Archive for January, 2013

REGIMEN VASCO

January 31, 2013

Na śniadanie miska Cola Cao (tak, miska, nie kubek), w którym macza się przeróżne ciasteczka, ewentualnie płatki śniadaniowe z tych, co to owsa na oczy nie widziały. To maczanie chyba wyjaśnia dlaczego tutejsze ciasteczka są takie beznadziejne – w końcu i tak skończą jako papka o smaku kakao. 

Potem nie je się nic aż do mniej więcej 13:00. Nic a nic. Można wypić kawę.

O 13:00 ma się w pracy przerwę na lunch, która może trwać i 2,5 godziny. Moi uczniowie mają wtedy angielski, ale inni zawodnicy po prostu jadą do domu, niekoniecznie własnego, bo nawet trzydziestoparoletni kawalerowie nie wstydzą się, dosłownie, być na garnuszku mamusi (z drugiej strony to oczywiści miłe, że mają takie dobre relacje). Jeśli zostaje się w  pracy, nie spożywa się kanapek, tylko obiad przyniesiony z domu w plastikowych pudełkach zwanych tutaj “tuppersami”, od nazwy amerykańskiej marki Tupperware. W domach obiad jada się zwykle nieco później, około 15:00.

A potem nic aż do kolacji o 21:30 (proszona kolacja może się zacząć i o 23:00). Jak dla mnie, masakra.

Obiad (bądź kolacja) składa się z dwóch dań. Na pierwsze je się warzywa sezonowe – po prostu wuchtę szparagów czy fasoli, doprawionych jedynie oliwą czy odrobiną przysmażonej szynki. Teraz jest sezon na karczochy, a dopiero co skończył się na… oset. Ludzie potrafią przywozić warzywa od krewnych ze wsi, polecają sobie, w których miejscowościach są “dobre papryki” itp. – niestety, ja się wychowałam na curry i musztardzie, i papryki smakują dla mnie zawsze mniej więcej tak samo, docenić jestem w stanie co najwyżej pomidory. A już na pewno odpadam przy 20-minutowych dyskusjach na temat “rodzinnej szynki” (serrano, rzecz jasna) nabywanej dorocznie i w całości (6 kilo) w grudniu i jedzonej do kwietnia.

Drugie danie to zwykle kawał mięsa lub kawał ryby – i nic więcej. No, zagryza się to to chlebem. Ale sosy, gulasze, surówki – nie są popularne. Tak to jest, kiedy ma się wysokiej jakości produkty, których smaku nie trzeba niczym zabijać. 

Na deser je się zwykle jogurt naturalny albo flan – mleczną galaretkę o smaku… właściwie to bez smaku. Patrz: słodycze japońskie. Szef mi opowiadał, że wystarczy tym biednym Baskom upiec byle crumble, a wpadają w euforię. Jakoś po prostu nie wpadli na to, czym można umilić sobie życie, w dodatku uparcie nie zapożyczają tej idei – podobnie jak wynalazku czajnika, i paru innych.

Jeśli obiad jest wykwintny, dorzucają rybną zupę bez przypraw oraz wybór serów, szynek i orzechów. 

Zapomniałam o jeszcze jednym posiłku: obiedzie na łonie natury. W Polsce zrobilibyśmy sobie zapewne kanapki – w domu, czystymi rękami – a kanapki te zawierałyby co najmniej dwa składniki (smarowidło plus x). Tutaj króluje zestaw: bagietka, całe opakowanie krojonej szynki serrano i nóż do pokrojenia chleba, przy czym zarówno bagietka, jak i twoje ręce, mogą mieć wcześniej styczność z czym ci się żywnie podoba. I jakoś jeszcze nikt od tego nie umarł. 

Ostatnio na proszonym obiedzie przełamałam się wreszcie – tak jak inni odkładałam chleb na blat stołu, kruszyłam, a na koniec wyczyściłam swoją kromką talerz. Czułam się przy tym tak, jakbym przy tych wszystkich ciotkach i wujkach zaczęła sobie dłubać w nosie.

HISZPAŃSKI

January 30, 2013

Mają te same słowo na:
– dach i sufit
– komin i kominek
– pensję i żółd
– flagę i banderę
– szkło i szybę
– porzeczkę i agrest
– piętro i mieszkanie
– farmację i aptekę
– rzucać i ciągnąć
– łapać i pożyczać (od kogoś)
– wołać i telefonować
– “na” i “w”

Ale dwa (czasem trzy) różne słowa na:
– być
– brać
– torbę
– szkło
– kartę
– fasolę

OGLĄDANIE FAL

January 29, 2013

Coś z ichniejszych obyczajów mi się chyba udziela, skoro za cel późnoponiedziałkowego spaceru wybrałam Paseo Nuevo – pustą, ciemną drogę pomiędzy skałami oceanu a skałami starówkowej Góry o Nazwie Rodem z Tolkiena*. To znaczy, plany były bardziej kulturalne – wystawa fotografii a la National Geographic w Kutxy – ale drzwi, jak to w SanSe zwykle bywa, zastaliśmy zamknięte.

(Kutxa, czyt. kucza, to tutejszy bank, jedyny znany mi w okolicy mecenas kultury. Organizują wystawy w rodzaju “Sukienka Penelope i trochę plakatów filmowych” albo “Uczniowie liceów projektują meble”, ale zawsze lepszy rydz niż nic, wyższe loty tylko w Bilbo, a to jak jechać do Piły).

Paseo okazało się być zagrodzone taśmami niczym scena zbrodni – zdarza się to często, kiedy chlustają na nie wielkie fale. I tak oto spędziliśmy dobre pół godziny oddając się miejscowej rozrywce – przyglądaniu się falom. A z nami jeszcze z jakiś tuzin spacerowiczów.

Fale są cudowne, bo nie dość, że co siódma wielka jak z filmów o hawajskich surferach, nie dość, że w zimowy wieczór biel piany ślicznie kontrastuje z czernią nieba (ach, pomarańczowe niebo P. …), to jeszcze te wszystkie imponujące grzywacze mogą rozbijać się o brzeg aż na trzy różne sposoby: o wcinający się w morze falochron (po którym ślizgają się niczym skejterzy po poręczy), o zasłane głazami nadbrzeże (wtedy trzeba czasem uciekać przed takim delikwentem z piskiem), albo o… fale sunące w przeciwnym kierunku, czyli słodkie wody Rzeki o Nazwie Rodem z Tolkiena**. Kiedy wracam do domu wzdłuż rzeki, chociaż morza nie widzę, wiem, czy są fale, bo nawet kilkaset metrów od plaży w powietrzu wisi charakterystyczna mgiełka.

Postali, naśmiali się i poszli do portu popatrzeć na drugą plażę. Tak o. Proste sanseckie rozrywki.

 

*Urgull

**Urumea

 

 

ZMIANA FORMATU

January 29, 2013

Długo nie pisałam, bo cholera, za ambitna jestem – marzą mi się kolejne mało zrozumiałe artykuliki ą ę, a przynajmniej szkice a la Bruczkowski, ale pracuje się te 50 godzin tygodniowo na pół etatu, więc jeśli blog ma w ogóle funkcjonować, muszę po prostu pisać na bieżąco i jak leci. O tym, że dziwnie mi wieszać pranie nad pustką piątego piętra zamiast we własnym salonie. Albo że zrobiłam naleśniki i okazało się, że karmieni przeze mnie Baskowie po raz pierwszy w życiu jedzą naleśniki zrobione w domu. Albo że czytam Murakamiego po hiszpańsku. Komentarze mile widziane! 🙂 Jeśli się rozkręcę, to może zastąpi mi taka działalność jałowość FB!