Archive for September, 2014

10 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O MENU W KRAJU BASKÓW

September 25, 2014

Rozmówki i internetowe słowniki to nie wszystko, w niektórych przypadkach pomaga tylko znajomość różnic kulturowych:

  1. Nie proście kelnera o „menu”, bo dostaniecie „zestaw obiadowy dnia”. Karta dań to po prostu „carta”. Wiele barów ma też osobne menu kanapkowe, „de las bocatas” – pamiętajcie, że tutejsze kanapki to długaśne bagietki: pół kilo chleba z różnorodnymi, ale nierzadko nie pokrojonymi składnikami typu plaster szynki serrano czy cały grzyb. Przydają się ostre zęby i stare ubrania, których nie żal poplamić.

 

  1. Niech nie podnieca Was słowo „vegetal”. Nie oznacza one czegoś wegetariańskiego, tylko „z warzywami i szynką/kurczakiem”. Wegetarianie mogą zamówić sobie omlecik albo porcję grzybów – albo poradzić się portalu Happy Cow.

 

  1. No właśnie, „tortilla” to tutaj oczywiście gruby omlet, a nie rodzaj naleśnika.

 

  1. Słowo „tomates” w opisie kanapki lub dania oznacza często keczup lub sos pomidorowy.

 

  1. Podobnie „patatas” to frytki lub chrupki zemniaczane. Znalezienie ziemniaków w innej formie graniczy z cudem.

 

  1. Do każdego dania (z wyjątkiem kanapek, dzięki Bogu) serwowane są kawałki bagietki czyli miejscowy chleb. Czasami doliczą ci za to 1 euro. Miejscowi odkładają chleb na stół, namiętnie kruszą i obowiązkowo oczyszczają talerze z resztek sosów i oliwy.

 

  1. Hiszpanie nie jedzą zupy i drugiego dania. Pierwsze danie to same warzywa lub makaron z sosem. Drugie danie to samo mięso/ryba, ewentualnie z frytkami. Można też zamówić „plato combinado”, czyli jakąś szaloną kombinację, zwykle zawierającą hamurgera (tzn. sam kotlecik) i jajko sadzone. Np. dwa hamburgery, frytki, spaghetti i dwa krokiety. Jak macie szczęście, to odrobinę sałaty. Surówki są nieznane. Ludzie na diecie ratują się sałatami i „raciones”, czyli „porcjami” np. duszonej papryki albo grzybów.

 

  1. Zimne przystawki (tapas/pintxos) wystawione są na barze (tak, można je dotykać do woli i siadają na nich muchy), ciepłe czasem są na barze, ale zwykle ich opisy znajdziemy na jakiejś czarnej tablicy (albo w menu) i trzeba je zamowic. Jeśli chcemy zjeść kilka pintxos, prosimy o talerzyk, nakładamy i oddalamy się. Obsługa ufa, że potem opiszemy, co zjedliśmy (a może jest nadludzko spostrzegawcza, kto wie).

 

  1. Męczyliście się kiedyś zamawiając kawę zagranicą? W Kraju Basków mają też specjalne określenia na piwa. Duże to (piszę tak, jak się wymawia) „kania”, z sokiem cytrynowym „lehija” („wybielacz”), piwo jasne jest blond („rubia”), a małe to „zurito” (jego wymiary wahają się od 2cm do całkiem przyzwoitej „kanii”). Piwo jest zwykle droższe od wina, tak jak kawa jest tańsza od herbaty (i herbat ziołowych, „infusiones”).
  2. W barach płaci się na samym końcu, po iluś tam kolejkach. Podchodzimy do baru (bo przecież staliśmy w mżawce na ulicy) i pytamy: „Me cobras? Eran…” i tu wyliczamy, co skonsumowaliśmy. Kelner albo nam wierzy na słowo, albo po naszej litanii zidentyfikuje karteczkę z naszymi zamówieniami. „Por favor” i napiwków się raczej nie stosuje. Aha, kelner w pierwszej kolejności obsługuje zamawiających, więc czeka się długo, dostając cholery.

 

Advertisements

LAS REGATAS

September 25, 2014

Chcecie przyjechac do Kraju Baskow i doswiadczyc na wlasnej skorze jednej ze slynnych fiest, ale bez cen i smrodu San Fermines czy zimowego deszczu Santo Tomas i dnia San Sebastian? Polecam wrześniowe regaty.

W Kraju Basków istnieje liga łodzi zwanych „traineras” – tych samych, którymi niegdyś tutejsi wielorybnicy podpływali do swoich ofiar. Najważniejszym wydarzeniem roku jest w tym sporcie wyścig o banderę La Conchy, głównej plaży/zatoki w SanSe. Zawody są oczywiście rozgrywane na wodach zatoki, ale także na pełnym morzu zaraz za zamykającą naszą „muszlę” wyspą św. Klary, można więc je obserwować z plaży, z portu czy z górującej nad Starówką góry Urgull. Leniwi zostają w domach przed telewizorem, spragnieni – w licznych barach z transmisją na żywo, a nieliczni szczęśliwcy podpływają pod trasę swoimi jachtami.

Plusy fiesty są więc takie, że jest co robić – można zatrzymać się w mieście na kilkanaście dni i śledzić wszystkie pomniejsze rozgrywki, przyjechać tydzień przed finałem na pierwszy wyścig, albo zobaczyć finał w trzecią niedzielę września w samo południe. Startuje osiem drużyn, po cztery na raz, w tym zawsze sansebastiańska, chociaż są beznadziejni. W tym roku wyjątkowo zakwalifikował się ktoś z dalekiej Galicji (nie, nie z Krakowa, tylko z okolic Santiago de Compostela), ale miejscowych znanych drużyn jest właśnie osiem: SanSe, Bermeo, Hondarribi, Pasajes San Pedro, Pasajes San Juan, Portugalete, Orio i Kaiku. Wszystkie te nazwy to baskijskie miejscowości nadmorskie, z wyjątkiem Kaiku, które jest marką produkującą mleko („kaiku” to w euskera drewniane naczynie na mleko, którego polską nazwę mam na końcu języka). Są też drużyny kobiece, ale ich wyścig jest wcześnie rano i większość widzów go niestety ignoruje. Panie mają też do pokonania krótszy dystans.

Typowa niedziela zaczyna się od zawiazania na szyi chusteczki w odpowiednim kolorze (np. Orio to zolty) i zajęcia pozycji (np. z lornetką), a potem już tradycyjnie – szwendanie się od baru do baru (czy raczej od uliczki przed barem do uliczki przed kolejnym barem) ze znajomymi i kieliszkiem w dłoni. Ja ostatnio odpadłam o osiemnastej (zaledwie siedem godzin stania, picia i wydawania pieniędzy), więc jestem cieniasem.

Pamiętajcie o wybraniu uliczki stosownie do wieku. Nastolatki i studenci gromadzą się na lewo od ruin kościoła, tam też pod nogami wala się najwięcej śmieci. Zamożni oblegają Fermin Calberton, dzieciaci Bulevard i okolice placu San Telmo (dużo miejsca na wózki), a ubodzy trzydziestolatkowie udają się do barów Iguana i Eiger na mojito za 3 euro.

PŁOTECZKI MUZYCZNE (2)

September 19, 2014

Kategoria drugiego tygodnia to nieznane B-side’y, co oznacza również, że wszystkie piosenki będą pochodziły z czasów, kiedy królowały jeszcze winyle. Fani mieli wtedy co spamiętywać – co wyszło na ilu calach, co było na drugiej stronie… (jeszcze w 1996 roku szykowałam sobie prymitywne testy komputerowe z pytaniami tego typu). Czasami na B-side’ach kryje się cały album, którego zdecydowano się jednak nie wydawać – ponoć jest tak w przypadku „Joshua Tree”. Wydawano też mini-albumy. „Love comes tumbling” U2 znajdziecie na „Wide Awake in America” z 1985 (ja mam go na CD, ale przynajmniej kupiłam go tyle lat temu, że musiałam pojechać po niego do Anglii, bo Internet był jeszcze w powijakach).

Pora na klasycznego B-side’a, na winylu i z epoki. Myślicie, że po latach przy 88.4FM, a może i nawet uczestnictwa w autentycznych kolacjach z tatarem i grzankami (lub ewentualnie tańcowania w „piekiełku” ośrodka wczasowego w Mierzynie) znacie wszystkie warte zapamiętania piosenki Boney M.? Komentarz zawodowy: „Nightflight to Venus” można wykorzystać nie tylko do wygibasów na wrotkach, ale i do małego „listening comprehension” (=co mowia w kokpicie)

Kolejne „listening comprehension” oparte na dialogu wplecionym w piosenkę oferuje perełka ze strony B debiutanckiego albumu Seala (albumu o bardzo skomplikowanej nazwie, której celowo tu nie podam, co byście sobie nad nią łamali głowy). Utwór nazywa się „Violet”. Jeśli ktoś chce się pobawić w Sherlocka, może wyszukać, z jakiego filmu pochodzą skrawki dźwiękowe, a jeśli ma doktorat z literatury – skąd wziął się tytuł (bo chyba nie o siostrę Hiacynty chodzi :p).
„Violet” to jedna z nielicznych piosenek, które (podobnie jak „Missing” Everything but the Girl) nieodparcie (i nie wiedzieć czemu) kojarzą mi się z Londynem.

“Oh Father” Madonny bylo czwartym singlem z “Like a Prayer”, ale nie sadze, zebyscie w 1989 roku kupowali amerykanskie single – dla mnie pozostanie utworem ze strony B. Madonna to nie tylko taka pani, co to kopiuje najgoretsze rytmy roku, a to posilkujac sie Abba, a to udajac, ze jest japonska wersja Björk. To nie tylko taka pani, co to szokuje latajac w biustonoszu – a raczej szokowala, bo dzis bez biustonosza ani rusz w szolbiznesie, biustonosz wiec pozostal, a szok powoduje raczej wiek jego nosicielki, prezentujacej swoje wdzieki na Inscie. Kiedys (ach, kiedys, bo ja taka stara juz jestem) probowala ciezszych tematow, takich jak zmierzenie sie ze smiercia wlasnej matki, ktora zmarla na raka piersi, gdy M. miala piec lat. Taki odpowiednik “Lemon” U2, tyle ze z lepszym wideoklipem, nominowanym do Grammy.

Jakieś takie smutnawe te moje B-side’y, wiec na sobotę wybrałam coś pogodnego. Jamiroquai kojarzy się z wyrazistymi rytmami w stylu funk, do których można prowadzić jedno z szybkich aut z kolekcji ukaranego odebraniem prawa jazdy Jay Kaya (dzieci, nie mylić z Jay Z). To raczej muzyką aktywnych wieczorów niż leniwych poranków. A tu, na pewnej stronie B, niespodzianka: rozkołysany hamak, rozkołysane palmy, rozkołysani my. Po prostu “Morning Glory”.

Dawno dawno temu, kiedy napady nieśmiałości mogłam jeszcze tłumaczyć młodym wiekiem, spodobał mi się dwa promowane w stacjach muzycznych duety, wybrałam się więc do kultowego sklepu Rock-long-luck celem zakupienia stosownej płyty. “Duets poproszę” wydukałam do sprzedawcy onieśmielona jego ramoneską/tatuażami/dreadami (czy co tam miał). “Sinatry czy Eltona Johna?”. Nie wiedziałam, że są dwa. Zaniemówiłam. “Eee, to może pierwszy album The Cranberries?” (o tytule chyba najdłuższym w historii rocka). Słuchałam go na okrągło na Erasmusie – z perspektywy czasu, nie było to chyba zbyt zdrowe i potrzebowałam Prozacu albo terapii. Ale “Sunday” do dziś mnie zachwyca. Sunday, melancholic Sunday.

Piosenka jest mroczna, album jest mroczny, grupa też zrobiła się mroczna po odrzuceniu dyskotekowych rytmów pana z Erasure i Yazoo. To wprawdzie nie “Black celebration”, ale okładka ciemna jak noc i oczywiście zaprojektowana przez Antona Corbijna (czego ten człowiek się nie chwytał, poświęcę mu kategorię). Muzyka, według mnie, ponadczasowa. “The Sweetest Perfection”Depeche Mode – jeśli utożsamiacie się z tekstem, to pędem na kozetkę albo do biblioteki po Johna Graya.

MUZYCZNE PŁOTECZKI (1)

September 15, 2014

To taka moja nowa inicjatywa facebookowa: “jedna okołowzrockowa piosenka dziennie skomentowana raczej w sposób spersonalizowany (spiosenkowany?) niż wikipedyjny. Każdy tydzień to osobna kategoria”.

Kategoria na pierwszy tydzień: piosenki, które brzmią, jakby były z innej dekady. Przynajmniej moim skromnym zdaniem. Na przykład takie “Homesick”Kings of Convenience- KOC – norweskiego duetu, który, jak chce, brzmi zupełnie jak Simon & Garfunkel, czego jest zresztą w pełni świadomy. Hołd to, nawiązanie, kopiowanie czy parodia? Ja wolę myśleć, że hołd, a wręcz taka mała reinkarnacja A zaczynam od KOC, bo odkryłam ich właśnie na FB, poprzez post kolegi. Spokojnie, o polskim KOCu też będzie

Podczas gdy chłopców z Kings of Convenience- KOC można spokojnie słuchać przyglądając się Benowi i Elaine w autobusie, ich gość z płyty „Riot on an empty street”, Feist, świetnie wpasowuje się w klimaty późniejsze o dekadę. „Let it die” kupiłam w ciemno zauroczona jej głosem i przyznaję ze wstydem, że przesłuchując go po raz pierwszy byłam przekonana, że to kolekcja coverów. Takie „One evening” na przykład brzmi zupełnie jak Marvin Gaye. Drugi nieoczekiwany plus: perfekcyjny francuski akcent. Ach, te Kanadyjki!

Ok, wspomniałam lata sześćdziesiąte, lata siedemdziesiąte, co z osiemdziesiątymi? Nie znam niestety zbyt wielu piosenek, które starają się naśladować to, co najlepsze, w moim ulubionym muzycznym dziesięcioleciu, a co dopiero takie, które robią to dobrze. Większość artystów zdaje się uważać, że wystarczy pożyczyć jakiś charakterystyczny sample. Oczywiście nie znam wszystkich sampli świata, ale nie zamierzam sprawdzać każdej piosenki w Wikipedii – wystarczy, że brzmi świeżo, jak jakaś nieodkryta perełka sprzed trzydziestu lat. Tak jak „Sprawl II” Arcade Fire.

Większość lubianych przeze mnie piosenek nawiązujących do poprzednich dekad czerpie inspiracje z lat sześćdziesiątych. Można to zrobić na trzy sposoby: komponując utwór, który absolutnie niczym nie zdradza się ze swoim późniejszym pochodzeniem, używając sampli czy coveru do stworzenia czegoś nowoczesnego, ale o sprawdzonej chwytliwości, albo zaskakując słuchacza współczesnym brzmieniem w samym środku piosenki udającej dużo starszą, tak jak to zrobił Beck w „New Pollution”. Szkoda, że scjentolog.

I kolejna wariacja na temat zapozyczen z innych dekad – a takze kolejny (swietny) album, ktory brzmi jak kolekcja coverow: “Memphis circa 3am” John Paul Keitha z 2013r. Nie wiem, czy facet sam sobie zmienil imiona i nazwisko czy tez mial rodzicow-fanatykow, w kazdym razie juz na pierwszy rzut oka widac, czym sie inspiruje. Kazda piosenka z plyty prowokuje do zadania sobie pytania w stylu “To to nie Orbison?” albo “To nie lecialo w Pulp Fiction?”. Przy “Almost you”, na przyklad, az sie prosi, zeby spiewal inny John, choc rownie chuderlawy…

Na koniec dwa odstepstwa od kategorii tygodnia, ale cos, co mi sie z nia skojarzylo.Na pierwszy ogien niech pojdzie zespol, ktory, czego nigdy bym sie o nim nie spodziewala, doskonale nasladuje gigantow z Pink Floyd, a dokladniej “Division Bell” z 1994 roku. “Jest super” T-love jest tylko 3 lata starsze, ale warte wyroznienia.

I wreszcie, w ostatnim wpisie pierwszej kategorii, chciałabym odwrócić ją do góry nogami – istnieją przecież piosenki-prokursorki, wyprzedające dany nurt czasem i o dziesięciolecia. Nie mam dostatecznej wiedzy na ten temat (polecam stary serial dokumentalny „Dancing in the street”), ale sama odkryłam jeden taki utwór – “Cow cow boogie” Elli Fitzgerald z 1943 roku, który przywodzi mi na myśl klasycznego Elvisa Presleya.

 

 

 

STUTTGART

September 1, 2014

I kto by pomyslal, ze dwa tygodnie w Stuttgarcie moga byc tak interesujace! Po pierwsze, czekalismy na pewien dokument, wiec nie wiedzielismy, ze to beda dwa tygodnie – zylismy z dnia na dzien, dostosowujac nasze plany do pogody ( zwykle deszczowo i 18-20 stopni) i tego, czy akurat uzywalismy biletu 3-dniowego czy nie (15 euro na cala aglomeracje, rewelacja). Po drugie, mieszkalismy na campingu, jako jedyni bez auta i krzesel, wiec wszystko zabieralo duzo czasu i pozwalalo byc tu i teraz u cieszyc sie drobiazgami. Po trzecie, polscy ekspaci z Hiszpanii moga zajadac sie w Niemczech chlebem z ziarnami, owocami jagodowymi i tureckimi przysmakami (nie, nie kebabem, tylko ayvarem i ayranem). I po czwarte, Stuttgart oferuje naprawde sporo atrakcji i nie mam pojecia, czemu nie jest bardziej popularny. Ponizej wskazowki turystyczne dla tych, ktorzy chca odkryc te perle – naprawde warto.

 

Zarowno z lotniska, jak i z dworca glownego, dojezdzamy na camping S-bahnem nr 2 i wysiadamy na stacji Bad Cannstatt. S-bahn lingwistyczne miesza w glowie: jesli pan z glosnika mowi  „es zwei nach…” to przeciez ma na mysli „S2”, a nie „this is 2”, a „links” oznacza „na lewo”, a nie (jak myslal Ru) „polaczenia”. Ze stacji Bad Cannstatt wychodzimy tylnym wyjsciem, skrecamy w lewo, a potem przy schronisku mlodziezowym w prawo, az po muzeum tramwajow, gdzie przechodzimy pod torami U-bahnu i wychodzimy na tajemniczy gigantyczny plac magazynowy nad rzeka Neckar. Przez caly nasz pobyt stawiano na fragmencie tego placu rownie gigantyczne pawilony w stylu bawarskiej/szwabskiej chlopskiej zagrody, okazuje sie bowiem, ze ta ogromna przestrzen zarezerwowana jest na stuttgardzki Oktoberfest, drugi co do wielkosci w Niemczech. I tak, codziennie mijalismy tam traktory, ciezarowki, makiety kosciolkow na tle gor itp. atrakcje. Zeby znalezc camping, najlepiej isc prosto przed siebie, az zatrzyma nas rzeka, potem skrecic w lewo i dac sie poprowadzic sciezce rowerowej az po plot campingu, a nastepnie okrazyc go zgodnie ze wskazowkai zegara w poszukiwaniu glownego wyjscia.

 

Camping kosztuje 18,5 euro za dwie osoby i namiot, ale warunki sa raczej spartanskie – obsluga nie przejmowala sie np. ze po osrodku peta sie labedz, zostawiajac wszedzie wielkie kupy. Nie ma tez wszechobecnych w Hiszpanii dzialeczek odgrodzonych od siebie zywoplotami – ot, wielki parking dla karawan i trawnik dla namiotow. Zza rzeki slychac autostrade (na szczescie wystarczaja dwa dni, zeby sie do niego przyzwyczaic), a tuz za betonowa sciana od wschodu slonca testuja na specjalnym torze Mercedesy.

 

I tak przechodzimy do pierwszej atrakcji Stuttgartu – samochodow. Daimler urodzil sie w pobliskim Schorndorf, a mieszkal w Bad Cannstatt, i efekt tego jest taki, ze nawet na wiezy dworca glownego obraca sie wielkie znajome logo. Ze wzgledu na ceny darowalismy sobie muzea Mercedesa i Porsche, ale tor testowy mozna sobie obejrzec gratis z mostku prowadzacego do Stowarzyszenia Kajakarskiego, trzeba sie tylko uzbroic w cierpliwosc, bo przeciez auta nie jezdza non stop i nie zawsze szybko. Nawet mnie ekscytowal widok przechylonego na zakrecie Sprintera o zamaskowanych na bialo-czarno nowych elementach karoserii. Widzielismy tez testowane ciezarowki, a nawet Maseratti, bo konkurencje tez przeciez trzeba sprawdzic. Do muzeum Mercedesa warto pojsc (z campingu 15 minut wzdluz rzeki) bez placenia za bilet, bo fajny sam w sobie jest budynek, parking (same merce), salon samochodowy (gigant ze wszystkimi modelami) i sklep muzeum (setki miniatur i gadzetow).

 

Druga atrakcja rowniez znajduje sie nad rzeka i w poblizu campingu – bo skoro „Bad Cannstatt”, to i jakies „bad” musi byc, prawda? My widzielismy trzy. Najstarsze, Bad Cannstatt po prostu, to z najstarszym budynkiem (Kursaal) i wlasnym przystankiem U-bahnu (za Daimlerplatz, a jakze), nie jest jednak zbyt duze i ma skomplikowany cennik, chyba po to, zeby zniechecic szaraczkow, skoro byle piwko na ich tarasie kosztuje 3,70 (ale warto, jesli nie ma sie nic innego do roboty, bo park zdrojowy ladny, w czesci na gorce za Kursaal maja widoki i minigolfa, a w samej restauracji stylowe wnetrza, czyste WC i duzy wybor ciast). Po parkach na obrzezach, w odroznieniu od tych w centrum miasta, nie kreca sie tez zebracy, z ktorymi trzeba dzielic sie swoja Ritter Sport (pochodzaca ze Stuttgartu zreszta, stad rzezba/kolumna ze wszystkich jej gatunkow na dworcu i parodia rzezby z ksiazek w ksiegarni przy Konigstrasse).

 

My wybralismy kompleks Leuze polozony nad sama Neckar, pomiedzy przystankami U-bahnu Mercedesstrasse i Mineralbader (latwe do zapamietania, nieprawdaz?). W cene nie moglismy uwierzyc – 15 euro za caly dzien basenow i saun. I to jakich basenow i jakich saun! Akwaparku wprawdzie nie ma (jest mani dla dzieci), ale sa jaccuzi, lozka, masaze stop i plecow, wielki ogrod, cieplutki basen na zewnatrz, no i najwieksza niespodzianka – basen z naturalnie gazowana woda mineralna! Woda ma tylko 20 stopni, wiec trzeba sie do niej przyzwyczaic, ale pozniej jakze zabawnie kluje, jakze odswieza, mozna tez pic ja do woli ze specjalnych kranikow. Kompleks saun tez powalil nas na kolana – bylo ich do wyboru kilkanascie, z roznymi aromatami, z muzyczka, ze swiatelkami, od 40 do 100 stopni, co kto woli, do tego oczywiscie baseny z zimna woda, obywanie stop i ze cztery pietra roznych tarasow z lezaczkami, w ktorych nogi mozna sobie ustawic nad glowa, z lezakami kamiennymi i ze skorzanymi hamakami – brakowalo tylko swiec i kwiatow. Ale uwaga – w kompleksie saun obowiazuje pelna golizna! Koedukacyjna i nawet na lezakach, o czym przypomni wam delikatnie ciemnoskory pan z obslugi. Niesmiali moga sie owinac recznikiem (w niedziele rano 90% klienteli stanowili panowie po 50tce, wiec sie raczej owijalam, chociaz podejrzewam, ze wielu bylo gejami), pewni siebie napatrzec na ciala staruszkow, wydepilowanych mezczyzn i panie z piercingami w genitaliach.

 

Trzecia atrakcja to ogromne, zadbane parki – osobiscie uwielbiam sie po nich przechadzac, zwlaszcza ze w SanSe parkami nazywa sie byle skwerek. Z parku Kursaal, z mala przerwa na starowke Bad Cannstatt (najstarszy dom w Stuttgarcie), mozna dojsc terenami zielonymi az do scislego centrum: najpierw mijamy ogrod zoologiczno-botaniczny Wilhelma (to mianownik, a nie dopelniacz – krolowie Badenii-Wirtenbergii ponazywali mase rzeczy Wilhelm… lub Karl…), potem wchodzimy do parku Rosenstein, ktory ciagnie sie az po dworzec glowny z charakterystyczna wieza, a za kladka jest juz scisle centrum: park za opera i Schlossplatz. Z Rosenstein mozna tez jakos dojsc zielonym korytarzem do parku Killeberg kolo osiedla zaprojektowanego w latach 20-tych przez Corbusiera i jego kolegow – kiedys byly tam baraki, z ktorych wywozono do Theresienstadt, ale skupmy sie na ogrodzie rozanym z darmowymi lezakami, ogrodzie letnim pod wieza widokowa i ogrodzie dalii. My bylismy tam (pierwszy raz) poznym deszczowym popoludniem i Killeberg zauroczylo nas magiczna atmosfera swojego 100-letniego wesolego miasteczka z atrakcjami z epoki i wozami cyganskimi, w ktorym nie sprzedaja zadnych badziewi, za to oferuja wystepy dla dzeci i gofry domowej roboty z cukrem pudrem albo przecierem jablkowym. Ciekawe parki, do ktorych trzeba przedrzec sie przez miasto, to Karlshohe i skwer przy Feuersee z kosciolem na polwyspie.

 

Wilhelma jest chyba ciekawsza dla milosnikow kwiatow, niz zwierzat. Warto zainwestowac w zwykly bilet za 14 euro – my kupilismy popoludniowy (16-20:00) za 10, po czym okazalo sie, ze pawilony zamykaja pomiedzy 18:30 a 19:00 i zaczely sie nerwy i bieganina. Najwieksza atrakcja sa ponoc malpy (takze czlekoksztaltne): mi najbardziej podobaly sie szklarnie (ach, te fuksje po horyzont) i akwaria (zwlaszcza ukwialy, rozgwiazdy, meduzy i inne nieoczywiste zyjatka). Mozna tez sobie obejrzec zoo zza plotu – widac doskonale niedzwiedzie polarne (dobre miejsce na parkowy lunch), lamy, strusie czy mrowkojada. W zoo rosna tez sekwoje i mieszka sporo wiewiorek i zajecy – nigdy tylu nie widzialam na raz.

 

Oddzielna od parkow kategoria sa winnice – pokryte sa nimi wlasciwie wszystkie poludniowe zbocza w okolicy. Jesli kogos stac, moze wybrac sie na przejadzki degustacyjne – przecietniacy, tacy jak my, zabieraja po prostu ulotki z informacji turystycznej przy dworcu, i chodza po szlakach przejazdzek sami, bo sa doskonale oznakowane. Jednym z nich mozna sie przejsc z Pragsattel az po jezioro Maxa Eytha nad Neckar, innym z przedmiecia Unterturkheim do miejscowosci Oberturkheim. Tak na marginesie, nazwy przystankow U-bahn i S-bahn w Stuttgarcie to dla filologa osobna atrakcja – od tych wszystkich ingeny-ow np. po kolei Ehningen, Gartningen i Nufringen, przez dziwaczne monosylaby w rodzaju Hulb czy Rohr i nazwy romantyczne takie jak Feuersee czy Leinfelden, az po bliskie sercu kazdego Aspiego Asperg.

 

Wspomnialam winnice, ale co z miejscowa gastronomia? Niestety, nasz ograniczony budzet, brak kuchenki i konserwatywny towarzysz nie pozwolili mi rozwinac skrzydel, chociaz ten ostatni zajadal sie ayvarem i uznal wyzszosc doner kebab nad hamburgerem (wiecej warzyw). W Winterbach polecam przepyszne donery na stacji S-bahn za jedyne 2,50, w Netto wedline z Turyngii firmy Lieblings, a w Coffee Fellows darmowe wifi i gniazdka z pradem. Uwaga: w niemieckich supermarketach nie mozna placic karta Visa! Jesli ktos chce poznac szwabska kuchnie, mozna sobie chyba poidarowac miejscowe pierozki, ale warto sprobowac „spatzli”, czyli grubego makaronu, najlepiej z sosem grzybowym. Ru zjadl taki na rynku w Esslingen.

 

Esslingen to jedno z wielu slodkich miasteczek, ktore otaczaja Stuttgart. Do dwoch pierwszy wybralismy sie ze wzgledu na zdjecia znalezione w folderze, a potem zauwazylismy, ze wspominaja je tez w opisie naszego biletu 3-dniowego, wiec odwiedzilismy wszystkie miejscowosci z owej ulotki: Schorndorf, Esslingen, Kirchheim, Herrenberg, Ludwigsburg… Najwiecej slodkich domow w kolorowa kratke jest chyba w Herrenberg, ale ja polecam Esslingen z jego winnicami, zamkiem na wzgorzu, waskimi uliczkami poza starowka, ciekawymi sklepami (od hipsterskich concept stores po arabski sklep z przyprawami) i domeczkami nad (doslownie) rzeka. Mozna sobie za to darowac Ludwigsburg, ktore (jak i jego palac) jest barokowe – lepiej przejsc sie w Berlinie za darmo po Charlottensburg.

 

I tak mijaly nam dni – a to ogladalismy auta na torze testowym, a to zobaczylismy, ze zbliza sie barka, wiec biegiem do sluzy, a to zglodnielismy, wiec maliny i jezyny, a to kolacja na karimacie przed namiotem, przygladajac sie zwyczajom mieszkajacych na caampingu Romow (mieszkali w przyczepach, ale jezdzili nowymi mercedesami). A potem droga powrotna: mozna wpasc do Baden Baden czy Strassburga, albo tak jak my, do Roses w Katalonii, przejsc sie wieczorem promenada wzdluz zatoki. A potem zielone gory Girony i wawozy Benasque w Pirenejach – ale to juz inna historia.