LANDAS

Za mną dwa miesiące obfitujące w wyjazdy i spotkania towarzyskie – przede mną wyzwania przeprowadzki (czy raczej „wprowadzki”) bo ta ma pociągać ze sobą nie tylko zmianę przychodni czy przemeblowanie, ale także zmianę rozkładu dnia, obowiązków, języka urzędowego mieszkania – trzeba będzie pójść na kompromis w nieomal każdym aspekcie domowego życia. Przede wszystkim po raz pierwszy mam nie mieć własnego pokoju (tzn. pokój już kiedyś dzieliłam, ale to ja dyktowałam warunki). Wielkie to wyzwanie dla mojego jedynactwa i wodnikowatości, ale po pierwsze, lubię się uczyć, a po drugie uważam, że lepiej się troszeczkę irytować wśród ludzi niż dziwaczeć powoli w wygodnym samotnictwie. Miejmy zatem nadzieję, że samotnictwo nie jest mi pisane.

Czasem niemniej należy troszkę o siebie powalczyć, bo buntuje się nie rozum, ale po prostu ciało. Zeszły weekend spędziliśmy z siedmiorgiem znajomych w wynajętym domku na luksusowym francuskim polu kempingowym. Część wybrzeża tuż ponad granicą z Krajem Basków nazywa się po hiszpańsku „Las Landas” i dla kogoś, kto ma trzy tysiące kilometrów do Bałtyku, to cudowna namiastka domu godzinę drogi od SanSe, które samo w sobie przypomina co najwyżej mocno podrasowany Wałbrzych (patrz: lesiste góry i bloki w dolinkach) nad cukierkową zatoką a la mini Rio. Tymczasem w Las Landas plaże są po bożemu płaskie i szerokie, więc trzygodzinny spacer wzdłuż takiej nie oznacza trekkingu dla marines z pokonywaniem wąwozów. W dodatku od cywilizacji oddziela je, jak należy, pasmo wydm i sosnowego lasu, a nie dwupasmówka z palmami i ciąg paryskich kamienic. Na dokładkę, w głębi lądu na stęsknionych Polaków czekają znajome szyldy Leclerca, Carrefoura czy Lider Price’a, tudzież cukiernie z normalnymi ciastkami, nie zamykane w czasie sjesty. Alleluja!

Cóż jednak z tego, kiedy spędza się weekend z gromadą (przemiłych skądinąd) Basków. Gdyby kręciły ich jakieś tam ciastka, to przecież mieliby je we własnym kraju. Plaże też ich średnio kręcą, bo w końcu mają własne, na których aż tak nie wieje, a po piasku nie walają się jakieś durne muszle w ilościach hurtowych. Baskowie skupiają się na swoich tradycyjnych wartościach, czyli pielęgnowaniu więzi z ludźmi, których poznało się w ubiegłym stuleciu, oraz konsumpcji mięsa.

W Polsce także praktykuje się majowe grillowanie, ale zapewne z biedy, przypomina to jeszcze normalny posiłek, a nie amerykański konkurs obżerania się na czas. I tak, po śniadaniu złożonym wyłącznie ze słodkich bułek i mleka, zaserwowano mi na trzygodzinny obiad cztery porcje różnego rodzaju mięsa – bez sałaty, pieczonych warzyw, przystawki, sosu czy deseru – tylko z bagietką i alkoholem. A na kolację dwie tortille, jedną z kurczakiem, drugą z kiełbasą (przynajmniej wszystko było doprawione, co jest tu rzadkością). A na obiad nazajutrz makaron z kiełbasą. A na kolację chleb ze smażoną rybą i jajecznicą. Jak oni to wytrzymują, naprawdę nie wiem, ale Kwaśniewski byłby z nich dumny.

Ja z kolei byłam dumna z siebie samej, bo poszłam na odkryty basen mimo szarugi. Woda miała być podgrzewana, więc stwierdziłam, że właściwie więcej sensu ma moczenie się w dwudziestu dwóch stopniach i kostiumie kąpielowym niż w szesnastu i dżinsach. Nie odstraszyły nas nawet durne francuskie przepisy, które zabraniają chodzić po terenie kompleksu basenowego w butach (mind you, klapki to też buty). W rezultacie mieliśmy cały kompleks basenów do dyspozycji naszej trójki, z jacuzzi włącznie 🙂

Przeżyliśmy też małą przygodę. W piątek, coś koło północy, siedzieliśmy całą ekipą w hallu-jadalni, kiedy nagle ktoś zapukał do drzwi. Koleżanka otworzyła, ale tylko wycofała się tyłem i usiadła. Jej chłopak, który podszedł zobaczyć, co jest grane, stanął na progu skołowany i zawołał do niewidocznego wciąż przybysza: „Pero, que haces?”. I nagle wyskoczył na dwór, bo krwawiąca kobieta, którą wziął za dowcipnisię, zaczęła zupełnie na serio słaniać się na nogach. Ponoć wywróciła się nieopodal naszego domku na rowerze – chociaż nazajutrz miała takie limo, że osobiście podejrzewałabym próbę zamaskowania wybryku jakiegoś damskiego boksera.

Tak czy siak, nieznajomą ochrzczono „Walking” (od serialu o zombie pt.„The Walking Dead”) i przez cały weekend nabijano się, że próbuje ją poderwać nasz jedyny niesparowany towarzysz. Kiedy np. wychodził z domku z pudełkiem makaronu z mięsem, żeby nakarmić swojego owczarka, inni śmiali się, że idzie do „Walking” spytać, jak się czuje: „Hej, patrz, przyniosłem ci coś smacznego”. A jak przyplątał się do niego zgubiony przez kogoś pies, rzecz jasna stwierdzono, że to pies „naszej zombie”.

Na koniec pojechaliśmy do leżącego już po stronie baskijskiej Irun na koncert grającego rockabilly i surf rocka amerykańskiego zespołu Hi-Riders. Panowie zaskoczyli mnie swoim zaawansowanym wiekiem, gitarzysta wirtuozerią, a organizatorzy faktem, że wynajęli… teatr miejski, zamiast sali, w której można by było potańczyć.

Co warto zobaczyć w Las Landas oprócz zombie:
– bardzo wakacyjny deptak w Capbreton (moules!)
– dziesiątki sklepów surferskich w Hossegor
– różne śliczne domki, np. w baskijskim Urugne
– przebierających się surferów (ja mam “swojego”, więc mogę się gapić)
– architekturę Bourdeaux
– muszle i kamyki
– Biarritz (ale najpierw “Zielony promień” Rohmera na DVD)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: