozpisywanie się o oczywistościach, ale to jak z blogami o dzieciach – jak już się człowiekowi emocjonująca oczywistość trafi, to wnet bieży się nią podzielić.

Nawet jeszcze zanim poznałam Mirę Hamermesch, wiedziałam, że emigranci dzielą się z grubsza na dwie grupy: tych, którzy imponują czystością przedwojennej polszczyzny, i tych, którzy bełkoczą coś z amerykańskim akcentem. To okropne, że przed emigracją nie wiadomo, do której grupy się trafi. A wszystko wskazuje na to, że jeśli nie kupię laptopa z mikrofonem, nie zaprenumeruję “Tygodnika Powszechnego”, nie zarwę legendarnego “Tomka z Gros” i/albo [nadsyłajcie propozycje], skończę właśnie tak jak Mira, Nat czy Lisa – jako osoba, która żadnym językiem nie operuje z pełną swobodą.

Objawy są trudne do opisania. Podejrzewam, że nie wstawiam jeszcze w zdania niepotrzebnych zaimków-podmiotów i nie używam słowa “sezon” zamiennie z “porą roku” (raz tylko przyłapałam się na “balansie” zamiast “równowagi”). Chodzi bardziej o to, jak reagują mięśnie twarzy, jak reaguje mózg, kiedy słowa mają zostać wypowiedziane. Piszę przecież po polsku i myślę codziennie – nie za dużo, bo króluje angielski, a i po hiszpańsku mówię i piszę coraz częściej – ale troszkę przecież tak. Okazuje się jednak, że od myślenia do mówienia daleka droga. Znajome rodaczki potwierdzają, że mają podobne odczucia – kiedy zaczynają ze mną rozmawiać, słowa, po które sięgają, nadymają się jak balony, struktura zdania staje przed oczami, końcówki niepokoją nieprawidłowym brzmieniem. Cały proces wydaje się być, bardziej niżby wypadało, świadomy.

Z drugiej strony, w obcym języku człowiek dusi się i wierci. Nawet jeśli uda mu się jako tako wyrazić siebie, nawet jeśli na chwilę zapomni, że uparcie i mimo stosownych tytułów naukowych używa przymiotników zamiast przysłówków, że mimo lat praktyki brzmi “nice, like Ingrid Bergman”, to rozczarowanie przychodzi z drugiej strony, bo interlokutorzy, mimo najlepszych chęci, męczą czasem po prostu swoja obcością. Niedawno na międzynarodowym babskim spotkaniu w restauracji pocieszałyśmy moją rodaczkę załamaną końcem związku i tylko ja rozumiałam, że zadawanie jej pytań w rodzaju “And how is your salad?” i komentowanie jej wypowiedzi przymiotnikiem “amazing” jest wysoce nie na miejscu.

O ile w zagranicznych znajomych najchętniej rzuciłoby się po słowiańsku butem, o tyle osoby bliskie czy potencjalnie bliskie ma się czasem irracjonalnie ochotę poprosić, żeby przestały się wreszcie zgrywać i przestawiły na polski – żeby można było odetchnąć, żeby było jakoś tak normalniej i prawdziwiej. Na szczęście, przy odpowiednim nastawieniu, są i zalety takiej sytuacji – wszelkie nieporozumienia zrzuca się na błąd w tłumaczeniu, a wypowiedzi da się o wiele dowolniej interpretować. Nie mówiąc już o tym, że jeśli zna się obcy język słabo, nie rażą u rozmówcy ani błędy gramatyczne, ani przekleństwa. Tolerancja z pewnością jest większa, a skupiać należy się na tym, co naprawdę ważne, czyli czynach.

Śniło mi się, że mogłam mówić, ale skórę wokół ust miałam odrętwiałą jak po dentyście. Poprosiłam o wezwanie pogotowia, ale nikt nie rozumiał, po co robię wokół tego tyle szumu.

BAUHAUSU TO CHANOYU

June 3, 2012

While reading a book on Bauhaus from the Taschen Basic Architecture series (highly recommended!), I come across a Japanese name – Iwao Yamawaki. Born in 1898, he studied in Dessau in the early 1930s. It makes me think of the journeys he must have made, of possible culture shock (What could have shocked him exactly?), of him trying to learn German (How did he communicate? What foreign languages did he know?). I’d love to read his memoirs, but there doesn’t seem to be anything left – just a handful of unappealing “artistic” photos, somehow primitive and boring, and a book about “Japanese house now” from the 1950s. Someone of course has produced a monograph, claiming that Yamawaki went on to become one of the most important architects of post-war Japan, but I suppose it’s just a pitch, because if he had been one, surely there would be more about him on the Internet.

Need further research anyway. Need to install fonts. Because there were others, apparently: Kikuji Ishimoto, Bunzo Yamaguchi, Chikatada Kurata, Takehiko Mizutani… Exotic (?) guests from an already fascist Japan in the just-about-to-be-fascist Germany, studying at an anti-fascist school that was closed in 1933.

And finally, a sentence in (nomen omen) German: “Der Architekt Iwao Yamawaki, später einer der Protagonisten des Neuen Bauens in Japan, und seine Frau, die Weberin Michiko Yamawaki”.

Seine Frau…

Even with the Internet our lives make up dozens of novels that disappear without a trace as we are staring at our screens…