Archive for July, 2013

24 hours in July

July 21, 2013

18.30 – Spotykamy się na trzeciej plaży m.in. z znajomym, który przeprowadził się dla ukochanej do Finlandii.  Blond ukochana też jest obecna, podobnie jak 3-letni Jonas, który mówi i po fińsku, i po hiszpańsku. Rodzice mówią do siebie po hiszpańsku, a jeśli nie chcą, żeby dziecko rozumiało – po angielsku.

19.00-20.00 – Wypożyczamy 3 kajaki 1-osobowe i jeden 2-osobowy, w którym ląduję ja, bo sama to się co najwyżej kręcę w kajaku w kółko. Pływamy wśród zakotwiczonych w zatoce jachtów, dobijamy do wyspy św. Klary, na której jeszcze nigdy nie byłam (trwa odpływ, więc widać obrośnięty muszlami mur portu, po którym biegają niezliczone miniaturowe kraby), podziwiamy rzeźby Chillidy z nowej perspektywy. Mój niestrudzony towarzysz wymyśla nowy sport – pływanie w kamizelce ratunkowej i z wiosłem. Dużo nowych wrażeń, w dodatku przy akompaniamencie muzyki jazzowej dochodzącej z pałacowego ogrodu. Staram się nie myśleć o tym, że kiepsko pływam i że bolą mnie stawy biodrowe.

20.00-22.00 – Kąpiel w morzu o idealnej temperaturze – ani to bałtycka zamrażarka, ani śródziemnomorska zupa. Jabłkowe Magnum. Zaopatrywanie się w chipsy i inne przedkolacyjne śmieci – ja dzielnie obstaję przy torebeczce bakalii (w końcu już zgrzeszyłam przy Magnum), a fińskiemu dziecku wmawiamy, że zazdrościmy mu jego pełnoziarnistych paluszków z kminkiem. Dziecko odmawia jedzenia zdrowego gazpacho i serków krowy śmieszki, woli bawić się kulami do petanki, w którą chcieli grać dorośli. Chmury przy zachodzie słońca, jak zwykle na trzeciej plaży, niesamowite. Grać zaczynają późno, więc wracamy na rowerach do domu. Ru jest święty, że zaczekał, aż kupię sobie rower z własnej woli – teraz w kółko nimi gdzieś dojeżdżamy, co oznacza, że przez rok musiał korzystać z autobusów wyłącznie przez wzgląd na mnie.

22.15-00.00 – W “moim” garażu niespodzianka – auto na francuskich numerach. Z jego właścicielką mama Ru przyjaźni się od ponad 40 lat. Ru postanawia złożyć rodzicom wizytę – trudno powiedzieć, czy chce się wprosić na kolację, czy przywitać z przyjaciółką rodziny. Ja mam opory, ale przecież nie będę mu tego drugiego bronić. Zupa rybna, pogawędki w trzech językach. Jak zwykle tłumaczą mi na wszelki wypadek oczywistości, np. co to jest kawa zbożowa – w końcu, jakby nie było, czasami oczywistości (w rodzaju żółtej kaszanki) nie znam.

11.30-12.45 – Szykujemy się do spędzenia całego dnia na wyspie. Ru kupuje olejek do opalania w sprayu w przepięknej szarej tubie – jedyne… 25 euro. Ceny kosmetyków i leków są tutaj zabójcze. Na pociechę waga w aptece oznajmia mi, że mimo “tripita” ważę tyle co zwykle, a mierzę aż 4cm więcej. Hm… Ru robi tortillę z ziemniakami, która tu nazywa się de patata, a w całym kraju española – Baskowie niecierpią Hiszpanii do tego stopnia, że np. wykupują domeny .eu zmiast .es, bo dla nich to nie European Union tylko Euskadi (Kraj Basków). Ja przygotowuję sałatę z kozim serem, mamy też bagietkę, pasztet, banany i tomiszcze Bertranda Russela.

12.45-19.00 – Rowerami (z najlepszym kumplem Ru, Aizpuru) do portu, przeprawa w obie strony kosztuje 3,70 euro. Zostawiamy rzeczy na skałach i do wody. Panowie dopływają do innych skał i na nich siadają, ale mnie zniechęca do tego komentarz “Tylko uważaj na fakturę skał, bo łatwo sobie coś rozciąć o muszlę”. Na plaży tłumy (denerwują mnie niefeministycznie, a może i feministycznie, półnagie cycatki), ale w sercu wyspy całkiem łatwo o pusty stół piknikowy w zacienionym miejscu. Sjesta na ręcznikach – wyspa jest mocno górzysta, więc trzeba leżeć na pochyłości. Mewy drą się jak oszalałe – przykrywam twarz kapeluszem, żeby nic na niej nie wylądowało. Kolejne przenosiny i czas na Russela z plecami opartymi o gładką skalną ścianę, panowie tymczasem wymieniają się po baskijsku komentarzami na temat młodych amerykańskich turystek. Na koniec kąpiel, Aquarius z puszki i stanie w kolejce na nadbrzeżu – przed nami nastolatka zmieniała jedne bikini na drugie, może wieczorowe. W porcie idę do toalety, akurat mija nas parada z bębnami i do WC wpadają dwie panie z parady w pełnym rynsztunku. Dają pograć na bębenku chłopczykowi, który czeka z mamą na swoją kolej.

Advertisements

PRZEPISY

July 20, 2013

(I znowu bez polskich znakow, bo moj sedziwy notebook chyba powoli szykuje sie do wyzioniecia ducha – duch go chyba zreszta jakis nawiedzil, bo dzis uparcie chcial pisac w okienku adresu zamiast w innych miejscach na ekranie. Moze to przez domowe wi-fi ktos mnie hackuje?)

NAJLEPSZE DANIE SNIADANIOWE NA SWIECIE
1 jajko
1 lyzka miodu
troche pelnoziarnistej maki zytniej
1/2 szklanki mleka (ja uzywam “mleka” owsianego)

(Poniekad jest to przepis na zdrowsza i slodsza wersje zwyklych lanych kluseczek, ktore moja mama czasem podaje w rosole lub zupie grzybowej. Cudownie syci i koi, jakze wrazliwe rankami, zoladki alergikow.)

Jajko roztrzepujemy w miseczce widelcem dodajac miod. Dodajemy make, mieszajac mase drewniana lyzka. Mozna celowac w konsystencje kisielu (wtedy wyjda prawdziwe lane kluski) albo w konsystencje Nutelli (wowczas wyjda nam male miekkie placuszki).

W malej patelni zagotowujemy mleko. Mase (zaleznie od konsystencji) albo wlewamy powoli do mleka, rozprowadzajac kluski po jego powierzchni, albo przenosimy lyzka, formujac na powierzchni mleka maciupkie placuszki. Gotujemy 1-3 minuty lub do momentu, kiedy kluseczki wypija cale mleko.

 

NAJPROSTSZE CIASTECZKA
1/2 kostki masla
troche brazowego cukru
troche wiecej maki (mozna zmieszac pszenna z zytnia)
odrobina wody
mozna dodac 2 lyzeczki proszku do pieczenia
plus dowolne dodatki (muesli, rodzynki, czekolada…)
Pamietajmy, ze przy pieczeniu zawsze nalezy miec wszystkiego wiecej pod reka, zeby w razie potrzeby zmienic konsystencje ciasta.

Nastawiamy piekarnik na 4/5 mocy (cos ze 180 stopni, ciut mniej z termoobiegiem). Maslo siekamy nozem w duzej misce. Dodajemu powoli make i proszek, wyrabiajac ja palcami z maslem, tak aby masa przypominala tlustawe okruchy chleba. Potem kontynuujemy “kruszenie” dodajac cukier i pozostale ingredencje. Na koniec ugniatamy calosc w gladka kule. Jesli kula za bardzo sie lepi, dodajemy maki. Jesli jest za bardzo sypka, dodajemy masla. Blache nakrywamy papierem do pieczenia i recznie formujemy ciasteczka dowolnej wielkosci. Moga sie stykac rogami, potem sie je oderwie. Pieczemy 15-20 minut. Wychodza 2-3 “opakowania” ciasteczek.

 

PORY CURRY
3 pory (tylko biale czesci lodygi)
1/2 puszki pomidorow
1 marchew
1/2 cebuli
curry, bazylia, bialy pieprz, oregano…

Podgrzewamy na oliwie roznorodne przyprawy, a nastepnie smazymy na nich posiekana cebule i kostki marchewki. Kiedy cebula mocno sie zarumieni, a marchewki nieco zmiekna, dodajemy pokrojone pory i dusimy do odpowiadajacej nam miekkosci ze zmiksowanymi pomidorami i odrobina wody. Doprawiamy do smaku. Mozna podawac z makaronem, miesem, jednym i drugim – jak kto woli.
DESER SLONIMSKIEGO I TUWIMA
na jedna osobe:
30cm2 pelnoziarnistych ciasteczek czekoladowych a la karma dla psow (ja uzywam batonikow All Bran Kellogsa)
1 jogurt orzechowy (albo o jakims innym smaku wspolgrajacym z czekolada)

Napelniamy szklanke pokruszonymi ciasteczkami, ktore zakrywamu od gory jogurtem. Odstawiamy na pare godzin. Ciasteczka fajnie zmiekna i czesc ludzi nie pokapuje sie, ze to one. Poza tym zaskakujaca niewiele osob jada jogurty orzechowe, wiec wszyscy mysla, ze to my zmieszalismy cos ekstra ze zwyklym jogurtem.

I LOVE SF

July 9, 2013

Ups, wlasnie sie zorientowalam, ze zasiadlam do cudzego komputera, wiec polskich znakow nie bedzie. Trudno.

Co do tytulu, widzialam wiele takich koszulek w miniony weekend, i cieszylam sie niezmiernie z ich wieloznacznosci. Nie chodzi tu nawet o rozwijanie skrotu SF, ale o dodatkowe warstwy semantyczne. Teoretycznie taka koszulke zalozy tylko glupawy turysta, bo miejscowi obnosza z duma swoje sprane “Sanfermines 2003”, najlepiej jeszcze z enigmatycznym dodatkiem w rodzaju “Jarauta” albo “Aldapa”. Ale kto wie, moze jacys miejscowi hipsterzy specjalnie kupuja sobie takie najnowsze i najbardziej kiczowate (z bryzgami krwi lub sztucznymi plamami po winie) i nosza je “z dystansem”.

Tak a propos, to na cudzoziemcow mowi sie tu “guiri” (czyt. “giri”) – “zagraniczniak”. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Kraju Baskow “guiri” to przede wszystkim anlgojezyczni dwudziestoparoletni surferzy, a jeszcze lepiej blond surferki w bikini.

Jak kazdy, wiedzialam, ze lipcowe swieto w Pampelunie, zwanej tu teoretycznie Pamploną, a faktycznie Iruñą, polega na tym, ze tlum mezczyzn w bialych strojach ucieka waskimi uliczkami przed gromada czarnych bykow. Tymczasem okazalo sie, ze biegi sa codziennie, swieto trwa cale dziewiec dni, a tradycji z nim zwiazanych jest o wiele wiecej. W rezultacie dla wielu mieszkancow miasta Sanfermines sa wazniejsze od Bozego Narodzenia, zwlaszcza, ze sa w miare swieckie i przypadaja latem, a zatem przy o niebo lepszej pogodzie.

Przygotowan tez nie ma zbyt wiele, co pewnie chwala sobie panie domu – ot, przyjac rodzine na obiedzie, a po wszystkim wywabic plamy z bialych ubran. Which leads me to a little guide dla potencjalnych uczestnikow fiesty:

1. KIEDY
Sanfermines zaczynaja sie w poludnie 6. lipca, a koncza sie 14. lipca. Najwieksze tlumy wala do Iruñi oczywiscie na sam poczatek, sam koniec i w weekendy. W tym roku poczatek przypadl w weekend, wiec do miasta zjechalo ponoc 1,8 miliona turystow. Zazwyczaj trwaja upaly (okolo 30 stopni), ale warto sprawdzic prognoze pogody, bo w deszczu to zadna przyjemnosc.

2. GDZIE
Jesli chcemy zwiedzic Kraj Baskow, przylatujemy Lufthansa do Bilbao. Mozna tez poleciec czyms tanim do Madrytu, zwiedzic stolice, a do Navarry podskoczyc pociagiem, co trwa 3h (warto zaplacic 2x wiecej niz za 5 godzin w autobusie, no chyba, ze podrozujemy samotnie, wtedy mozna sie skusic na pojedyncze siedzenia autobusu Alsa Supra).

3. CO ZABRAC ZE SOBA
Dlugie biale spodnie i bialy lub czerwony podkoszulek. Na miejscu mozna dokupic tradycyjny czerwony pas i czerwona chustke, ktora wiaze sie na szyi, kiedy burmistrz uroczyscie odpali petarde na balkonie ratusza. (W tym roku najpierw jacys zartownisie/prowokatorzy zaslonili balkon znienawidzonego burmistrza wielka flago Kraju Baskow, a potem petardzie zlamal sie patyk, wiec spadla wprost na jakiegos biedaka na dole). Mimo upalu, wskazane sa adidasy, a nawet traperki, bo ulice beda pelne szkla i kaluz moczu. Torby sa niewskazane, najlepiej wziac ze soba tylko papier toaletowy i pieniadze (i schowac je w jakiejs wewnetrznej kieszonce), a komorke zastapic ustalonym wczesniej miejscem spotkan.

4. POMYSLY NA 6. i 7. LIPCA

Dzien pierwszy rozpoczynamy od brunchu w gronie znajomych – najlepiej zarezerwowac sobie duzy stol wystawiony na jednej z waskich uliczek albo (tak jak my) wprosic sie do kogos mieszkajacego na Starowce – wtedy o 13tej czy 14tej mozna wyjsc z domu prosto w rozentuzjazmowany tlum Jarauty, uliczki, przy ktorej miesci sie wiekszosc “peñas”.

“Peñas” to kluby, ktorych czlonkowie maluja co roku wielki banner z roznymi godlami, karykaturami politykow i haslami antyrzadowymi (jest tez maly banner dla dzieci), a potem dzien w dzien maszeruja ze swoja orkiestra dętą na “plaza de toros” na corride. Ich siedziby otwarte sa tylko w czasie swieta – niektore przypominaja bary, inne dyskoteki. Mozna tam kupic bilety na corridy.

Po kilku godzinach picia w scisku, przenosimy sie na trawke blizej murow miejskich, zakupiwszy wczesniej chipsy i piwo, a po kilku godzinach takiej regeneracji wracamy w waskie uliczki. Dopelznac do domu mozna i po kilku dniach. Oprocz chipsow je sie kebaby i smazone owoce morza, nocleg zapewniaja trawniki, toalet jest zaskakujaco duzo, ale panowie i tak wola isc za rog. Dodatkowe atrakcje to lanie ludzi winem, rozbijanie butelek i nielegalne skoki z fontanny. I tak przez 9 dni. My bylismy bardzo grzeczni i wrocilismy do domu o polnocy (mieszkalismy kawaleczek za Cytadela).

7. lipca miasto wyglada zaskakujaco dobrze – uliczki lepia sie i smierdza moczem, ale smieci sa regularnie usuwane, a bruk dezynfekowany. Gonitwa jest raniutko, mozna zobaczyc ja w telewizji. Zeby wziac w niej udzial, nie trzeba sie nigdzie zglaszac – wystarczy byc niespelna rozumu. Okolo 9-10tej mozna obejrzec, jak niosa posag swietego Fermina i spiewaja rzewnie na jego czesc. Jesli ktos lubi pokazywac cuchnace lepkie uliczki dzieciom, na pewno uciesza sie na widok wielkich papierowych figur “gigantow”, ktore tancza wsrod tlumu i obdarowuja rozgami. Wszyscy jedza frytowane kule z beszamelu z dodatkami (np. papryki albo malzy) i popijaja “marianitos” na bazie martini. Nie mam pojecia jak w upale wytrwac az do 17tej – my ucieklismy do babci.

Okolo 17tej spod ratusza rusza uroczysty pochod konny, do ktorego doloczaja powolutku wszystkie peñas (ktore wczesniej kraza z orkiestrami po starowce, zatrzymujac sie przy coraz to kolejnych barach). Do takiego korowodu moze podczepic sie kazdy, ale na “plaza de torros” bez biletu nie wpuszczaja. Jesli ma sie bilet, nalezy wczesniej zaopatrzyc sie takze w walowke i wiadro z lodem – wiele osob sie dodatkowo przebiera np. panowie za tancerki flamenco (“sevillanas”).

Bardzo ladne sa mury miejskie Pampeluny, a takze otaczajace je parki, z ktorych widac rzeke, piekne gory i… zagrode bykow. To ostatnie bardzo ekscytuje miejscowych – moga tez zwiedzic sobie koral za 3 euro albo poczytac o zwierzatkach i ich zabojcach w specjalnym dodatku do gazety. O charakterach poszczegolnych bykow rozmawia sie niczym o pogodzie. Protestow ni widu, ni slychu.

Inne opcje to wizyta w cyrku, koncerty plenerowe albo podziwianie panoramy miasta z mlynskiego kola (po hiszpansku “noria”). Najfajniesze w tym wszystkim jest przygladanie sie ludziom: amerykanskim nastolatkom w klapkach (a czasem i bez), angielskim mlodziencom dogorywajacym bez koszulek na chodniku kolo smietnika, miejscowym damom w eleganckich wersjach bialego stroju…

No wlasnie, ciekawe czy mi sie plamy wywabia czy za rok znowu bede musiala polowac na biale dzinsy.