24 hours in July

18.30 – Spotykamy się na trzeciej plaży m.in. z znajomym, który przeprowadził się dla ukochanej do Finlandii.  Blond ukochana też jest obecna, podobnie jak 3-letni Jonas, który mówi i po fińsku, i po hiszpańsku. Rodzice mówią do siebie po hiszpańsku, a jeśli nie chcą, żeby dziecko rozumiało – po angielsku.

19.00-20.00 – Wypożyczamy 3 kajaki 1-osobowe i jeden 2-osobowy, w którym ląduję ja, bo sama to się co najwyżej kręcę w kajaku w kółko. Pływamy wśród zakotwiczonych w zatoce jachtów, dobijamy do wyspy św. Klary, na której jeszcze nigdy nie byłam (trwa odpływ, więc widać obrośnięty muszlami mur portu, po którym biegają niezliczone miniaturowe kraby), podziwiamy rzeźby Chillidy z nowej perspektywy. Mój niestrudzony towarzysz wymyśla nowy sport – pływanie w kamizelce ratunkowej i z wiosłem. Dużo nowych wrażeń, w dodatku przy akompaniamencie muzyki jazzowej dochodzącej z pałacowego ogrodu. Staram się nie myśleć o tym, że kiepsko pływam i że bolą mnie stawy biodrowe.

20.00-22.00 – Kąpiel w morzu o idealnej temperaturze – ani to bałtycka zamrażarka, ani śródziemnomorska zupa. Jabłkowe Magnum. Zaopatrywanie się w chipsy i inne przedkolacyjne śmieci – ja dzielnie obstaję przy torebeczce bakalii (w końcu już zgrzeszyłam przy Magnum), a fińskiemu dziecku wmawiamy, że zazdrościmy mu jego pełnoziarnistych paluszków z kminkiem. Dziecko odmawia jedzenia zdrowego gazpacho i serków krowy śmieszki, woli bawić się kulami do petanki, w którą chcieli grać dorośli. Chmury przy zachodzie słońca, jak zwykle na trzeciej plaży, niesamowite. Grać zaczynają późno, więc wracamy na rowerach do domu. Ru jest święty, że zaczekał, aż kupię sobie rower z własnej woli – teraz w kółko nimi gdzieś dojeżdżamy, co oznacza, że przez rok musiał korzystać z autobusów wyłącznie przez wzgląd na mnie.

22.15-00.00 – W “moim” garażu niespodzianka – auto na francuskich numerach. Z jego właścicielką mama Ru przyjaźni się od ponad 40 lat. Ru postanawia złożyć rodzicom wizytę – trudno powiedzieć, czy chce się wprosić na kolację, czy przywitać z przyjaciółką rodziny. Ja mam opory, ale przecież nie będę mu tego drugiego bronić. Zupa rybna, pogawędki w trzech językach. Jak zwykle tłumaczą mi na wszelki wypadek oczywistości, np. co to jest kawa zbożowa – w końcu, jakby nie było, czasami oczywistości (w rodzaju żółtej kaszanki) nie znam.

11.30-12.45 – Szykujemy się do spędzenia całego dnia na wyspie. Ru kupuje olejek do opalania w sprayu w przepięknej szarej tubie – jedyne… 25 euro. Ceny kosmetyków i leków są tutaj zabójcze. Na pociechę waga w aptece oznajmia mi, że mimo “tripita” ważę tyle co zwykle, a mierzę aż 4cm więcej. Hm… Ru robi tortillę z ziemniakami, która tu nazywa się de patata, a w całym kraju española – Baskowie niecierpią Hiszpanii do tego stopnia, że np. wykupują domeny .eu zmiast .es, bo dla nich to nie European Union tylko Euskadi (Kraj Basków). Ja przygotowuję sałatę z kozim serem, mamy też bagietkę, pasztet, banany i tomiszcze Bertranda Russela.

12.45-19.00 – Rowerami (z najlepszym kumplem Ru, Aizpuru) do portu, przeprawa w obie strony kosztuje 3,70 euro. Zostawiamy rzeczy na skałach i do wody. Panowie dopływają do innych skał i na nich siadają, ale mnie zniechęca do tego komentarz “Tylko uważaj na fakturę skał, bo łatwo sobie coś rozciąć o muszlę”. Na plaży tłumy (denerwują mnie niefeministycznie, a może i feministycznie, półnagie cycatki), ale w sercu wyspy całkiem łatwo o pusty stół piknikowy w zacienionym miejscu. Sjesta na ręcznikach – wyspa jest mocno górzysta, więc trzeba leżeć na pochyłości. Mewy drą się jak oszalałe – przykrywam twarz kapeluszem, żeby nic na niej nie wylądowało. Kolejne przenosiny i czas na Russela z plecami opartymi o gładką skalną ścianę, panowie tymczasem wymieniają się po baskijsku komentarzami na temat młodych amerykańskich turystek. Na koniec kąpiel, Aquarius z puszki i stanie w kolejce na nadbrzeżu – przed nami nastolatka zmieniała jedne bikini na drugie, może wieczorowe. W porcie idę do toalety, akurat mija nas parada z bębnami i do WC wpadają dwie panie z parady w pełnym rynsztunku. Dają pograć na bębenku chłopczykowi, który czeka z mamą na swoją kolej.

Advertisements

One Response to “24 hours in July”

  1. Lis Says:

    co tu dużo gadać, wspaniały jest ten blog!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: