REGIMEN VASCO

Na śniadanie miska Cola Cao (tak, miska, nie kubek), w którym macza się przeróżne ciasteczka, ewentualnie płatki śniadaniowe z tych, co to owsa na oczy nie widziały. To maczanie chyba wyjaśnia dlaczego tutejsze ciasteczka są takie beznadziejne – w końcu i tak skończą jako papka o smaku kakao. 

Potem nie je się nic aż do mniej więcej 13:00. Nic a nic. Można wypić kawę.

O 13:00 ma się w pracy przerwę na lunch, która może trwać i 2,5 godziny. Moi uczniowie mają wtedy angielski, ale inni zawodnicy po prostu jadą do domu, niekoniecznie własnego, bo nawet trzydziestoparoletni kawalerowie nie wstydzą się, dosłownie, być na garnuszku mamusi (z drugiej strony to oczywiści miłe, że mają takie dobre relacje). Jeśli zostaje się w  pracy, nie spożywa się kanapek, tylko obiad przyniesiony z domu w plastikowych pudełkach zwanych tutaj “tuppersami”, od nazwy amerykańskiej marki Tupperware. W domach obiad jada się zwykle nieco później, około 15:00.

A potem nic aż do kolacji o 21:30 (proszona kolacja może się zacząć i o 23:00). Jak dla mnie, masakra.

Obiad (bądź kolacja) składa się z dwóch dań. Na pierwsze je się warzywa sezonowe – po prostu wuchtę szparagów czy fasoli, doprawionych jedynie oliwą czy odrobiną przysmażonej szynki. Teraz jest sezon na karczochy, a dopiero co skończył się na… oset. Ludzie potrafią przywozić warzywa od krewnych ze wsi, polecają sobie, w których miejscowościach są “dobre papryki” itp. – niestety, ja się wychowałam na curry i musztardzie, i papryki smakują dla mnie zawsze mniej więcej tak samo, docenić jestem w stanie co najwyżej pomidory. A już na pewno odpadam przy 20-minutowych dyskusjach na temat “rodzinnej szynki” (serrano, rzecz jasna) nabywanej dorocznie i w całości (6 kilo) w grudniu i jedzonej do kwietnia.

Drugie danie to zwykle kawał mięsa lub kawał ryby – i nic więcej. No, zagryza się to to chlebem. Ale sosy, gulasze, surówki – nie są popularne. Tak to jest, kiedy ma się wysokiej jakości produkty, których smaku nie trzeba niczym zabijać. 

Na deser je się zwykle jogurt naturalny albo flan – mleczną galaretkę o smaku… właściwie to bez smaku. Patrz: słodycze japońskie. Szef mi opowiadał, że wystarczy tym biednym Baskom upiec byle crumble, a wpadają w euforię. Jakoś po prostu nie wpadli na to, czym można umilić sobie życie, w dodatku uparcie nie zapożyczają tej idei – podobnie jak wynalazku czajnika, i paru innych.

Jeśli obiad jest wykwintny, dorzucają rybną zupę bez przypraw oraz wybór serów, szynek i orzechów. 

Zapomniałam o jeszcze jednym posiłku: obiedzie na łonie natury. W Polsce zrobilibyśmy sobie zapewne kanapki – w domu, czystymi rękami – a kanapki te zawierałyby co najmniej dwa składniki (smarowidło plus x). Tutaj króluje zestaw: bagietka, całe opakowanie krojonej szynki serrano i nóż do pokrojenia chleba, przy czym zarówno bagietka, jak i twoje ręce, mogą mieć wcześniej styczność z czym ci się żywnie podoba. I jakoś jeszcze nikt od tego nie umarł. 

Ostatnio na proszonym obiedzie przełamałam się wreszcie – tak jak inni odkładałam chleb na blat stołu, kruszyłam, a na koniec wyczyściłam swoją kromką talerz. Czułam się przy tym tak, jakbym przy tych wszystkich ciotkach i wujkach zaczęła sobie dłubać w nosie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: