ZUPA (Z NIEMIECKIM AKCENTEM)

Jak co roku w lutym na drzewach pojawiaja sie mandarynki oraz kwitna bratki i magnolie (mamy tutaj co najmniej trzy aleje magnoliowe).

W sobote umowilam sie z kilkorgiem znajomych na “herbate”, ktora przedluzyla sie do kolacji. Ru byl bardzo zadziwiony, ze chce spotkac sie na raz z kilkoma osobami, ktore sie za dobrze nie znaja, nawet jak juz skojarzyl (po prezentach), ze to z okazji moich urodzin! Stawily sie: Wloszka Cristina (i jej baskijski chlopak Iker), Niemka Lisa (i jej baskijski maz Eky) i Szwedka Thereze – Angielka Carmen i Wegierka Johanna niestety nie dotarly. Ze wzgledu na malego Ibaia (wychowywanego w czterech jezykach) oraz (rewelacja) obecnosc stolow i krzesel, wybralam bar, na ktory ja mowie ” ten bialy bar, gdzie bylismy w karnawale”, bo nie jestem w stanie zapamietac nazwy… no wlasnie, co to bylo? Przed chwila sprawdzalam na Google Maps! No to jeszcze raz – aha, Txandorra.

Musialam byc bardzo podekscytowana milym towarzystwem, prezentami, przekaskami i godzinnym oczekiwaniem na papryke z wolowym ogonem, bo dopiero, kiedy zauwazono, ze dygocze, dotarlo do mnie, ze siedze w zimnie i przeciagu 🙂 Oprocz Bardzo Powaznej Ksiazki Wloskiego Autora (juz zagladalam i jest tak poetycka, ze nic nie kumam, i to nie przez braki w hiszpanskim) dostalam kominek do olejkow z Body Shopu, w ktorym zamierzam podrzewac suszone wlasnorecznie skorki mandarynki – taki eksperyment.

W poniedzialek z kolei zaprosilam na wieczor cala rodzine Ru: mieszkajacych z nami Alberta i Eider oraz rodzicow, Pedra i Asun (Asun = Maria Asuncion, tak jak Mariaje = Maria Jesus – klasyczne imiona dla pan po 50tce). Z poczatku planowalam dipy z surowymi warzywami i curry, ale potem stwierdzilam, ze dla Baskow to wszystko troche zbyt egzotyczne, wiec Ru doradzil mi klopsiki z ryby “rape” i “langostinos” w sosie szafranowym, a na pierwsze danie zupe rybna. W sklepie (nie byl to moj pierwszy sklep rybny, ale pierwszy, w ktorym niektore rzeczy na ladzie sie ruszaly, i to nie za szybka akwarium) nie mieli “rape”, a “langostinos” porazily mnie cena 30 euro za kilo, ale sprzedawczynie polecily mi na zupe mniejsza wersje “rape” o nazwie “sapo” (koniecznie wygooglujcie zdjecia obu tych paskudztw), a zamiast pulpetow, wysokiej jakosci swiezutkiego dorsza atlantyckiego (“bacalao”).

Przez te zupe troche sie zdenerwowalam. Tzn. zdenerwowalam sie, bo sie pewnie stresowalam gotowaniem, ale przynajmniej poczynilam nowe obserwacje. Roznice kulturowe maja juz to do siebie, ze zaskakuja – np. w Polsce “wakacje” kojarza sie zazwyczaj z plaza (Tunezja, Egipt), ewentualnie zwiedzaniem jakiegos miasta (Barcelona, Londyn), podczas gdy wsrod Baskow z klasy (nizszej) sredniej idealem jest zwiedzanie pomnikow przyrody, czyli trzy tygodnie we wlasnej furgonetce na kempingach Szwajcarii albo w furgonetce wynajetej w Australii. Coz, zapewne w ten sposob daje sie unikac tych okropnych zagranicznych potraw! 😉

Wydawac by sie moglo, ze to cos uniwersalnego – zupa to mieszanka warzyw, najczesciej z dodatkiem miesa, ktore podgrzewac nalezy jak najdelikatniej, zeby wydobyc z niego jak najwiecej smaku. Tymczasem tutaj wyglada to tak – gotujemy w szybkowarze kilogram porow albo ogorecznika, a potem, po odcedzeniu jarzyn…  jemy te goraca, niedoprawiona wode! Jako zupe! 

Osobiscie kojarzy mi sie to z czasem wojny i glodu.

Podczas gotowania “mojej” zupy, Ru doprowadzil mnie wiec niemal do szalu swoimi pytaniami i komentarzami:

– A co ty tam wsypalas?  Pietruszka zabije smak ryby!

– Zupa z gotowana marchewka?!

– A ile to sie jeszcze bedzie gotowac?

To ostatnie pytanie zostalo mi zadane z cztery razy – aaaaargh! Myslalam, ze wzielo sie z tego, ze Ru nie zna sie na gotowaniu zup i domaga sie “czasu z przepisu”, zeby dokladnie po 25 minutach zgasic gaz pod garnkiem. Ale potem o tym, jak dlugo gotowala sie zupa, dowiedzial sie jego tata – kucharz doswiadczony – i wydawal sie byc w szoku. Okazalo sie, ze on by te wszystkie szkielety i resztki, ktore dostalam gratis w rybnym, gotowalby gora 10 minut!

Na szczescie wszystko ponoc smakowalo.

Tak wygladala przystawka:

2014-02-17 21.21.54

A tak prezentowaly sie wszystkie moje prezenty: 

2014-02-17 21.22.29

Al i Ei kupili mi (nie wiedzac o tym) moje trzy ulubione herbaty: japonska zielona, roiboosa i czarna z indyjskimi przyprawami. Nastepnego dnia pojechalam na rowerze do tego samego sklepiku (swiecilo slonce i czulam sie bardzo francusko) kupic sobie stosownej wielkosci kubek z zaparzaczem-kulka:

Mug Montorcier 26

Herbaty trzymam w sypialni, bo pokoj cudownie nimi pachnie – na pewno jeszcze wiec wroce do tego miejsca, ktore od dawna kusilo mnie swoja wystawa:

http://gourmet12.blogspot.com.es/

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: