Archive for June, 2013

THE NORTH FACE (2)

June 14, 2013

Wena mi się wymyka, więc posłużę się żałosnymi listami 😉

W nowym mieszkaniu podoba mi się np.:
– wielkie staromodne lustro w przedpokoju z toaletką, krzesłem i podwójnymi drzwiami salonu do kompletu (do kompletu jest też kryształowy abażur w naszej sypialni, który ozdabia ściany setkami tęczynek)
– oszklona loggia z zielonymi kaflami i kolekcją kaktusów
– nasze łóżko (czy raczej łoże, 180 cm szerokości) z beżową pościelą a la 4-gwiazdkowy hotel, szufladami, japońskimi poduszkami i pluszowym tygryskiem
– nasza łazienka z zielonymi kaflami w tulipany, lustrzanymi drzwiczkami szafek, muszlami z Francji i japońskimi laleczkami
– “cotton ball lights” w sypialni Ala i Ei (wygooglajcie, są cudne!)

A poniższe (wszystko typowe dla SanSe) być może by was zaskoczyło:
– w kuchni nie ma okna, są tylko drzwi prowadzące do małego schowka z oknem
– w kuchni jest pralka
– w kuchni pod ścianą stoi zawsze co najmniej pięć kartonów mleka
– kuchenka składa się z dwóch palników gazowych i dwóch elektrycznych
– najmniejsza z trzech sypialni jest “wewnętrzna” czyli wychodzi na maleńkie patio pełne srebrnych rur i prania, aż po wielkie prześcieradła
– w każdej z dwóch łazienek jest bidet
– okna są suwane, na aluminiowych ramach
– okno naszej sypialni, wychodzące na loggię, jest tak wielkie, że można przez nie swobodnie wyjść na balkon
– na balkonie trzymane są buty

THE NORTH FACE (1)

June 9, 2013

Chcę dziś opisać coś, co teraz bardzo mnie cieszy – moje nowe lokum 🙂

Minione dwadzieścia miesięcy spędziłam w pokoju wynajmowanym przy rodzinie. Miał wiele zalet – normalne, solidne meble (a nie studenckie kartony czy inne odpadki z łapanki), ładny widok (nie na sąsiednią kamienicę, tylko na wzgórze z domami jednorodzinnymi i palmami), a gospodyni myła sąsiadującą z nim łazienkę, której sama praktycznie nie używała. (Największą zaletą calle Renteria był oczywiście fakt, że syn gospodyni zeswatał mnie z moim obecnym współlokatorem 🙂 ). Ale jednak pokój, to nie dom – nie mogłam spontanicznie zapraszać gości, narobić bałaganu w kuchni przy pieczeniu, szwendać się na luzie w podomce…

Przeprowadziłam się z Gros do Amary. Gros to dzielnica położona tuż obok Starówki, od której dzieli ją tylko rzeka. To właśnie tu znajduje się Kursaal, miejscowe cudo architektury współczesnej, w której odbywa się słynny festiwal filmowy. A także Zuriola –jedyna w SanSe plaża dla surferów. Wszystko to sprawia, że Gros jest dzielnicą drogą, bogatą, mieszczańsko-hipsterską i nieco nadętą. Bez małego białego pieska, trójki odstrzelonych dzieci albo czarnej pianki człowiek czuje się tam trochę nieswojo. Wolę więc tam raczej zaglądać od święta – na czekoladowe lody bez mleka na Plaza Cataluña albo (chyba jedynego w mieście) quiche’a w białej knajpce na prawo od Dulce Hogar.

Z Amary na plażę czy do centrum jest dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut spacerkiem, więc nie tak znowu daleko, ale atmosfera bardziej mi odpowiada. Przynajmniej w moim fyrtlu. To takie bardzo fajnie zaplanowane blokowisko – tutejsze wieżowce może nie są specjalnie piękne (poza jednym, tuż koło stadionu), ale jest dużo podcieni, zamkniętych dla ruchu samochodowego placów i najróżniejszych sklepów, w tym rosyjskie delikatesy i pakistański warzywniak otwarty nawet w niedzielę.

Mój budynek można sobie obejrzeć z poziomu ulicy na Google Maps. Ulica nosi imię Cataliny de Erauso, co bardzo mi odpowiada, bo ta siedemnastowieczna niedoszła zakonnica spędziła życie przebrana za mężczyznę. Z fasad mogą odpadać tynki, a w mieszkaniach królować meblościanki z lat 70-tych, ale klatki schodowe, czy to w Amarze, czy w Gros, przypominają recepcje czterogwiazdkowych hoteli: lustra, marmury, fotokomórki, lampy reagujące na ruch, kompozycje roślinne… W naszej klatce są też srebrne windy, srebrne skrzynki na listy i bardzo dziwny zamek w drzwiach wejściowych. Jeśli czytaliście moje wcześniejsze wpisy, może pamiętacie, że klamki znajdują się tutaj pośrodku drzwi. Ten zamek to kolejne dziwo tego typu – zamiast w drzwiach obok (normalnej) klamki, umieszczony jest w przeciwległej framudze na wysokości mojego nosa. Muszę przyznać, że za pierwszym razem nie miałam pojęcia, co z tym fantem zrobić – dla mnie otwieranie drzwi polega na tym, że kluczem przesuwa się mały dynksik. Tutaj jednak wystarczy wsadzić klucz do dziurki (ja nim jeszcze tradycyjnie majtam na boki – jeszcze nie sprawdziłam, czy to ma jakiś sens), a potem pcha się drzwi, te stawiają opór, pcha się więc je raz jeszcze i voila! Żeby wyjść z bloku należy z kolei nacisnąć na guziczek – trochę jak u nas w niektórych kamienicach, tyle że nic nie bzyczy.

Sąsiadów na razie nie znam, tak na oko są to głównie emeryci. Na razie najciekawsi są sąsiedzi z góry, grupka studentów z Argentyny. Poznaliśmy ich osobiście, ponieważ dla zabawy wrzucili nam do domu zapalonego papierosa, a jak się przestraszyli, że może wylądował na jakichś papierach, to posłali w ślad za nim zawartość butelki wody. Panowie bardzo emocjonalnie podchodzą do meczy, nawołują się „Gabriel, podaj mi wódkę!” i ogólnie wydają z siebie najdziwniejsze odgłosy, coś jak małpy. Otworzywszy o pierwszej w nocy drzwi poirytowanym sąsiadom, reagują wyluzowanym „Que?” 😉

Kilka ciekawostek o samym mieszkaniu w kolejnym wpisie.