Archive for October, 2013

TOP 10 COSMETICS

October 16, 2013

Would you agree that the problem with a typical serious beauty/fashion/travel/cookery blog is that those people seem to have much too much time (and money) on their hands? I truly admire Azjatycki Cukier, for instance, for her extensive knowledge of Asian cosmetics but buying four different carefully chosen products for my face alone (not to mention make-up) and applying them according to the rules of one of the many Japanese face massages will never be as tempting as another 15 minutes on Pudelek.

Isn´t it a better idea to get advice from complete sloths like me instead? If I say a cosmetic is a miracle it really is – normally I don’t even notice them. You can also bet that they are relativelly cheap, readily available (no online shopping for Korean samples necessary) and, most importantly, fuss free.

So, if you want a real blog, go to Azjatycki Cukier or Make Life Easier (or Make Life Harder for that matter). Or watch that video:

If you are still reading, though, here is my list of Top 10 Cosmetics 🙂

1. http://www.schwarzkopf-professional.com/skp/com/en/home/products/care/bc-bonacure/bc-volume-boost.html
Gives you volume from the 1970s plus the bottle lasts for ever.

2. http://ziaja.com/kosmetyki/1717,krem-nawilzajacy-z-kwasem-hialuronowym-30
Makes the lines around my mouth disppear, so how possibly could I give it up.

3. http://www.thebodyshop.co.uk/bath-body-care/body-moisturisers/coconut-body-butter.aspx
Expensive but does its job, gets absorbed really quickly and smells like heaven.

4. http://www.thebodyshop.co.uk/shop-by-range/cocoa-butter/cocoa-butter-lipcare-stick.aspx
Lasts for ever.

5. http://www.iwostin.pl/protective-emulsion-spf-50/
Other 50+ blocks give me unwanted geisha look – this one is light and moisturises as well as protects.

6. http://www.urbandecay.com/urban-decay/eye-makeup/24%2F7-glide-on-eye-pencil/122.html
Easy and shimmery. The brown one is universal.

7. http://www.drgoerg.com/en/products/virgin-coconut-oil
Organic and versatile: can be used as body lotion, hair conditioner, shaving cream… And you can eat it too 🙂

8. http://www.hawaiiantropic.es/lociones.php
I have SPF 30. Amazing smell and not oily at all.

9. http://www.sarinena.es/index.php/mod.directorios/mem.detalle/iddirectorio.71/relcategoria.358/relcategoriainicial.348/idmenu.1033/chk.9d1930a2546acd170735c8d8ef9e7549.html
Difficult to get, I suppose, but a wonderful hand moisturiser that fills the bathroom with its delicate natural smell.

And finally
10. http://www.oralb.com/products/satin-floss/
The one and only. Gets everywhere.

If you found the last product particularly boring, you can go to:
http://www.durex.co.uk/products/massage-gels/play-stimulating-massage/
:p

Advertisements

ŚCIEŻKOWANIE

October 14, 2013

W zeszla sobote nie musialam isc do pracy, bo swietowano odkrycie Ameryki. Ciekawe, czy indianie tez swietowali? “De las Americas” (+wariacje) to tutaj bardzo popularna nazwa ulicy/placu – zeby sie o tym przekonac, wystarczy przyjechac autobusem do Madrytu, bo dworzec miesci sie przy Avenida de America. Podobnie jest z Kolumbem, z tym ze po ichniemu to “Colon”, co angliscie kojarzy sie wylacznie z okreznica badz interpunkcja.

Gdyby zostawic mnie samej sobie, pewnie spedzilabym wolna sobote na obzeraniu sie przed komputerem, wiec moj rycerz postanowil wybawic mnie po baskijsku z opresji biorac w piatek wolne i wywozac do Aragonii na moje pierwsze spotkanie z Pirenejami.

Polnocna Hiszpanie, sami o tym nie wiedzac, znamy dobrze z obrazow i bajek. Wyrastalam w przekonaniu, ze podobne krajobrazy czy twarze to owoc wyobrazni autora – tutaj jednak sa stalym elementem terazniejszosci, ktora kwituje sie wzruszeniem ramion. Wezmy taki zbiornik retencyjny w Yesie – gigantyczne jezioro z goracymi zrodlami, dookola skaliste wzgorza przypominajace slonie nogi, na jednym ze wzgorz opuszczone kamienne miasto, a rownine przecina gigantyczny wiadukt. Ru nie spodziewal sie, ze bedzie to dla mnie jakakolwiek atrakcja. Przydarzylo mi sie cos podobnego kilkanascie lat temu, kiedy po raz pierwszy pojechalam do Wielkiej Brytanii i uswiadomilam sobie, ze smieszne nazwy w rodzaju “Burned Ash Hill” to nie dowod geniuszu panow z Monty Pythona, tylko tlumaczona na polski, uboga morfologicznie angielszczyzna.

Pierwszy przystanek w “Hace”. Miejscowosc Jaca to cos w rodzaju Zakopanego – punkt wypadowy dla narciarzy, gdzie co drugi przedstawiciel klasy sredniej zdaje sie posiadac weekendowe mieszkanie. Smutno patrzec na te wielkie opustoszale osiedla, na ktorych 95% okien ma spuszczone zaluzje przeciwwlamaniowe. Piatek, pazdziernik, siesta – wszystko pozamykane, katedra w remoncie. Nie przyjechalismy jednak na zwiedzanie, tylko do Mercadony – to najwieksza hiszpanska siec supermarketow, ktora w mojej prowincji (gdzie jest nieobecna) obrosla legenda niczym Aldi w Polsce lat 80-tych. Rzeczywiscie: tanio, ciekawsze produkty (hummus! chleb zytni!), no i te slynne mercadonskie kosmetyki – jakosc Body Shopu plus ceny z Rossmanna (w kraju, w ktorym Rossmanna nie ma i byle krem do twarzy kosztuje 16 zlotych). Skusilam sie na puszke balasamu z olejkiem arganowym i roll-on z jedwabiem za 1 euro. Chyba zeby mnie troche udobruchac przed weekendem w dziczy, Ru zabral mnie tez do El Rincon de la Catedral – slicznej knajpki naprzeciwko slynnej romanskiej katedry. Ujela mnie wystrojem (bielone deski) i sezonowym jesiennym menu – bylam po obiedzie (w sloneczku na lawce przed supermarketem), wiec na zupe z kasztanow przyjdzie mi z rok poczekac, ale wpalaszowalam z ochota krokiecik z borowikiem. W Jace maja tez gigantyczne kryte lodowisko i ryczace jelenie w fosie cytadeli. Uwaga – centrum handlowe zamykaja na czas siesty! Zeby zaopatrzec sie w lampke-czolowke, sami tez ucielismy sobie drzemke. Chyba nigdy w zyciu nie bylam w tak pustym hipermarkecie.

Popoludniu (mijajac Viu i Fragen) serpentynami do Torli
Ordesa 11-13 oct 2013 002
– uroczego miasteczka z kamiennymi domkami, waskimi uliczkami, kwiatkami w oknach i wielkimi gorami w tle (wiec trzeba juz bylo przywdziac puchowke). “Torla” – to brzmi jak jakies coolaste imie z Ronji, corki zbojnika – mam nadzieje, ze Hiszpanom tez sie dobrze kojarzy, bo np. “roña” to po hiszpansku “rdza” 😦 Z miejscowego sklepiku z rzemioslem artystycznym wynioslabym polowe towarow – dzwonki-serduszka, ceramike na przyprawy, tryptyki z suszonych kwiatow… Stanelo na mydelku za 2,5 euro, ktore ma mi przypominac Torle podczas kazdego mycia 🙂 Przy okazji okazalo sie, ze Ru tez kreci naiwna wizja wyrabiania wlasnych mydelek itp., wiec moze nareszcie pojade na WWOOF-a.

Celem naszej podrozy byl Park Narodowy Ordesa, do ktorego podjechalismy przed zmrokiem, zeby nabrac wody na parkingu, po czym zjechalismy z powrotem w strone Torli, bo na terenie parku mozna nocowac jedynie powyzej 2500 m.n.p.m. (ha ha ha). Ru byl juz tam wiele razy, wiec mial obcykany przydrozny parking nad rzecznym wawozem z widokiem na droge wspinaczkowa Orgullo Gay (“The Proud Gay”) otwarta przez znajomego o imieniu Unai. Woda z butelek, swiatlo z czolowki, toaleta courtesy of sciezka do pustelni sw. Antoniego i wilgotnych chusteczek dla niemowlat Dodot. W menu makaron z grzybami w sosie smietanowym spozywany pod gwiazdami w rekawiczkach Black Diamond. Zasade wyjazdowa mamy taka, ze to Ru gotuje, myje naczynia, rozklada poslanie w aucie itp., bo ja mam sie czuc rozpieszczana, zeby lepiej znosic niewygody w rodzaju przebierania sie w polarowa pizame w temperaturze 5ºC. W nocy musialo byc zreszta mniej, bo przednia szyba zamarzla nam od srodka, auto nie chcialo zapalic, a ja musialam do puchowego spiwora wsadzic dodatkowo puchowke, o dresie i welnianych skarpetkach nie wspominajac, chociaz nawet na skalnych polkach Siurany sypialam w grudniu-styczniu polnaga.

Spalismy w furgonetce. Tata Ru jest (od niedawna emerytowanym) nauczycielem ZPT, wiec przy pomocy specjalnie przycietych plyt wiorowych, tylne siedzenia i bagaznik przerabia sie na lozeczko 🙂 Mozna tez zamiast tylnych siedzen zamontowac skrzynie (jedna na prowiant, druga na ubrania) – a miedzy skrzyniami stolik i voila, jest jadalnia – ale my siedzenia mielismy, bo w niedziele odbieralismy mame Ru z Pamplony.

Ordesa 11-13 oct 2013 009

W sobote rano posililam sie szprotkami w oleju, goracym mlekiem z owsa i “torta de anis” (zaden tort, wygooglajcie), po przygodach z autem podjechalismy w koncu na gore i o 10.20 wyruszylismy na szlak. Droga do wodospadu Cola de Caballo (“konski ogon”) ma bardzo lagodne podejscie, wiec towarzyszyl nam tlum emerytow z kijkami, a nawet rodziny z kilkuletnimi dziecmi (ktorych osobiscie nie zabieralabym na 7-godzinny spacer, ale…). Zaobserwowalam u siebie ciekawy krytycym – irytowali mnie zarowno ludzie z bardzo drogim profesjonalnym sprzetem (“mysli, ze idzie na Mont Blanc, czy co”), jak i (zaskakujaco nieliczne) ofiary losu bez map i w tenisowkach.

Po drodze piekny las (ktory mi wydawal sie zupelnie normalny, za to stanowi atrakcje dla Ru), duzo wodospadow z turkusowa woda, a nad nami te charakterystyczne dla Hiszpanii warstwy gorskie: pomiedzy ciemnym pasem lasu, a groszkowymi halami i szaroscia skalnych szczytow, egzotyczne dla mnie, wyerodowane pionowe czerwone piaskowce a la kanion Kolorado, dzieki ktorym Hiszpania jest mekka europejskich wspinaczy skalkowych.
Ordesa 11-13 oct 2013 093
Jeszcze jedna rzecz jest egzotyczna – krowy. Nie dosc, ze kremowe (a nie czarno-biale), to jeszcze pasa sie na wysokosci 1700 metrow. No i 1700 metrow to tutaj dno gigantycznej doliny – dla porownania, Ornak w duzo mniejszej Koscieliskiej znajduje sie na wysokosci 1100 m.

Ordesa 11-13 oct 2013 070

Na koncu doliny czekalo na nas idealne miejsce na lunch – glazy pod Cola de Caballo. Mialam szczescie, bo w kaskadzie bylo na tyle malo wody, ze slicznie przeswitywala skalna sciana – zdawalo sie, ze to animacja komputerowa, a nie prawdziwy wodospad.
Ordesa 11-13 oct 2013 069
Twardziele ida dalej, np. na Monte Perdido (“zagubiona gore”, 3355m, trzecia co do wielkosci w Pirenejach), wiekszosc wraca te sama droga, a my po tradycyjnym baskijskim biwaku (szynka, ser, chleb, wszystko osobno – Baskowie nie robia kanapek, nie boja sie brudnych rak) wspielismy sie zaskakujaca niestroma sciezka nad linie lasu
Ordesa 11-13 oct 2013 157
i ruszylismy w droge powrotna (wsrod szarotek i dziewiecsilow) wzdluz Senda de Cazadores (“sciezka mysliwych”). “Hiking” to po hiszpansku wlasnie “senderismo”.

Wszyscy przestrzegali mnie przed pomyslem Ru – normalnie ludzie wspinaja sie na sciezke z parkingu, a wracaja dnem doliny. Straszyli mnie, ze zejscie jest bardzo strome – ze to nie “bajada” (zejscie) tylko “bajadon” (uwielbiam to, ze w hiszpanskim tez mozna z “torby” zrobic “torbiszcze”). Ale uznalam, ze po Siuranie Ru wie, od czego dostaje lekkiej histerii (od waskich kutych stopni w pustce bez podparcia i gladkich skal, na ktorych trzeba wierzyc w przyczepnosc podeszw swoich drogich butow), wiec postanwilam mu zaufac. Dopisala tez pogoda – z deszczem czy sniegiem wymieklabym na gruzowiskach. A tak, chociaz parking wyglada z punktu widokowego jak z lotu ptaka (schodzi sie godzine 40 minut)
Ordesa 11-13 oct 2013 147
Ordesa 11-13 oct 2013 139
a ostatni odcinek pokonywalismy jedynie w swietle czolowki (i zupelnie sami), ciagnieta za reke, poradzilam sobie zupelnie niezle i tylko nabawilam sie czegos w rodzaju krwiaka pod paznokciem, ale bolal podczas zejscia tyle co wysokie obcasy. Zero odciskow czy zakwasow, humor powyzej normy. W aucie o 20.20.

Ru troche przemarzl, bo nie wzial zimowych ubran, wiec na kolacje pojechalismy ogrzac sie do 4-gwiazdkowego hotelu na przedmiesciach Torli – do hotelu, bo blizej, szybciej (nie trzeba bylo chodzic od knajpki do knajpki i sprawdzac, gdzie jest miejsce) i duza liczba biesadnikow (w tym Rosjanie) zdawala sie potwierdzac wysoka jakosc menu dnia, na ktore skladala sie gotowana soczewica, jagniecina z frytkami, tarta de tres chocolates, herbatka lipowa i heineken. W lazience nie bylo cieplej wody (w Hiszpanii norma), wiec nie umylam sie metoda “na butelke” wyprobowana w Cornudelli, ale w zimnie bakterie nie rozmnazaja sie tak szybko, wiec nie skorzystalam nawet z propozycji Ru, ze zagrzeje mi wode na parkingu i zasloni recznikiem. Na przyszly raz opracowuje jednak metode “na spryskiwacz do kwiatow” 😉

W niedziele podjechalismy droga szrutowa do schroniska San Nicolas de Bujaruelo (land rovery wyprzedzaly nas chamsko obsypujac pylem) na “lajtowy” 4h spacer do “szkockiej” z wygladu doliny Otal – turystow duzo, duzo mniej, za to wiecej krow, a wszedzie cos jakby jarzebiny, glogi i… krokusy. I juz trzeba bylo wracac do domu (via babcia w Pamplonie) – a ja musze przestac pisac, bo te wypociny zabraly mi 2 godzny!
Ordesa 11-13 oct 2013 166

10 odkryc muzycznych

October 4, 2013

Dzieki Spotify odgrzebuje i wygrzebuje. Oto probka – mainstreamowa, ale jak ktos bedzie zainteresowany, to wrzuce tez z muzyki klasycznej.

1. Jack Nicholson zawsze gra tak samo, ale w “Inflitracji” ma fajne wejscie. Bardziej jednak warto obejrzec oryginal, czyli chinskie “Infernal Affairs”:

2. EITB irratia rules:

3. Bardzo sie ciesze, ze dorastalam w czasach wyciagnietych swetrow i wielkich buciorow – mam nawet grupowe zdjecie moich kolezanek na przerwie, bo mama nie wierzyla, ze wszystkie tak mamy. Dawno temu, kiedy panie mogly byc lyse i wyluzowane.

4. Kto by pomyslam, ze spodoba mi sie cos Alice Coopera:

5. Swietne disco a la 80s i jak ona sie rusza:

6. Zazwyczaj mnie denerwuja te wszystkie ChillOutZety (przerabianie “Zombie” Cranberries na bossanove kojarzy mi sie z wypocinami w stylu “Obywatelki Malgorzaty”), ale to jest akurat lepsze od oryginalu:

7. I to tez. Duzo lepsze. Anggun, New York Herald Tribune i zona lotnika 🙂

8. Jak po tym nie bedziecie mieli dosc, to jest jeszcze “Toys” Bee Geesow i single Dona Johnsona

9. Gdyby Moroder zmiksowal, to bym sie chetnie wybrala do Areny 😉

10. Mirinda, kasaty i Pijanowski:

VAYA SEMANITA

October 4, 2013

Rozne mi sie glupotki uzbieraly, piatek mam wyjatkowo wolny, wiec siadam sprawdzic, czy uda mi sie skomponowac cos sensownego, zanim brak polskich czcionek doprowadzi mnie do tanca z piankowym paluchem (jesli nie rozumiecie aluzji, google wygoogla i to – sprawdzilam). Przy okazji pozdrawiam wszystkich Amerykanow, ktorzy po ostatnim poscie zasubskrybowali mojego bloga, chociaz jest po polsku – wiwat boty!

Na poczatek, poprosze o rade. Czy lepiej a) zamykac drzwi lazienki, pozostawiajac ja na pastwe baskijskiej wilgoci, od ktorej nie schna reczniki, a na glazure wylega czerwonawy grzybiczny piaseczek? b) czy moze lepiej pozostawiac drzwi otwarte, przez co lazienka bedzie zawsze brudna, bo cudzy kot chetnie pozostawi swoje klaki, zwirki i inne paskudztwa nawet w umywalce, o wannie nie wspominajac?

Kot jest, nawiasem mowiac, bardzo fajny. Jako ze przebywam w domu wiecej niz inni domownicy, przekabacilam go kompletnie i zamiast reagowac na swoje imie (“Miau”), przychodzi tylko na moje “Piti, piti”. Poza tym (juz abstrahujac od mojego egocentryzmu) nie wchodzi na stoly i blaty, a obgryza wylacznie dywan, ktory zreszta nie jest moj. Miau zostal znaleziony w gorach jako porzucone kocie, nie daje sie brac na rece i uwielbia chlod marmurowego balkonu.

Chlodu tu rzadko doswiadcza, bo w tym tygodniu mamy 25 stopni. Bardzo sie przyjemnie z taka temperatura zyje, nawet deszcz nie przeszkadza i to, ze Baskowie zamiast siedziec w przytulnej knajpce, wola stac na dworze z kieliszkami i kuflami odstawionymi na najblizsze auto. Staram sie nie szlajac, ale ostatnio kolega z kolezanka sie pobrali i zostalismy zaproszeni na after-wesele, czy jak to okreslic. W Krainie Deszczowcow (podobnie jak w Polsce, ale ja w takiej Polsce rzadko bywam) wesele znajomych oznacza nowa kreacje i 150 euro w kopercie, wiec zeby oszczedzic kolegom takich wydatkow, Iago i Tamara (Iago to jest Kuba, wiedzieliscie? Santiago, ha ha) urzadzili wesele-lunch dla rodziny, a na wieczor wynajeli bar i fundneli kazdemu po cztery drinki. Panie i tak przyszly w kreacjach, ale wielu panow z wdziecznoscia pozostalo w podkoszulkach (na szczescie nie Ru). Wyszlismy o drugiej, kiedy “Cosmic Girl”, Daft Punk i “Like a Prayer” zastapilo samba-disco.

W listopadzie wybieramy sie za to na prawdziwe wesele, chociaz troche nietypowe, bo niemiecko-angielsko-baskijskie. Juz trenuje, ogladajac “Arte”. Przyszli malzonkowie maja juz potomka, co podobno jest tu norma – moja 27-letnia wspollokatorka dziwi sie wrecz, jak mozna inaczej. No coz, moze to i praktyczne – pewnie sporo zwiazkow rozpada sie przez nieplodonosc, zabkowanie czy inne podejscie do rodzicielstwa. Inna tendencje ilustruje fakt, ze 33-letnia panna mloda byla najmlodsza mama w szkole rodzenia – ale moze to tak tylko w SanSe, gdzie zyja bogacze, a klasa pracujaca dojezdza z ichnich Mosin.

Fascynujace jest to, ze ruch odbywa sie i w druga strone – ludzie z SanSe jezdza do Mosin. Kazdy doskonale wie, kiedy ktore miasteczko ma swoja “fiesta patronal”, czyli inaczej mowiac, gdzie sie upic w przyszly weekend. To tak, jakby Lubon czy Czempin sciagal tlumy w Andrzejki, bo najstarszy miejscowy kosciol jest pod wezwaniem sw. Adrzeja. Pielgrzymkuje sie tez do poszczegolnych dzielnic miasta. Program wieczoru: bar crawl, ewentualnie picie wina z PETow siedzac na murku i moze jakis koncert rockowy. Miejscowi nie rozumieja, dlaczego my sie tak nie bawimy – argument, ze za drogo lub ze za zimno, jest zbyt abstrakcyjny dla narodu, ktory ubiera sie wylacznie w ciuchy Quicksilver i nie boi sie nie trzymac rzeczy w lodowce.

Za to boja sie jesc kasze i niemiecki chleb razowy z paczki ;p