Archive for July, 2014

SAN FERMINES 2.0

July 21, 2014

San Fermines to nie tylko chlanie pod chmurka od rana do nocy w niekonczacym sie tlumie zamroczonych Australijczykow i maltretowanie bykow na klejacych sie od moczu i wina uliczkach Starego Miasta. W tym roku zaliczylam program „light”, czego najlepszym dowodem bylo to, ze zawsze, nawet o pierwszej w nocy, bylismy otoczeni przez dzieci.

Dla mnie jedna z najwiekszych atrakcji byl sam dojazd – nowa szose wybudowano nad stara, wiec widoki na lesiste gory sa niesamowite. A potem przejezdza sie przez gigantyczna skalna brame Dwoch Siostr i nagle zza zakretu wylania sie rownina godna Montany, na wiosne cudownie bambusowo zielona.

Dla wielu ciekawa rozrywka jest zapewne przejazdzka na najwiekszym w czyms tam (Europie?) Diabelskim Kole, zwanym tu „noria”. Czyli nie wypada nazwac dziecka Nuria, bo sie kojarzy? Niestety, na pewno nie mozna „Ronja”, bo „ronia” to po hiszpansku rdza czy inne swinstwo. Ach, te klopotliwe imiona! Czy, na przyklad, Edurne i Enara tylko mi wydaja sie… eee… durne? (Tak na marginesie, nie wiem, czy pisalam, ze „glowny” po baskijsku to „nagusia”).

Nie bylabym soba (sobom, nie makaronem), gdybym nie wspomniala o jedzeniu. Jako żem z SanSe, liczylam na fajne „pintxos” („tapas”), ale w Pamplonie kroluja „fritos” – smazone kule frytowanego beszamelu z domieszka szynki, czerwonej papryki, grzybow albo krewetek – rzecz idealna dla aspirujacej do dbania o linie i miana weganki. O miejscowych restauracjach zapomnijcie z kolei, jesli nie macie rezerwacji i 25 euro na menu dnia. Na zagorzalych tradycjonalistow czeka wiec kebab, na przecietnego zjadacza chleba chinska restaracja Hong Kong (w salonie kamienicznego mieszkania z takową kuchnia), a na szczesliwych posiadaczy smartphona z aplikacja Happy Cow – wegansko-makrobiotyczna knajpka za rzeka, rzut beretem od zagrody bykow.

Smazeniny podbily tez rynek deserow, kolo norii znajdziemy wiec kilka wielgachnych straganow serwujacych wszelkiego rodzaju „churros”, faworki, paczki oraz na dokladke frytki i chipsy „domowej roboty”. Co ciekawe, nikt na to nie narzeka, nawet w telewizji wszyscy sa ze swoich zwyczajow straszliwie dumni, zamiast chocby napomknac, ze wypadaloby ograniczyc kaloryczne rozpasanie. Czy to tylko w Polsce lubimy sie biczowac? Wyobrazacie sobie reportaz z ulicznego brunchu, ktory zaczal sie o 11-tej, w ktorym podchmielone babcie zwierzaja sie z szerokim usmiechem na twarzy, ze w San Fermines wydaja na konsumpcje i balony dla wnusiow 100 euro dziennie?

Czym jeszcze mozna sie zajac oprocz jedzenia? Oczywiscie, codziennie jest gonitwa, a potem corrida. Trudno przed nimi uciec (z obowiazkowym rulonem gazety  w dloni), bo w kazdej gazecie wlasnie rozpisuja sie z zapamietaniem o wszystkich rannych, zamieszczajac stosowne zdjecia i diagramy ilustrujace przez jakie narzady przebil ci sie byk. Ja w ramach wersji „light” ograniczylam sie do obejrzenia sobie z bliska torreadora o ksywce „Pirat” (zgadnijcie czemu), jak opuszczal arene niesiony przez fanow – kolejna atrakcja jest bowiem przygladanie sie tlumowi poplamionych winem, poprzebieranych pijakow zmierzajacych z corridy do siedzib swoich stowarzyszen („peñas”). Zeby dostac w twarz rozchwianym banerem z karykaturami miejscowych politykow, nalezy zajac sobie miejsce na drewnianych barierkach przed arena na jakies dwie godziny przed wymarszem (corridy dluga rzecz), na nude nie mozna jednak narzekac, bo a to australijska dziewoja modli sie na chodniku do senegalskiego sprzedawcy swiecacych uszow Myszki Minnie, a to zasmuci cie afrykanskie dziecko pozostawione same na stanowisku zaplatania warkoczykow, a to smieciarki sprobuja przejechac wzdluz kocy z rozstawionymi podrobkami markowych torebek.

Niektore rzeczy draznia, ale pozostaja cudowne wspomnienia. Ci wszyscy przechodnie w bieli i czerwieni, od emerytow po niemowleta… Zamkniete dla ruchu nocne ulice wielkiego miasta… Codzienny dlugasny pokaz fajerwerkow na Cytadeli ogladany znad podziemnego dworca autobusowego… Romanski most dla pielgrzymow na Drodze sw. Jakuba… Widok na gory z „Bialego Konia” na murach miejskich…

Zastanawiam sie, czy wrocic w sierpniu (i skoczyc przy okazji do Merkadony), czy moze jednak Bilbao (i przy okazji Ikea?). Zadecyduje Mama 🙂

Advertisements

NJUSY Z D… DONOSTII

July 21, 2014

Z głośnika Suita D-mol Haendla z Marą Galassi na walijskiej harfie – idealny Muzak, a i płyta sama w sobie o wiele ładniejsza niż pierwsza brzegu Hildegarda von Bingen: bladoróżowa, z fioletowymi literami i delikatnym rysunkiem wachlarza. Nie ma to jak kartonowe płyty z muzyką poważną! Gdyby komuś mało było wrażeń, biblioteka, z której je biorę, pięknie w środku pachnie, a nazywa się romantycznie i tajemniczo „Koldo Mitxelena”.

Ostatnio się trochę dopieszczam intelektualnie – nawet The Economist zapronumerowalam, ale pierwszy numer spoznia sie juz trzy tygodnie, co mnie absolutnie nie dziwi, bo tutejsze uslugi pocztowe wolaja o pomste do nieba. Poprzednim razem ktos nakleil naklejke z kodem kreskowym na adres na paczce od mamy. Naklejke odkleili, ale razem z tuszem dlugopisu. Wprawdzie wystarczylo zajrzec na spod naklejki, zeby zobaczyc adres w lustrzanym odbiciu, ale na to juz nikt nie wpadl.

Poki co dopieszczam sie wiec muzyka barokowa i Murakamim po hiszpansku – „Baila, baila, baila” (tytul oryginalny „Dansu, dansu, dansu”). Nie wiem, jakie byly zamierzenia autora, ale dla mnie to studium ciagat czy tez neuroz mezczyzn w wieku srednim (na szczescie nieco subtelniejsze niz „Dzienniki” Mrozka) oraz rozbuchanego kapitalizmu, w ktorym bez mrugniecia okiem mozna jesc na miescie trzy razy dziennie, obkupujac sie w plyty i czasopisma. Przywodzi mi to teraz na mysl bohaterow trylogii „Millenium”, ktorzy po kilku drinkach, zamiast wrocic taksowka do domu, zostawali na noc w czterogwiazdkowym hotelu, a rano kupowali sobie bielizne i ubranie na zmiane.

Murakami juz skonczony, wiec czas na „Camino” Josemarii Escrivy. Jakby ktos nie wiedzial, to zalozyciel Opus Dei. 82. wydanie w jezyku hiszpanskim podarowala mi ciocia Carmen z Pamplony, ktora nawrocila sie niespodziewanie w czasach studenckich, w wyniku czego nie moge w jej domu dzielic sypialni z jej bratankiem.

Ostatnio jakos czesto mysle o religii, glownie chyba dlatego, ze podczytuje zydowski portal Kveller. O ile wiara jest dla mi czyms zupelnie obcym, nie obwinialabym religii za spory odsetek konfliktow na swiecie. Ludzie lubia sie nienawidziec i zapewne znalezliby sobie jakis inny powod. Mimo staran patrona mojego liceum, nadal przeciez wielu wierzy, ze Bog jest panem z broda. Jak powiedzial William Vanstone: „Kosciol jest jak miejski basen – najglosniej jest tam, gdzie najplyciej”.

PS. Opus poszlo w odstawke, bo pozeram “the Help”.