SANTO TOMAS

Bardzo sie dzis ciesze, bo udalo mi sie przezyc moje drugie w zyciu Santo Tomas (to-MAS). Ciesza sie dzis zreszta wszyscy, bo swieto (ktore nie jest dniem wolnym od pracy) wypadlo w sobote i w dodatku wyjatkowa nie lalo.

Nie zrozumcie mnie zle, w porownaniu z San Fermines to maly pikus. Poza tym prawie kazdy ma na sobie bardzo twarzowy stroj ludowy (dzieci prezentuja sie przeslodko), na glownych placach miasta staja stragany z wiejskimi przysmakami, a w powietrzu unosi sie smakowita won tradycyjnego tomaszowego przysmaku – smazonej kielbaski zwanej “chistorra”. Mozna tez wygrac 340-kilowa swinie albo przynajmniej obejrzec ja sobie w kojcu na Starym Miescie.

Nie podoba mi sie jednak to, ze kazde tutejsze swieto sprowadza sie do popijawy i syfu. Moze po prostu nie pamietam za dobrze, jak to jest na Jarmarku Dominikanskim czy Dniach Lubonia, ale oprocz straganow zawsze sa chyba organizowane jakies koncerty i pokazy, a ludzie nie zostawiaja po sobie tyle smieci. Tutaj wszystko rzuca sie po prostu na ziemie (a w barach na podloge), a puste butelki odstawia na najblizsze auto. W Polsce obowiazuje tez zakaz spozywania alkoholu w miejscach publicznych – tutaj pije sie prawie WYLACZNIE na ulicy, nierzadko cos zakupionego po prostu w pobliskim sklepie, a poblazliwe traktowanie tych wszystkich pietnastolatkow mijajacych cie z poltoralitrowymi plastkowymi butelkami pelnymi najtanszego czerwonego wina zmieszanego z cola napawa mnie smutkiem.

Na szczescie moi towarzysze okazali sie byc tolerancyjni i ani nie zachecali mnie do picia, ani nie obrazali sie, ze nie dokladam sie do wspolnej kasy (a to 10, a to 20 euro), ani nie namawiali mnie na pozostanie w centrum “zaledwie” po siedmiu godzinach, prawie wylacznie na stojaco i w siedmiu stopniach. Fajnie bylo poogladac sobie to wszystko i troche pobyc z ludzmi, ale jakze milo wracalo mi sie o 18.30 do domu, ze swiadomoscia, ze w mojej dzielnicy chodnik sie nie klei i czeka na mnie Marina Lewycka i zupa jarzynowo-grzybowa. Reszta do domu wroci pewnie po polnocy i bedzie to nazywac “impreza light”.

Z ciekawostek zapisze jeszcze, co przez te siedem godzin spozylam ja, a co moj luby:

Ja: “marianito” (popularny tutaj drink z wermutu i ginu), 15-centymetrowa (pol porcji!) ciepla bagietka z serem kozim, grzybami i cukinia, piwo, kilka frytek i skrawkow jagnieciny, kawalek “ciasta baskijskiego” (z cukierni, ktora zwyciezyla w tym roku konkurs na najlepsze w regionie),  filizanka bulionu (zimno mi bylo), kawa z mlekiem (dalej zimno).

Luby: 15-centymetrowa bagietka jak wyzej, mala porcja frytek i skrawkow jagnieciny, kawalek “ciasta baskijskiego” dwa “marianito”, pol ginu z tonikiem, niezliczone dolewki cydru i bialego wina.

Ale Amiszka ze mnie.

Wersja slodko-rodzinna: http://www.youtube.com/watch?v=iucN7Tq6SNY

Wersja mlodziezowa: http://www.youtube.com/watch?v=XRHn6IvEfG8

PS. W glosniku, zupelnie przypadkowo, Hiszpan Tomás Luis de Victoria.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: