Archive for March, 2014

TWORCZOSC POKONFERENCYJNA

March 23, 2014

W ramach prezentowania pomyslow z konfy na naszej wewnetrznej konfie stworzylam te oto dwa cuda (przy pierwszym musicie stworzyc konto, ale jesli uczycie, to moze warto):

http://www.zimmertwins.com/node/1450919

http://www.grapheine.com/bombaytv/studio-en-b8141495a3f7aeaefb60ec5f1e3c4f11.html

Advertisements

WARZYWA DLA OPORNYCH

March 23, 2014

Nareszcie zaczelam wyprobowywac przepisy z ksiazki Mayim – oczywiscie eksperymentujac, bo zawsze jestem na bakier z miarami (zwlaszcza amerykanskimi) i nie mam zamiaru kupowac “nektaru z agawy” skoro mam melase.

 

1. WARZYWKA DLA KOGOS, KTO JEST WEGE, ALE TESKNI ZA CZYMS W RODZAJU MIELONEGO MIESA:

Podgrzewamy na oliwie rozne wloskie ziola, czosnek w proszku, co kto lubi. Pokrojone drobno marchew, cebule i seler naciowy (np. po szklance) podsmazamy do miekkosci (8 minut). Dodajemy soczewice z puszki i groszek mrozony (proporcje dowolne), czekamy az beda rownie cieple co smazenina, doprawiamy np. musztarda i odrobinka sosu sojowego, smazymy jeszcze kilka minut. Podajemy z puree ziemniaczanym albo spaghetti. Zakladam, e fajnie sie to cos mrozi – sprawdze to jutro.

 

2. WARZYWKA DLA ZNUDZONYCH SMAZENIEM LUB ZWYKLYM PIECZENIEM W FOLII

Cukinia podduszona na oliwie z oliwek (i dodana do jajecznicy) albo po prostu upieczona w folii aluminiowej moze sie znudzic, ewentualnie trudno do niej przekonac przecietnego miesozerce. Pieczemy wiec 0,5mm plasterki w panierce (maczamy w mleku lub niemleku a potem w panierce) z bulki tartej i roznych przypraw (bazylia, czarny pieprz, oregano, sol gruboziarnista). Jesli macie odpowiednio mocny piekarnik (ja nie mam), sprobojcie zrobic z cukinii chipsy – przepis ten sam, ale plasterki kladziemy na kratce (tacka z pergaminem ponizej) i pieczemu 30min w 200 stopniach.

 

3. SZPINAK DLA OPORNYCH

Swiezy, zmiksowany na zimno z karczochami z puszki i odrobina musztardy – konsumowany jako smarowidlo do chleba. Po szpinaku nie ma ani sladu, moze sie nie kapna.

 

 

ZWYKLY CZWARTEK

March 14, 2014

Ru budzi mnie alarmem o 7.15, ale do 7.50 moge udawac, ze spie (najchetniej wstaje dopiero, kiedy wszyscy wyjda, zeby nie zawadzac nikomu w malej kuchni). Szykuje sobie smoothie z polowki awokado, banana, mielonych pestek, rodzynek i niemleka, i wracam z tabletem do lozka sprawdzic wszystkie moje konta mailowe, pogode i Pudelka (za kazdym razem dziekuje losowi za te mozliwosc – nie ma to jak powolne sniadanie).

Tuz przed dziewiata rowerem do pracy (w tym tygodniu cud, nie padalo), jedzie sie jakies 12 minut po sciezce rowerowej. Dzieci chodza tu na dziewiata do szkoly, wiec widac sporo rodzicow odwozacych pociechy na rowerach czy skuterach wlasnie. Ciesze oczy roznorodnoscia kulturowa – wprawdzie poszczegolne grupy nie mieszaja sie ze soba, jak to bywa np. w Szwecji (co smutne), ale sa i Indianie z Boliwii i Peru, i Rosjanie, i Chinczycy, i panie z zakrytymi glowami, murzyni z dwoch kontynentow i francuscy turysci.

Czekajac na uczniow sprawdzam prace innych grup – ostatnio sie wycwanilam i robie to nawet czasem w srodku lekcji, kiedy moi podopieczni zajeci sa przez kilka minut cwiczeniem gramatycznym. Wszyscy koledzy z pracy w kolko mi tu powtarzaja, ze nie zarabiamy na tyle duzo, zeby spedzac w pracy nie wiadomo ile czasu – z jednej strony rozumie te postawe, ale z drugiej moze po prostu jest tak, ze mozemy sobie na ten tumiwisizm pozwolic, bo tak naprawde nie robimy nic az tak waznego, odpowiedzialnego czy stresujacego. Moi wspollokatorzy to dopiero maja stresujace zawody – jesli popelnia blad, firma moze stracic kontrakt na grube tysiace! A mi nawet (odpukac) nastolatki nie wchodza w tym roku na glowe – jak najmniej ich strofuje, moze to dziala? Ostatnio duzo robia sami (karty, plakaty) i zamiast narzekac, siedza nad tym po 20-30 minut przegapiajac koniec lekcji. Oby jeszcze cos z tego wynosili.

Moja poranna grupa jest dziwna – tylko trzech uczniow, z czego nierzadko pojawia sie tylko jeden i to z 25-min opoznieniem. Do tego nie odrabiaja prac domowych. Trudno w takich warunkach przerabiac podrecznik w normalnym rytmie, ale przynajmniej moge ich podreczyc przed komputerem, uczac poprawiania bledow. Biedactwa w wiekszosci nadal szukaja poprawek we wlasnych glowach zamiast korzystac ze slownikow (wspomagajac sie prostym ctrl+f), googlania (ograniczonego site:.uk) czy British National Corpus.

Pod koniec lekcji wpada szef szefow poinformowac mnie o nowym grafiku. Pozniej sprawdzam wersje online i ta mowi cos innego. Coz, mam nadzieje, ze szef oswieci mnie do wtorku, czy mam sie stawic na dyzur przed sroga Della w Morazie czy Filifionka Michel w San Bartolome.

Pedem do domu zrobic zakupy przed finalem ostatniego sezonu “Desperate Houswives”. Tak, przyznaje sie – przez jakies ostatnie dwa miesiace staralam sie obejrzec dwa podwojne odcinki tygodniowo. Serial jest oczywiscie przerysowany, zeby cos sie dzialo – w kazdym sezonie ktos zostaje zamordowany, a co najmniej trzech bohaterow odkrywa, ze ma dziecko splodzone w mlodosci – ale ladnie porusza wiele zupelnie zwyczajnych problemow np. jak radzic sobie z rozwodem czy zaloba. Mam jednak nadzieje, ze w przyszly wtorek nie wlacze telewizora, zeby zobaczyc, co puszczaja w zamian, bo chce w koncu zaczac poradnie gotowac, a nie tylko odgrzewac soczewice.

O pierwszej znowu do pracy, wiec lunch jem wczesnie, o dwunastej. Na szczescie zdrowy lunch wolno uwalnia cukry i do kolacji o 21.30 potrzebuje tylko jednej malej przekaski. Najpierw 1,5 godziny w dusznym akwarium z milymi paniami (co poczac z uczennica, ktora ktos wsadzil mi na poziom C1.1, chociaz nadal robi przerazajace bledy w ordzaju “this problems”?), potem przerwa (powinnam wychodzic na spacer, ale zwykle zalegam przed kvellerem), a potem maraton od 16.30 do 21.00. Czasami do toalety chodze wylacznie w domu, wiec mozecie sobie wyobrazic, jaka jestem na tych lekcjach skoncentrowana!

Moi uczniowie z grup przygotowawczych do marcowego CAE to glownie studenci-zombie – przychodza, cos tam wydukaja, ale juz zeby napisac wypracowanie (ze slownikiem), poprawic podkreslone bledy czy odpowiedziec mi mailem z “dziekuje” na maila… Oczywiscie wielu z nich i tak zda CAE (a jak nie zda, to dostana kolejne FC), ale czy nie lepiej zdac na 75% i naprawde cos umiec, a nie tylko przesliznac sie z 63%? Wiem, ze nie maja czasu, ale na co im w ogole teraz ten angielski – nie lepiej uczyc sie pozniej, z wieksza motywacja, bo klienci dzwonia i nadsylaja umowy? W koncu tutaj czas na rodzine i dzieci przychodzi grubo po 30tce, a nie zaraz po studiach.

Do domu rowerem, rower do garazu. jadamy ostatnio w salonie ogladajac baskijski dziennik (na moja prosbe po hiszpansku). Na stole zawsze kroluje karafka z woda i chleb. Dzis oprocz salaty, zolta kaszanka, tradycyjny przysmak z Navarry – zamiast krwi do ryzu dodaje sie jajko. Zjadam kilka plasterkow w odruchu “bo trzeba skonczyc opakowanie”, za co wpisuje sobie w kalendarz Chodakowskiej 3 punkty na 5 z diety.

To ostatni taki czwartek, od wtorku mam nowy plan – rano dyzur (zastepstwa last minute), za to wieczorem juz o 19.30 do domu. To dlatego wlasnie moge zaczac uczyc sie na nowo szwedzkiego – ale nauczycielka przelozyla pierwsza lekcje, wiec juz sie lamie, ze na co mi to, ze potrzebny mi hiszpanski – tyle slow znam tylko ze slyszenia i nadal nie jestem w stanie czytac miejscowego Scientific American. Ru mowi, ze musze cos robic dla siebie, a nie tylko wszystko z obowiazku, ale problem w tym, ze od obowiazkow, ktore zaleza tylko ode mnie (patrz sport) wymiguje sie, jak moge. 

WIOSNA W MADRYCIE

March 10, 2014

Moje wizyty w Madrycie sa zawsze nieco dziwne.

Za pierwszym razem (listopad 2011) przyjechalam tylko na jakies 18 godzin (nie liczac 12 godzin podrozy), z czego ze 2-3 godziny spedzilam w Prado. W dodatku nie mam z tego pobytu zadnych zdjec.

Za drugim razem (czerwiec 2012) noclegi byly juz dwa, sporo ciekawych zdjec i znow 2-3 godziny w Prado. Ach, “We found love” Rihanny o 2 w nocy na Gran Vii przy jakichs 25 stopniach… Dziwne byly jednak ulickie madryce, tfu, madryckie ulice, bo trwal Gay Pride Week – nigdy wczesniej nie widzialam tylu mezczyzn w dziale akcesoriow H&M 🙂 (zwlaszcza tylu w skorzanych spodniach). Nigdy wczesniej nie spedzilam tez chyba tyle czasu w slomkowym kapeluszu.

Tym razem (marzec 2014) nawet nie zajrzalam do centrum – gdyby nie metro (i ten kulasty wiezowiec przy Avenida de America nr 37 – wygooglajcie), moglabym byc w jakimkolwiek innym hiszpanskojezycznym miescie z duzym kampusem uniwersyteckim, po ktorym lataja zielone papugi (tak!). Przez wiekszosc pobytu ledwo sie z Johanna slanialysmy na nogach (moje cialo zmagalo sie z rozkoszami dlugich godzin na siedzaca i w klimie), wiec gora o h21 ladowalysmy w lozeczkach.

Ciekawe jest to, jak bardzo czuc w Madrycie, ze jest sie, poniekad, zagranica: w oczy rzuca sie egzotyczna roslinnosc, wlosy schna w 25 minut, a przechodnie nie maja na sobie nic firm North Face, Berghaus czy Wolfskin, za to kroluje styl Latino: obcisle podkoszulki w szpic, wlosy na zel, diamentowy kolczyk w jednym uchu (patrz: siostrzeniec Ugly Betty). Gryzlysmy sie w jezyk, zeby nie uzywac “barkatu” i “aguuuur”.

Najfajniejsze z calego pobytu byly dla mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, mieszkalysmy w katolickim meskim akademiku. To ja go wynalazlam – po prostu byl najbliszym hotelem wedlug Google Maps. Nie mam pojecia, dlaczego nas przyjeli, ale za 40 euro oferuja lsniacy nowoscia pokoj jednoosobowy z lazienka i sniadaniem oraz niezapomniane przezycia z cyklu Asia przechodzi przez swietlice pelna 19-latkow grajacych w bilard, dwie Asie wchodza do stolowki itp.

2014-03-07 14.53.50

Drugim highlightem konferencji bylo wylapanie w tlumie, juz pierwszego dnia, kogos w rodzaju ulepszonego sobowtora aktora Geoffreya Rusha – powiedzmy, Geoffreya Rusha udajacego wysokiego, wychudzonego angielskiego arystokrate o starannie ulozonej, bujnej fryzurze. (Dla niewtajemniczonych dodam, ze G.R. do przystojnych nie nalezy i ma 60tke – chodzi o charyzme i docenianie talentu). Drugiego dnia wylapalam, ze nieznajomyma na imie Gerard, wszystko wiec ukladalo sie w logiczna calosc – australijska mamusia nadala synom imiona na “g” 😉 Trzeciego dnia okazalo sie, ze Gerard prowadzi prezentacje, na ktora sie wybralam – jest nauczycielem w International House Barcelona, wiec jesli nie zejdzie z tego swiata (nie wiem, czy zawsze jest taki chudy), a ja znowu postanowie byc masochistka, byc moze zobacze go w przyszlym roku.

Masochistka, bo jakze inaczej mozna nazwac dobrowolne spedzenie slonecznego weekendu w klimatyzowanym autokarze i klimatyzowanych salach wykladowych – nie cierpie klimy i nie cierpie siedziec na zwyklym krzesle. Brr. W dodatku konferencje organizuja w weekendy, przez co nie ma kiedy po takim wyjezdzie wypoczac. O nierownym poziomie prezentacji i potrzebie sprawdzenia zaprezentowanych metod, portali i aplikacji w domowym zaciszu nie wspominajac. Ale fajnie bylo nagadac sie z Johanna, troszke podmotywowac, no i ten caly Gerard i papugi 😛

Sloneczny weekend

Sloneczny weekend

A jak sobie poradzilam na moim pierwszym weganskim wyjezdzie, spytacie? Coz, przede mna daleka droga. Np. w piatek odruchowo zamowilam na sennosc “cafe con leche”. Ups. Z gapiostwa dalam tez sobie nalozyc kazdego dnia (i kazdego dnia w innej stolowce) porcje frytek, zamiast po prostu zjesc warzywa z chlebem, no i wiadomo, skoro mi juz je nalozono… Powinnam tez wozic ze soba wiecej zapasow (mialam niemleko, ciasteczka, daktyle, czekolade 99%, migdaly…), bo na dworcu autobusowym najbardziej weganskim daniem byla salatka z majonezem i tunczykiem. Polecam za to wszystkim superpikantne burrito w Cafe Glace w miasteczku uniwersyteckim (not pictured)

2014-03-08 13.47.06

CARNIVALES

March 3, 2014

Ostatnio, zupelnie przypadkowo, zafundowalam sobie trzy karnawalowe doswiadczenia kulturalne – plus czwarte (cydrownie w Hernani) z premedytacja. Oto kilka refleksji.

1. “CZEKOLADA” JOANNE HARRIS (zaczyna sie w Ostatki)

Nie jestem fanka katolicyzmu i zgrzytajacego mieszczanstwa, ale jakos nie umialam sie przekonac do stojacej po drugiej stronie barykady Vianne. Po pierwsze, sorry, ale slodycze w nadmiarze SA niezdrowe. Po drugie, robienie sobie dzieci z nieznajomymi jest smutne – dziecko potrzebuje ojca lub kogos, kto zastepuje ojca (ojca niebiologicznego, dziadka, panow z plemienia). No i kto poprowadzi za nia sklep, gdy jej nowe dziecko bedzie zupelnie malutkie? No coz, ja nie jestem ani taka dzielna, ani taka pracowita.

(Uwaga – nie dajcie sie skusic obsadzie i nie ogladajcie filmu! Sadzac po pierwszych 20 minutach, Hollywood zmasakrowalo powiesc a la Mary Poppins).

2. “EASY RIDER” (konczy sie tuz po Ostatkach)

Nawet Ru sie nie podobalo, chociaz regularnie chodzi do baru Chopper i objechal pd-zach USA (a Peter Fonda jest bardzo podobny do jego brata). Niestety, dilerzy narkotykow mi nie imponuja, a ogladajac film, myslalam glownie o tym, jakze ci dwaj bohaterowie musieli smierdziec. Trudno mi tez bylo zapomniec o tym, co kilka lat pozniej zdarzylo sie w domu Jacka Nicholsona, i zastanawialam sie, czy Fonda bral narkotyki po to, zeby zapomniec o smierci swojej matki (poderznela sobie gardlo w szpitalu psychiatrycznym – rok pozniej Fonda sam o malo nie umarl, bo strzelil sobie w brzuch i kilka miesiecy spedzil w szpitalach).

Oczywiscie czolowka jest niesmiertelna – i tu mozg podsuwa mi usluznie odpowiedni fragmencik, ktory widzialam w czarno-bialym telewizorze na dzialce w Kiekrzu pewnie w 1995 roku:

3. NIEDZIELNA PARADA KARNAWALOWA

Wpadlismy na nia przypadkowo w centrum miasta – gigantyczne przedsiewziecie, szlismy wzdluz niej chyba z godzine. Zszokowalo mnie jednak to, ze kazdy zespol reprezentuje inna… szkole. Nie, nie szkole samby, tylko taka zwykla miejscowa podstawowke czy gimnazjum. Czyli szkola nakazuje twojej nastoletniej corce przebrac sie w kuse wdzianko (w dodatku nie uszyte przez mame, tylko kupione hurtowo u Chinczyka), by w 13 stopniach i deszczu wyginac sie na platformie w rytm Lady Gagi (chlopcow jak na lekarstwo – moze 5%, glownie male dzieci). Niektore szkoly staraly sie, jak mogly, uciec od stereotypow z Rio – kilkadziesiat osob w turniurach tanczacych synchronicznie do “Rock me Amadeus” robi wrazenie – ale czemu nie Mozart? Widocznie miejscowe szkoly stawiaja na prace w grupie. A nauczyciele nie rozumieja tekstu najnowszego hitu Britney:

“You wanna hot body
You wanna Bugatti
You wanna Maserati
You better work bitch
You wanna Lamborghini
Sip Martinis
Look hot in a bikini”

I gdzie tu dziecko poslac do szkoly?

Musze sie dowiedziec, jak sie nazywala ta, ktora owinela dziewczynki w sari i kazala podrygiwac do tej jakos tak dziwnie znajomej melodii 😉 :

VEGAN

March 3, 2014

W niedziele zrobilam wreszcie cos na co mialam ochote od kilkunastu lat, czyli (odpukac) przeszlam na weganizm. Nie bede sie tu z nikim klocic po co – po prostu zawsze mnie to krecilo i tyle. Jako nastolatka za szczyt szpanu uwazalam taka wlasnie diete, sluchanie Rage Against The Machine i jezdzenie na snowboardzie (plus oczywiscie super wygodne snowboardowe ciuchy) – a jako ze teraz uwazam wszelkie odmiany narciarstwa za szkodliwe dla srodowiska (kojarza mi sie ze sportami w “Nowym wspanialym swiecie”), markowe ciuchy sa drogie (musze najpierw donosic te po fazie na Jean Seberg), a muzyki slucham, zeby sie zrelaksowac (w glosniku “Medieval Dances for flute and harp” Laurel Zucker i Susan Jolles), coz mi wiecej pozostalo? 😉

Pomogla mi Mayim i jej ksiazka. Wprawdzie narzekalam tu juz na to, ze jej weganizm jest bardzo amerykanski (“vegan pumpkin pie mix” w przepisie na ciasto dyniowe, hello?), ale przynajmniej nie jest tak nawiedzony jak makrobiotyka czy kuchnia pieciu przemian – obie moze i zdrowe, ale oparte na filozofiach z czasow, kiedy filozofowie byli lekarzami, methinks. Nie chodzi mi o to, ze mam zamiar robic zupe z klopsikami z macy (nieortodoksyjny przepis w przetlumaczonej przeze mnie ksiazce “Lunch w Paryzu”, o ile macie pod reka pasternak), ale ze gdzies tam mieszkaja te wszystkie dzielne kobiety, ktore gotuja wegansko dla swoich dzieci i w dodatku w miare  (nie bez starc) wspiera je w tym rodzina.

W byciu weganka ma mi pomoc dobrze zaopatrzona spizarka – dzieki dziennikowi zdrowia (zapiskom w kalendarzu Chodakowskiej) odkrylam, ze jestem najbardziej podatna na pokusy, kiedy latwiej mi siegnac po zolty ser czy pasztet (niewskazane bez wzgledu na przekonania), niz wyjsc z domu po sloik cieciorki. Musze wiec zadbac o to, aby ow przyslowiowy sloik zawsze w domu byl.

(Druga zasada to jedzenie wylacznie dla zaspokojenia glodu).

Jesli jestescie ciekawi, co ciekawego mozna miec w spizarce:

– zielona herbate sencha (Jesli nie jestem pewna, czy to glod, pragnienie czy lenistwo, robie sobie teraz kubek zdrowej herbaty.)

– chleb zytni lub orkiszowy (Do orkiszowego nawet Ru sie przekonal, bo te ich nieszczesne bagietki z waty tak szybko schna, ze zwykle polowe sie wyrzuca.)

– krakersy z mielonych kasztanow lub z kaszy gryczanej (Kupne oczywiscie – te wszystkie przepisy na mielenie, prazenie i kielkowanie to kolejna rzecz, ktora odrzuca mnie od moich starych wegetarianskich ksiazek kucharskich.)

– melase (Dotychczas znana mi wylacznie z amerykanskich ksiazek dla dzieci, ponoc pelna zelaza itp.)

– sol gruboziarnista z rozmarynem (W domu uzywam tylko tej soli i po ponad roku mam jeszcze pol malutkiego sloiczka.)

– sos sojowy z wasabi i kolendra

– pasztet marchewkowo-migdalowy (Na razie kupny, ale zrobie.)

– wakame (do szybkich zup)

– pestki slonecznika, pestki dyni, sezam, len, migdaly, rodzynki (Siup do wszystkiego: dynia do sniadaniowego kremu z dyni, slonecnzik do sniadaniowego smoothie z babanow i awokado, sezam na tofu…)

–  waniliowe bialko dla sportowcow w proszku (na batoniki lub do owsianki)

– kasze jaglana, quinoe, makaron razowy

– otreby orkiszowe, organiczne muesli

– proszek niby-jajo (Odkrylam jednak, ze jest z Australii, wiec chyba bede polweganka na jajach bio – albo poszukam innego sklepu.)

– soczewice, cieciorke

– tofu

– awokado, swiezy szpinak, gazpacho

– mleko owsiane

Trzymajcie kciuki za moj pierwszy weganski wyjazd – w ten weekend bede w Madrycie na konferencji.

LE PAYS BASQUE FRANÇAIS

March 1, 2014

Uwielbiam weekendowe wypady do Francji, bo tamtejsze wybrzeze przypomina mi Baltyk – miedzy parkingiem a plaza sa wydmy, zero skal, a za rogiem czeka Leclerc z normalnymi wypiekami. Ba, to Baltyk na resorach – nad Baltykiem nie obowiazuje prawo budowlane narzucajace biale tynki, pochyle dachy i czerwone i zielone okiennice, nie rosna palmy, a magnolie nie kwitna w lutym. Nie rozmarzajcie sie jednak zbytnio, bo nie zdazycie na obiad przed zamknieciem restauracyjnej kuchni, a fale zwala was z nog z sila wodospadu.

W zeszla niedziele wybralismy sie na nieortodoksyjna wycieczke w glab ladu, Z poczatku chcielismy wjechac 100-letnia ciuchcia na La Rhune (905 m), ale bilety kosztowalyby 34 euro, wiec postanowilismy wydac te sume w sklepie z pamiatkami, a na La Rhune wejsc gratis innym razem. Jesli chcecie zrozumiec, dlaczego spedzilismy w owym sklepie pewnie z godzine, wygooglajcie sobie graficznie: jean vier, pays basque conserves, pays basque espadrilles albo pays basque cerises vin.

Hm, podoba mi sie ta metoda, bo wlasciwie nie mam nic wiecej do powiedzenia poza tym, ze okazalismy sie rowniez zbyt skapi, zeby zwiedzic jaskinie pod Sara (chyba osiem euro). Wiec wygooglajcie sobie prosze graficznie (warto!): pays basque sare, lac saint pee (swietna nazwa, nieprawdaz?), ascain, urrugne maison.

Hipster detail: udalo mi sie tez chwilke poczytac (Alexandra McCall Smitha) w zakatku a la Ronja, ktorego nie ma na Google Maps. Tak, zgadliscie – Ru chcial sprawdzic, jak sie ma kilka ciekawych tras wspinaczkowych (i gdyby nie auto, namawialby mnie do przeczolgania sie jaskinia do Navarry).