ZWYKLY CZWARTEK

Ru budzi mnie alarmem o 7.15, ale do 7.50 moge udawac, ze spie (najchetniej wstaje dopiero, kiedy wszyscy wyjda, zeby nie zawadzac nikomu w malej kuchni). Szykuje sobie smoothie z polowki awokado, banana, mielonych pestek, rodzynek i niemleka, i wracam z tabletem do lozka sprawdzic wszystkie moje konta mailowe, pogode i Pudelka (za kazdym razem dziekuje losowi za te mozliwosc – nie ma to jak powolne sniadanie).

Tuz przed dziewiata rowerem do pracy (w tym tygodniu cud, nie padalo), jedzie sie jakies 12 minut po sciezce rowerowej. Dzieci chodza tu na dziewiata do szkoly, wiec widac sporo rodzicow odwozacych pociechy na rowerach czy skuterach wlasnie. Ciesze oczy roznorodnoscia kulturowa – wprawdzie poszczegolne grupy nie mieszaja sie ze soba, jak to bywa np. w Szwecji (co smutne), ale sa i Indianie z Boliwii i Peru, i Rosjanie, i Chinczycy, i panie z zakrytymi glowami, murzyni z dwoch kontynentow i francuscy turysci.

Czekajac na uczniow sprawdzam prace innych grup – ostatnio sie wycwanilam i robie to nawet czasem w srodku lekcji, kiedy moi podopieczni zajeci sa przez kilka minut cwiczeniem gramatycznym. Wszyscy koledzy z pracy w kolko mi tu powtarzaja, ze nie zarabiamy na tyle duzo, zeby spedzac w pracy nie wiadomo ile czasu – z jednej strony rozumie te postawe, ale z drugiej moze po prostu jest tak, ze mozemy sobie na ten tumiwisizm pozwolic, bo tak naprawde nie robimy nic az tak waznego, odpowiedzialnego czy stresujacego. Moi wspollokatorzy to dopiero maja stresujace zawody – jesli popelnia blad, firma moze stracic kontrakt na grube tysiace! A mi nawet (odpukac) nastolatki nie wchodza w tym roku na glowe – jak najmniej ich strofuje, moze to dziala? Ostatnio duzo robia sami (karty, plakaty) i zamiast narzekac, siedza nad tym po 20-30 minut przegapiajac koniec lekcji. Oby jeszcze cos z tego wynosili.

Moja poranna grupa jest dziwna – tylko trzech uczniow, z czego nierzadko pojawia sie tylko jeden i to z 25-min opoznieniem. Do tego nie odrabiaja prac domowych. Trudno w takich warunkach przerabiac podrecznik w normalnym rytmie, ale przynajmniej moge ich podreczyc przed komputerem, uczac poprawiania bledow. Biedactwa w wiekszosci nadal szukaja poprawek we wlasnych glowach zamiast korzystac ze slownikow (wspomagajac sie prostym ctrl+f), googlania (ograniczonego site:.uk) czy British National Corpus.

Pod koniec lekcji wpada szef szefow poinformowac mnie o nowym grafiku. Pozniej sprawdzam wersje online i ta mowi cos innego. Coz, mam nadzieje, ze szef oswieci mnie do wtorku, czy mam sie stawic na dyzur przed sroga Della w Morazie czy Filifionka Michel w San Bartolome.

Pedem do domu zrobic zakupy przed finalem ostatniego sezonu “Desperate Houswives”. Tak, przyznaje sie – przez jakies ostatnie dwa miesiace staralam sie obejrzec dwa podwojne odcinki tygodniowo. Serial jest oczywiscie przerysowany, zeby cos sie dzialo – w kazdym sezonie ktos zostaje zamordowany, a co najmniej trzech bohaterow odkrywa, ze ma dziecko splodzone w mlodosci – ale ladnie porusza wiele zupelnie zwyczajnych problemow np. jak radzic sobie z rozwodem czy zaloba. Mam jednak nadzieje, ze w przyszly wtorek nie wlacze telewizora, zeby zobaczyc, co puszczaja w zamian, bo chce w koncu zaczac poradnie gotowac, a nie tylko odgrzewac soczewice.

O pierwszej znowu do pracy, wiec lunch jem wczesnie, o dwunastej. Na szczescie zdrowy lunch wolno uwalnia cukry i do kolacji o 21.30 potrzebuje tylko jednej malej przekaski. Najpierw 1,5 godziny w dusznym akwarium z milymi paniami (co poczac z uczennica, ktora ktos wsadzil mi na poziom C1.1, chociaz nadal robi przerazajace bledy w ordzaju “this problems”?), potem przerwa (powinnam wychodzic na spacer, ale zwykle zalegam przed kvellerem), a potem maraton od 16.30 do 21.00. Czasami do toalety chodze wylacznie w domu, wiec mozecie sobie wyobrazic, jaka jestem na tych lekcjach skoncentrowana!

Moi uczniowie z grup przygotowawczych do marcowego CAE to glownie studenci-zombie – przychodza, cos tam wydukaja, ale juz zeby napisac wypracowanie (ze slownikiem), poprawic podkreslone bledy czy odpowiedziec mi mailem z “dziekuje” na maila… Oczywiscie wielu z nich i tak zda CAE (a jak nie zda, to dostana kolejne FC), ale czy nie lepiej zdac na 75% i naprawde cos umiec, a nie tylko przesliznac sie z 63%? Wiem, ze nie maja czasu, ale na co im w ogole teraz ten angielski – nie lepiej uczyc sie pozniej, z wieksza motywacja, bo klienci dzwonia i nadsylaja umowy? W koncu tutaj czas na rodzine i dzieci przychodzi grubo po 30tce, a nie zaraz po studiach.

Do domu rowerem, rower do garazu. jadamy ostatnio w salonie ogladajac baskijski dziennik (na moja prosbe po hiszpansku). Na stole zawsze kroluje karafka z woda i chleb. Dzis oprocz salaty, zolta kaszanka, tradycyjny przysmak z Navarry – zamiast krwi do ryzu dodaje sie jajko. Zjadam kilka plasterkow w odruchu “bo trzeba skonczyc opakowanie”, za co wpisuje sobie w kalendarz Chodakowskiej 3 punkty na 5 z diety.

To ostatni taki czwartek, od wtorku mam nowy plan – rano dyzur (zastepstwa last minute), za to wieczorem juz o 19.30 do domu. To dlatego wlasnie moge zaczac uczyc sie na nowo szwedzkiego – ale nauczycielka przelozyla pierwsza lekcje, wiec juz sie lamie, ze na co mi to, ze potrzebny mi hiszpanski – tyle slow znam tylko ze slyszenia i nadal nie jestem w stanie czytac miejscowego Scientific American. Ru mowi, ze musze cos robic dla siebie, a nie tylko wszystko z obowiazku, ale problem w tym, ze od obowiazkow, ktore zaleza tylko ode mnie (patrz sport) wymiguje sie, jak moge. 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: