SAN FERMINES 2.0

San Fermines to nie tylko chlanie pod chmurka od rana do nocy w niekonczacym sie tlumie zamroczonych Australijczykow i maltretowanie bykow na klejacych sie od moczu i wina uliczkach Starego Miasta. W tym roku zaliczylam program „light”, czego najlepszym dowodem bylo to, ze zawsze, nawet o pierwszej w nocy, bylismy otoczeni przez dzieci.

Dla mnie jedna z najwiekszych atrakcji byl sam dojazd – nowa szose wybudowano nad stara, wiec widoki na lesiste gory sa niesamowite. A potem przejezdza sie przez gigantyczna skalna brame Dwoch Siostr i nagle zza zakretu wylania sie rownina godna Montany, na wiosne cudownie bambusowo zielona.

Dla wielu ciekawa rozrywka jest zapewne przejazdzka na najwiekszym w czyms tam (Europie?) Diabelskim Kole, zwanym tu „noria”. Czyli nie wypada nazwac dziecka Nuria, bo sie kojarzy? Niestety, na pewno nie mozna „Ronja”, bo „ronia” to po hiszpansku rdza czy inne swinstwo. Ach, te klopotliwe imiona! Czy, na przyklad, Edurne i Enara tylko mi wydaja sie… eee… durne? (Tak na marginesie, nie wiem, czy pisalam, ze „glowny” po baskijsku to „nagusia”).

Nie bylabym soba (sobom, nie makaronem), gdybym nie wspomniala o jedzeniu. Jako żem z SanSe, liczylam na fajne „pintxos” („tapas”), ale w Pamplonie kroluja „fritos” – smazone kule frytowanego beszamelu z domieszka szynki, czerwonej papryki, grzybow albo krewetek – rzecz idealna dla aspirujacej do dbania o linie i miana weganki. O miejscowych restauracjach zapomnijcie z kolei, jesli nie macie rezerwacji i 25 euro na menu dnia. Na zagorzalych tradycjonalistow czeka wiec kebab, na przecietnego zjadacza chleba chinska restaracja Hong Kong (w salonie kamienicznego mieszkania z takową kuchnia), a na szczesliwych posiadaczy smartphona z aplikacja Happy Cow – wegansko-makrobiotyczna knajpka za rzeka, rzut beretem od zagrody bykow.

Smazeniny podbily tez rynek deserow, kolo norii znajdziemy wiec kilka wielgachnych straganow serwujacych wszelkiego rodzaju „churros”, faworki, paczki oraz na dokladke frytki i chipsy „domowej roboty”. Co ciekawe, nikt na to nie narzeka, nawet w telewizji wszyscy sa ze swoich zwyczajow straszliwie dumni, zamiast chocby napomknac, ze wypadaloby ograniczyc kaloryczne rozpasanie. Czy to tylko w Polsce lubimy sie biczowac? Wyobrazacie sobie reportaz z ulicznego brunchu, ktory zaczal sie o 11-tej, w ktorym podchmielone babcie zwierzaja sie z szerokim usmiechem na twarzy, ze w San Fermines wydaja na konsumpcje i balony dla wnusiow 100 euro dziennie?

Czym jeszcze mozna sie zajac oprocz jedzenia? Oczywiscie, codziennie jest gonitwa, a potem corrida. Trudno przed nimi uciec (z obowiazkowym rulonem gazety  w dloni), bo w kazdej gazecie wlasnie rozpisuja sie z zapamietaniem o wszystkich rannych, zamieszczajac stosowne zdjecia i diagramy ilustrujace przez jakie narzady przebil ci sie byk. Ja w ramach wersji „light” ograniczylam sie do obejrzenia sobie z bliska torreadora o ksywce „Pirat” (zgadnijcie czemu), jak opuszczal arene niesiony przez fanow – kolejna atrakcja jest bowiem przygladanie sie tlumowi poplamionych winem, poprzebieranych pijakow zmierzajacych z corridy do siedzib swoich stowarzyszen („peñas”). Zeby dostac w twarz rozchwianym banerem z karykaturami miejscowych politykow, nalezy zajac sobie miejsce na drewnianych barierkach przed arena na jakies dwie godziny przed wymarszem (corridy dluga rzecz), na nude nie mozna jednak narzekac, bo a to australijska dziewoja modli sie na chodniku do senegalskiego sprzedawcy swiecacych uszow Myszki Minnie, a to zasmuci cie afrykanskie dziecko pozostawione same na stanowisku zaplatania warkoczykow, a to smieciarki sprobuja przejechac wzdluz kocy z rozstawionymi podrobkami markowych torebek.

Niektore rzeczy draznia, ale pozostaja cudowne wspomnienia. Ci wszyscy przechodnie w bieli i czerwieni, od emerytow po niemowleta… Zamkniete dla ruchu nocne ulice wielkiego miasta… Codzienny dlugasny pokaz fajerwerkow na Cytadeli ogladany znad podziemnego dworca autobusowego… Romanski most dla pielgrzymow na Drodze sw. Jakuba… Widok na gory z „Bialego Konia” na murach miejskich…

Zastanawiam sie, czy wrocic w sierpniu (i skoczyc przy okazji do Merkadony), czy moze jednak Bilbao (i przy okazji Ikea?). Zadecyduje Mama 🙂

Advertisements

One Response to “SAN FERMINES 2.0”

  1. shieldmaiden26 Says:

    Aś, chciałam tylko zaklepać imię “Astrid” dla swojego 😉

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: