Archive for February, 2013

DLACZEGO NIE MOGĘ?

February 6, 2013

Uwaga, wpis zawiera treści buńczuczne.

 

Dlaczego nie mogę:

– chodzić wszędzie w dresie?

– opatulać się byle czym, żeby było mi ciepło?

– mieć cieni pod oczami?

– mieć sutków?

– uprawiać city surfingu w autobusie?

– jeść drugiego dania w talerzu do zupy?

– mieć łat na ubraniu?

– chodzić z potarganymi włosami, mieć pojedynczych siwych włosów, mieć włosów poza głową (nawet brwi trzeba regulować)?

– publicznie drapać się, kaszleć, kichać, wydmuchiwać nosa, oglądać swojej kupy w sedesie z półeczką (obecnie nie do kupienia)?

– zostawiać jedzenia wróżkom i rozmawiać z miniaturowym ludkiem żyjącym w fugach?

– nucić na ulicy?

– balansować na krawężniku?

– nosić kitek albo ogolić głowy?

– wyrażać oburzenia, że inni ściągają nielegalnie filmy, upijają się albo biorą narkotyki?

A Mayim Bialik dodałaby jeszcze, dlaczego ludzie robią takie wielkie halo, kiedy przyznaje, że karmiła piersią swoje 4-letnie dziecko.

Advertisements

CALDEREROS

February 6, 2013

Mam serdecznie dość komputera, nic tylko poprawiam eseje… Ale w zeszłą sobotę było i ciekawie, i kolorowo, i egzotycznie  więc polecam wygooglanie stosownych zdjęć. Odbywa się to to co roku na tydzień przed karnawałem. Biorąc pod uwagę, że Cyganie są (nie tylko tutaj) uważani za złodziei (głównie rowerów) wyłudzających od państwa “socjal” – tradycja ciekawa. Zwłaszcza w wykonaniu miejscowych, dla których każde święto wydaje się być pretekstem do przebierania się, walenia w coś, co robi dużo hałasu, i korowodowego hamowania ruchu ulicznego, dla którego bynajmniej nie przewiduje się objazdów. Więc nie zdziwcie się, jeśli tu kiedyś zajedziecie, a drogę zastąpi wam pan przebrany za misia (Caldereros), kucharza (Dzień SanSe), górala (Św. Tomasza) czy pirata (Semana Grande).

MOTYWACJA

February 1, 2013

Juhu, mini-kryzys wspinaczkowy przełamany! 🙂 Poszło o to, że pod koniec grudnia, po prawie czterech miesiącach chodzenia na bulderownię… Ale może po kolei. We wrześniu zaczęłam chodzić na bulderownię, czyli system sztucznych jaskiń do wspinania się bez uprzęży i głównie w poziomie. Chodziłam 2-3 razy w tygodniu, co może brzmi imponująco, ale zwykle “trenowałam” tylko około 30-45 minut, bo dużo czasu zabiera mi sam dojazd/dojście, szatnia i rozgrzewka. Widziałam postępy i dawało mi to wiele satysfakcji. Aż wreszcie, pod koniec grudnia, pojechałam w prawdziwe skały…

I klops! Okazało się, że w bulderowni głównie podciągamy się na rękach na nienaturalnie dużych chwytach, podczas gdy na ścianie liczą się głównie nogi i duża pewność siebie. Spróbowałam się zmierzyć z drogą o skali trudności 5a (rekordy moich towarzyszy to 8a-8b) – śliczną drabiną w pomarańczowym piaskowcu – i poległam na jedynym chyba fragmencie, który na owo 5a zasługiwał. W dodatku towarzysząca mi dziewczyna, która nie wspinała się nigdy, weszła na samą górę i to w jakieś 30 sekund! Wrr!

Po powrocie nie za bardzo wiedziałam, co z sobą począć. Jak ćwiczyć te pieruńskie nogi? Na domiar złego, z powodu świąt miałam w chodzeniu do “rocodromo” kilka tygodni przerwy, a w międzyczasie nadszedł pocztą mój 540-stronicowy tom pierwszy “100 porad gór” i naczytałam się o kontuzjach. Nie wiedziałam, które ćwiczenie będzie miało sens, a zarazem oszczędzi moje ścięgna, a gdy się za coś już zabierałam, okazywało się, że straciłam formę i fizycznie jestem z powrotem w listopadzie.

Wczoraj nadal nie byłam w stanie przejść na raz mojego trawersu dla początkujących – zmęczenie dawało się we znaku na 56. z 67 ruchów – ale zabrałam się za nowy, trudniejszy trawers i widzę, że jeśli go rozpracuję, będę w stanie się z nim zmierzyć 🙂 To rozpracowywanie jest cudowne, to takie zagadki geometryczne na żywo – za Chiny nie mogę czegoś sięgnąć (ruchy rąk są z góry narzucone), główkuję więc nad prawidłowym ustawieniem stóp, dobieram nowe dla nich podpory, zmieniam kąty – i nagle sukces! Niemożliwe staje się możliwym 🙂

Oczywiście takiej metody nie da zastosować się w terenie, bo nikt cię nie będzie opuszczał co 30 sekund z 5 metrów, żeby łaskawie mogła zacząć wszystko od początku – ale nigdy nie byłam ambitna i nie zależy mi ani na “on sajtach” (przejściu drogi za pierwszym razem), ani na zaliczeniu choćby tego marnego 5a.   Jeśli też was nie pociąga adrenalina, ale chcielibyście się trochę poruszać, zajrzyjcie do… największego kina w mieście i zapiszcie się na kursiątko do Łukasza, który, tak na marginesie, jest też świetnym fotografem:

http://studiofuego.pl/

http://avana.pl/