Archive for June, 2014

SCHAB AND NEWTON DO SANSE

June 28, 2014

Trasa na bardzo krotki pobyt, koniecznie czwartkowo-piatkowy i z dobra pogoda (bo dzis juz wialo strasznie, a teraz leje):

CZWARTKOWE POPOLUDNIE

z dworca autobusowego ruszamy przez centrum w strone starowki – delikatesy Don Serafio (zeby wiedziec, gdzie sie ewentualnie pozniej zaopatrzec w pamiatkowy sloik gindillas) – bulwar nadbrzezny imienia Drzewa z Gerniki – Plaza Bilbao – katedra Buen Pastor – Plaza Guipuzkoa – park Alderdi Eder – port – gora Urgull (niestety, Jezus bedzie juz zamkniety o tej godzinie) – pintxos w Munto na ulicy Fermin Calberton (kula z sera idiazabal z orzechami wloskimi plus sosik z slodkiej galaretki z pigwy, kula z czterech rodzajow grzybow, szparag z szynka serrano w sosie z roqueforta, podgardla rybie w zupce, a do picia male piwka czyli zurito) – pintxo pote w Gros czyli tlumy pijace na ulicach i odstawiajace kieliszki na dachy aut (chipirones w barze Gora Bera przy calle Bermingham – nie wiem, skad ta literowka, za to wiem, ze “gora bera” znaczy “gora dol”, bo bar ma dwa poziomy) – powrot na starowke i kolacja w barze Ordizia przy San Lorenzo (m.in. gigantyczne kanapki z kozim serem, pomidorem, cukinia i boczniakami oraz zestaw krokietow)

PIATKOWE PRZEDPOLUDNIE

miejsce noclegu – podnoze gory Igeldo (fajnie tam dojsc wzgorzami, zaczynajac od Plaza Easo i San Roque, a konczac przy palacyki Miramar, ale my podjechalismy autobusem – wystarczy zlapac dowolny pod hotelem Londres i wysiasc na drugim przystanku) – kolejka na gore – widoki, Casa de Terror i inne atrakcje – spacer wzdluz dwoch plaz na Starowke – obiad w Atari (swietna nazwa) przy calle Mayor (trzy ogromne raciones: ryba bonito z anchois, gindillas i oliwkami, ryz dnia – nasz byl tajski z “langustynkami”, policzki wolowe z sosem pieczeniowym i puree ziemniaczanym)

OPCJE NA POPOLUDNIE

– cmentarz w dzielnicy Egia

– autobusem do miasteczka Hondarribia

– zakupy w sklepach Super Amara, Don Serafio, Pyc, Kukuxumusu

https://www.google.es/search?q=kukuxumusu&rlz=1C1GGGE_esES486ES533&espv=2&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=AQOvU47MDMeo0wXHqYGICA&ved=0CAYQ_AUoAQ&biw=1280&bih=845

 

10 NIETYPOWYCH POWODOW, DLA KTORYCH WARTO PRZEPROWADZIC SIE DO KRAJU BASKOW

June 26, 2014

To, ze GDP wyzsze, a zima lagodniejsza, wie kazdy. Oto 10 powodow (a zarazem ciekawostek kulturowych), na ktore byc moze byscie nie wpadli:

1. LUDZIE GWIZDZA NA ULICY. Gwizdza, podspiewuja, spiewaja. Mama do dziecka na wozku inwalidzkim, pan z rowerem ot tak sobie w pociagu. Ostatnio w pociagu podmiejskim kilka osob gralo na instrumentach ludowych – myslalam, ze to zebrzacy Cyganie, ale nie, siedzieli na swoich miejscach, a po kazdym utworze byli nagradzani brawami.

2. DESKOROLKI NIE SA ZAREZERWOWANE DLA DZIECI. Niemal codziennie widze kogos doroslego pedzacego sciezka rowerowa na deskorolce – tutaj to nie tylko zabawka, to kolejny srodek transportu.

3. DZIECI I PSY SA MILE WIDZIANE W BARACH. Sadze, ze tylko w tych tradycyjnych, a nie w night clubach o chromowanym wystroju (do ktorych nie zagladam), ale i tak o ile wygodniej – bobas spi obok (rekord w tolerancji decybeli pobil chyba 7-miesieczny Ibai na afterku po weselu swoich rodzicow) i nie trzeba wracac przedwczesnie do domu wyprowadzic psa. Oczywiscie mozna sie wyklocac, co to za atrakcja dla malucha czy czworonoga – zapewne zalezy od egzemplarza.

4. LUDZIE PREDZEJ CIE ZIGNORUJA, NIZ ZACZNA ZASYPYWAC PYTANIAMI. Raj dla introwertykow – jesli irytuja cie np. Brytyjczycy i ich rozmowy-wywiady z nieznajomymi, zapraszamy! Ludzie spytaja cie, skad jestes i jak dlugo mieszkasz w SanSe, ewentualnie jak masz na imie, a potem mozesz juz w spokoju przysluchiwac sie ich pogaduszkom ze starymi znajomymi.

5. KOBIETY NIE MUSZA SPECJALNIE DBAC O SIEBIE, ZWLASZCZA ZIMA. W SanSe potrafi padac przez miesiac non-stop – przezylam juz dwa takie miesiace, no prawie, bo pewnego kwietnia po prostu ucieklam ogrzac sie do Wielkiej Brytanii 🙂 Najczesciej to tak zwane “czirimiri”, czyli mzawka, ale ze i wieje przy tym od Atlantyku, to leje horyzontalnie i krople dostaja sie wszedzie. Na szczescie to nie UK, nikt nie spodziewa sie, ze i tak bedziemy smigac w miniowkach i szpileczkach. Kroluja kolorowe kaloszki (zwane tu “katiuszkami”), peleryny rowerowe z Decathlonu i wodoodporne spodnie zdejmowane po przybyciu do miejsca pracy. Makijaz ograniczamy do minimum, bo i tak splynie. Z wlosami wolna amerykanka, bo sie potargaja albo napusza od wilgoci (jesli nie pada, zawsze jest szansa na morski spray, ktory obcokrajowcy myla z dymem i dzwonia po straz). Zamiast torebki wybieramy plecaczek, zeby miec obie rece przygotowane do windsurfingu parasolem. A na sobotnie wieczorne wyjscie eleganckie ciuchy zostawiamy w domu, bo jada sie tutaj na stojaco i latwo sie poplamic. Podejrzewam rowniez, ze populacja jest bardziej tolerancyjna, jesli idzie o zarost u pan, bo o ile mozna zazdroscic miejscowym pieknosciom bolywoodzkich lokow, nierzadko ida w parze z przedramionami wygladajacymi jak moje nogi po miesiacu na kempingu.

6. NIE TRZEBA CHODZIC DO LOGOPEDY. Na poczatku wydawalo mi sie, ze niektorzy moi uczniowie maja problemy z wymowa angielska, bo to jezyk obcy, ale czy w hiszpanskim oni w ogole maja “sz”? W kazdym razie nikt tu z seplenienia nie leczy, a w wielu dialektach nawet “s” nie jest takie potrzebne, bo nie jest wymawiane  na koncu wyrazow. Jak sie wtedy rozroznia druga osobe liczby pojedynczej od trzeciej, nie mam pojecia, ale skoro radza sobie z tym, ze “llamo” znaczy “dzwonie”, “zadzwonie” i “zadzwonil”, to to dla nich drobiazg.

7. MOZNA SIE OBJADAC SLODYCZAMI. Wprawdzie tylko na sniadanie, ale nikt ci zlego slowa nie powie. Paczki, magdalenki, muffinki, batoniki zbozowe, rogaliki, kakao? Prosze cie bardzo. Pamietajcie tylko, ze nie mozna pozniej podjadac w ciagu dnia – chyba ze jestescie dziecmi, wtedy macie prawo wybrac sie do “czuczerii”, jednego z maciupkich sklepikow ze slodyczami w stylu straganow Haribo. Ewentualnie faworki z goraca czekolada w “mrozny” dzien.

8. (Juz wspominalam, ze) JESLI MIJA CIE SPORTOWE AUTO Z MUZYKA NA CALY REGULATOR, MUZYKA TA NIE BEDZIE PONURY HIP-HOP, TYLKO REGGAETON. Wiekszosc ludzi i tak go nie cierpi, ale wole juz figlarne rytmy latino i machanie pupami od smutnych tekstow o sukach z blokowiska. Szowinistyczne sa oba gatunki, ale do tutejszego przynajmniej mozna potanczyc.

9. PODATKI SA SMIESZNE NISKIE. Moze to inni beda sie smiac ostatni, kiedy dobrne do mojej baskijskiej emerytury, ale poki co place 9% podatku dochodowego. Stop podatkowych jest chyba ze dwadziescia, zwiekszaja sie stopniowo zaleznie takze od liczby posiadanych dzieci. Jak udaje sie im jednoczesnie placic nauczycielom w szkolach panstwowych minimum dwa tysiace euro na reke (narzekajac jednoczesnie na skorumpowanie politykow), pozostaje dla mnie tajemnica.

10. (Z przymrozeniem oka) W BARACH NIE TRZEBA PLACIC. Po pierwsze, (choc zdarzaja sie wyjatki) placi sie po konsumpcji, a nie przed – jesli chcecie opuscic lokal podchmieleni, lepiej odnotowujcie gdzies sobie swoje zamowienia 😉 Po drugie, baskijscy kelnerze slyna z ignorowania klientow – widzialam nawet barmanke w wielkich sluchawkach na glowie (idealne, gdy krzatasz sie obrocona tylem przy ekspresie do kawy). Odczekujemy wiec przy ladzie piec minut (dla obrzydzenia do siebie kelnera jeszcze bardziej, w modnej kawiarni stawiamy sie w brudnym dresie, a w obskurnym barze w blezerku i perelkach), po czym szlag nas trafia i wychodzimy. Mozna tez po prostu zapomniec – w koncu jestesmy zrelaksowani po naszym “zurito”, a zarazem przyzwyczajeni do sytuacji, w ktorej juz sie dawno zaplacilo.

BISCARROSSE

June 24, 2014

W weekend pojechalismy do moich ukochanych Las Landas, czyli na surferskie wybrzeze Francji ciagnace sie w nieskonczonosc od Bayonne az po Bordeaux. Jak juz pisalam, to taki podrasowany Baltyk: sosny, wydmy, kiczowate stragany i Carrefoury – wszystko jak trzeba, ale domy wypieszczone, otoczone  palmami i kwitnacymi pnaczami, a w morzu duzo silniejsze fale i prady, i duzo wyzsze zasolenie, czyli wchodzisz po kolana, fala zbija cie z nog, a woda, ktora dostala sie do twojego gardla, pali jak ogien. Nic dziwnego, ze wybralismy aquapark!

Mielismy duze szczescie, bo takie parki atrakcji to zwykle prazenie sie na sloncu w dlugasnych kolejkach, ale ze zapowiadano burze, slonce czasami zakrywaly chmury, czasami mzylo (co nam, polnagim, nie przeszkadzalo), odstraszonych turystow nie bylo znowu az tak duzo, a nawet jesli “nie tak duzo” oznaczalo czekanie po 20 minut, bylo nas dwanascioro, wiec moglismy nadrabiac towarzyskie zaleglosci: jeden z kolegow wybiera sie np. rowerem na Madagaskar tzn. planuje rozebrac rower na czesci i nadac go w bagazu. Chlopak ma juz na swoim koncie wyprawe konno przez Mongolie i wspinaczke w Chinach, wiec chyba i tym razem sobie poradzi.

Zabawnie spedzic pol dnia bez niczego – bez kieszeni, butow, recznika – wszystko bylo w szafce albo porzucone na trawniku. Zachlystujac sie wolnoscia, zaliczylismy kilkanascie  atrakcji polegajacych glownie na zjezdzaniu rurami na dwuosobowych pontonach – jak dla mnie sam zjazd byl wystarczajaca rozrywka, ale chlopcy oczywiscie probowali swoje pontony wywracac, na spadkach podskakiwac jak najwyzej itp. Naprawde nie rozumiem dlaczego niektorzy ludzie zrobia wszystko, zeby zwichnac sobie noge – ale ten sam ped stoi zapewne za kopalniami zlota, podbojem Ameryk i innymi dokonaniami ludzkosci.

Mi najbardziej podobala sie “The wave”, gdzie po prostu zeslizguja cie w przepasc z wysokosci 15 metrow (filmik z siostrzanego parku):

 

Kolacje zjedlismy w Biscarrosse Plage, ktore goraca polecam, bo przy samej plazy ma “irlandzko” zielone wzgorza, a z typowych promenad ze straganami mozna uciec na ryneczek z tajskim barem, ekologiczna nalesnikarnia i przybytkiem serwujacym chrupkie gofry z marmolada truskawkowa. Idac z auta do restauracji minelismy tez wiecej miejsc z muzyka na zywa niz w naszym 300tys SanSe – bar z reggae, bar z gitarami akustycznymi, scene z dzieciecym wystepem break dance (skonczyl sie o h23!), a na plazy scene z miniaturowym ravem.

Niestety, kolo naszego kempingu tez odbywal sie rave, tylko ze pelnowymiarowy. Umcy umcy wylaczyli podobno dopiero okolo osmej rano, a zablakani raverzy gadali, smiali sie, nawolywali, nawolywali sie klaksonami i doprowadzili toalety do takiego stanu, ze nawet sie do nich nie wybralam. Ru zaklina sie, ze rano widzial ludzi wciagajacych kokaine, a kolo naszego obozowiska jakas samotna dziewczyna po prostu lezala polprzytomna na kocu przed swoim otwartym na osciez samochodem (znajomi musieli ja pozniej obudzic, zeby jej nie przejechac).

Kiedy jechalismy tamtedy kilka godzin pozniej, zarowno wjazd, jak i wyjazd na kemping (i do znajdujacej sie blizej plazy dyskoteki, ktorej na oczy nie widzialam, tylko ja slychac bylo) zablokowala policja. Ups.

Ostatnim punktem programu przed zwyklym plazowaniem w Biscarrosse byla wydma Pyla/Pilat (tak, tak, wydma biblijnego Pilata), przy wysokosci 110 metrow najwieksza w Europie. Na przyzwyczajonych do Leby Polakach moze nie robi az tak wielkiego wrazenia, ale widoki sa na pewno ladniejsze, bo prady morskie utworzyly wzdluz brzegu piaskowe wyspy, a kolor oceanu zmienia sie zaleznie od glebokosci wody. Lydki bola mnie do dzis :p

Takie atrakcje tylko 2,5 drogi od domu 🙂 Do tego w 6 godzin mozna dojechac nad Morze Srodziemne albo na nieznane mi jeszcze plaze Asturii. Nie przepadam za samym plazowaniem, ale lepsze to niz wspinanie sie na cos zimnego i stromego w Pirenejach 3 godziny stad. Szkoda tylko, ze malzy juz nie jem – przynajmniej teoretycznie.

PS. Najwieksza frajde sprawila mi jednak chyba mimo wszystko niespodziewana poniedzialkowa wizyta na Cementerio Polloe, gdzie mozni z SanSe stawiaja swoim zmarlym miniatury oksfordzkich kolegiow. Googlnijcie sobie grafike, a ja obiecuje wybrac sie tam raz jeszcze i spisac te wszystkei dziwaczne imiona i nazwiska typu “Adoracion del Rio Delgado”. Raj dla filologa.

LA LARGA MARCHA

June 14, 2014

A nice clip about the summer in Donostia San Sebastian, Iruña Pamplona and other towns (featuring great music by what sounds like God is the Astronaut).

Watch out for:

– lots of boats and rafts together (that´s “piratas” I have written about, here in August)

– a guy dressed up as a woman (by far the most popular costume for guys round here, be it for the carnival or a stag night)

– La Concha beach by night (several times)

– the typical white SanSe railing by night

– and the merry-go-round next to the townhall

MUM IS THE WORD

June 9, 2014

I still don´t know whether I want to have kids, for many reasons, from being lazy and vain to serious ethical issues, such as “shouldn´t I rather help people who already exist” or “hat about landfill nappies”. However, ever since one of my best friends had her first kid at the age of (exactly) 25, I do like reading about childbearing and child rearing, more or less in the same way I liked reading about U2 and Formula 1 when I was 16. This post is a collection of my favourite internet resources – be it documentaries, blogs or online communities – a way of decluttering my brain, which is where I´m currently storing all the links 🙂

 

BLOGS

http://mommamojo1.wordpress.com/

http://raddestmom.com/

 

VLOGS

https://www.youtube.com/channel/UCoRiSMlOkPf3ReCyPZmJdIw

 

DOCUMENTARIES

 

ONLINE COMMUNITIES

http://www.holisticmoms.org/

http://www.kveller.com/

https://www.facebook.com/groups/217536521602719/?fref=ts (Polish)

 

ONLINE MAGAZINES

http://muthamagazine.com/