STUTTGART

I kto by pomyslal, ze dwa tygodnie w Stuttgarcie moga byc tak interesujace! Po pierwsze, czekalismy na pewien dokument, wiec nie wiedzielismy, ze to beda dwa tygodnie – zylismy z dnia na dzien, dostosowujac nasze plany do pogody ( zwykle deszczowo i 18-20 stopni) i tego, czy akurat uzywalismy biletu 3-dniowego czy nie (15 euro na cala aglomeracje, rewelacja). Po drugie, mieszkalismy na campingu, jako jedyni bez auta i krzesel, wiec wszystko zabieralo duzo czasu i pozwalalo byc tu i teraz u cieszyc sie drobiazgami. Po trzecie, polscy ekspaci z Hiszpanii moga zajadac sie w Niemczech chlebem z ziarnami, owocami jagodowymi i tureckimi przysmakami (nie, nie kebabem, tylko ayvarem i ayranem). I po czwarte, Stuttgart oferuje naprawde sporo atrakcji i nie mam pojecia, czemu nie jest bardziej popularny. Ponizej wskazowki turystyczne dla tych, ktorzy chca odkryc te perle – naprawde warto.

 

Zarowno z lotniska, jak i z dworca glownego, dojezdzamy na camping S-bahnem nr 2 i wysiadamy na stacji Bad Cannstatt. S-bahn lingwistyczne miesza w glowie: jesli pan z glosnika mowi  „es zwei nach…” to przeciez ma na mysli „S2”, a nie „this is 2”, a „links” oznacza „na lewo”, a nie (jak myslal Ru) „polaczenia”. Ze stacji Bad Cannstatt wychodzimy tylnym wyjsciem, skrecamy w lewo, a potem przy schronisku mlodziezowym w prawo, az po muzeum tramwajow, gdzie przechodzimy pod torami U-bahnu i wychodzimy na tajemniczy gigantyczny plac magazynowy nad rzeka Neckar. Przez caly nasz pobyt stawiano na fragmencie tego placu rownie gigantyczne pawilony w stylu bawarskiej/szwabskiej chlopskiej zagrody, okazuje sie bowiem, ze ta ogromna przestrzen zarezerwowana jest na stuttgardzki Oktoberfest, drugi co do wielkosci w Niemczech. I tak, codziennie mijalismy tam traktory, ciezarowki, makiety kosciolkow na tle gor itp. atrakcje. Zeby znalezc camping, najlepiej isc prosto przed siebie, az zatrzyma nas rzeka, potem skrecic w lewo i dac sie poprowadzic sciezce rowerowej az po plot campingu, a nastepnie okrazyc go zgodnie ze wskazowkai zegara w poszukiwaniu glownego wyjscia.

 

Camping kosztuje 18,5 euro za dwie osoby i namiot, ale warunki sa raczej spartanskie – obsluga nie przejmowala sie np. ze po osrodku peta sie labedz, zostawiajac wszedzie wielkie kupy. Nie ma tez wszechobecnych w Hiszpanii dzialeczek odgrodzonych od siebie zywoplotami – ot, wielki parking dla karawan i trawnik dla namiotow. Zza rzeki slychac autostrade (na szczescie wystarczaja dwa dni, zeby sie do niego przyzwyczaic), a tuz za betonowa sciana od wschodu slonca testuja na specjalnym torze Mercedesy.

 

I tak przechodzimy do pierwszej atrakcji Stuttgartu – samochodow. Daimler urodzil sie w pobliskim Schorndorf, a mieszkal w Bad Cannstatt, i efekt tego jest taki, ze nawet na wiezy dworca glownego obraca sie wielkie znajome logo. Ze wzgledu na ceny darowalismy sobie muzea Mercedesa i Porsche, ale tor testowy mozna sobie obejrzec gratis z mostku prowadzacego do Stowarzyszenia Kajakarskiego, trzeba sie tylko uzbroic w cierpliwosc, bo przeciez auta nie jezdza non stop i nie zawsze szybko. Nawet mnie ekscytowal widok przechylonego na zakrecie Sprintera o zamaskowanych na bialo-czarno nowych elementach karoserii. Widzielismy tez testowane ciezarowki, a nawet Maseratti, bo konkurencje tez przeciez trzeba sprawdzic. Do muzeum Mercedesa warto pojsc (z campingu 15 minut wzdluz rzeki) bez placenia za bilet, bo fajny sam w sobie jest budynek, parking (same merce), salon samochodowy (gigant ze wszystkimi modelami) i sklep muzeum (setki miniatur i gadzetow).

 

Druga atrakcja rowniez znajduje sie nad rzeka i w poblizu campingu – bo skoro „Bad Cannstatt”, to i jakies „bad” musi byc, prawda? My widzielismy trzy. Najstarsze, Bad Cannstatt po prostu, to z najstarszym budynkiem (Kursaal) i wlasnym przystankiem U-bahnu (za Daimlerplatz, a jakze), nie jest jednak zbyt duze i ma skomplikowany cennik, chyba po to, zeby zniechecic szaraczkow, skoro byle piwko na ich tarasie kosztuje 3,70 (ale warto, jesli nie ma sie nic innego do roboty, bo park zdrojowy ladny, w czesci na gorce za Kursaal maja widoki i minigolfa, a w samej restauracji stylowe wnetrza, czyste WC i duzy wybor ciast). Po parkach na obrzezach, w odroznieniu od tych w centrum miasta, nie kreca sie tez zebracy, z ktorymi trzeba dzielic sie swoja Ritter Sport (pochodzaca ze Stuttgartu zreszta, stad rzezba/kolumna ze wszystkich jej gatunkow na dworcu i parodia rzezby z ksiazek w ksiegarni przy Konigstrasse).

 

My wybralismy kompleks Leuze polozony nad sama Neckar, pomiedzy przystankami U-bahnu Mercedesstrasse i Mineralbader (latwe do zapamietania, nieprawdaz?). W cene nie moglismy uwierzyc – 15 euro za caly dzien basenow i saun. I to jakich basenow i jakich saun! Akwaparku wprawdzie nie ma (jest mani dla dzieci), ale sa jaccuzi, lozka, masaze stop i plecow, wielki ogrod, cieplutki basen na zewnatrz, no i najwieksza niespodzianka – basen z naturalnie gazowana woda mineralna! Woda ma tylko 20 stopni, wiec trzeba sie do niej przyzwyczaic, ale pozniej jakze zabawnie kluje, jakze odswieza, mozna tez pic ja do woli ze specjalnych kranikow. Kompleks saun tez powalil nas na kolana – bylo ich do wyboru kilkanascie, z roznymi aromatami, z muzyczka, ze swiatelkami, od 40 do 100 stopni, co kto woli, do tego oczywiscie baseny z zimna woda, obywanie stop i ze cztery pietra roznych tarasow z lezaczkami, w ktorych nogi mozna sobie ustawic nad glowa, z lezakami kamiennymi i ze skorzanymi hamakami – brakowalo tylko swiec i kwiatow. Ale uwaga – w kompleksie saun obowiazuje pelna golizna! Koedukacyjna i nawet na lezakach, o czym przypomni wam delikatnie ciemnoskory pan z obslugi. Niesmiali moga sie owinac recznikiem (w niedziele rano 90% klienteli stanowili panowie po 50tce, wiec sie raczej owijalam, chociaz podejrzewam, ze wielu bylo gejami), pewni siebie napatrzec na ciala staruszkow, wydepilowanych mezczyzn i panie z piercingami w genitaliach.

 

Trzecia atrakcja to ogromne, zadbane parki – osobiscie uwielbiam sie po nich przechadzac, zwlaszcza ze w SanSe parkami nazywa sie byle skwerek. Z parku Kursaal, z mala przerwa na starowke Bad Cannstatt (najstarszy dom w Stuttgarcie), mozna dojsc terenami zielonymi az do scislego centrum: najpierw mijamy ogrod zoologiczno-botaniczny Wilhelma (to mianownik, a nie dopelniacz – krolowie Badenii-Wirtenbergii ponazywali mase rzeczy Wilhelm… lub Karl…), potem wchodzimy do parku Rosenstein, ktory ciagnie sie az po dworzec glowny z charakterystyczna wieza, a za kladka jest juz scisle centrum: park za opera i Schlossplatz. Z Rosenstein mozna tez jakos dojsc zielonym korytarzem do parku Killeberg kolo osiedla zaprojektowanego w latach 20-tych przez Corbusiera i jego kolegow – kiedys byly tam baraki, z ktorych wywozono do Theresienstadt, ale skupmy sie na ogrodzie rozanym z darmowymi lezakami, ogrodzie letnim pod wieza widokowa i ogrodzie dalii. My bylismy tam (pierwszy raz) poznym deszczowym popoludniem i Killeberg zauroczylo nas magiczna atmosfera swojego 100-letniego wesolego miasteczka z atrakcjami z epoki i wozami cyganskimi, w ktorym nie sprzedaja zadnych badziewi, za to oferuja wystepy dla dzeci i gofry domowej roboty z cukrem pudrem albo przecierem jablkowym. Ciekawe parki, do ktorych trzeba przedrzec sie przez miasto, to Karlshohe i skwer przy Feuersee z kosciolem na polwyspie.

 

Wilhelma jest chyba ciekawsza dla milosnikow kwiatow, niz zwierzat. Warto zainwestowac w zwykly bilet za 14 euro – my kupilismy popoludniowy (16-20:00) za 10, po czym okazalo sie, ze pawilony zamykaja pomiedzy 18:30 a 19:00 i zaczely sie nerwy i bieganina. Najwieksza atrakcja sa ponoc malpy (takze czlekoksztaltne): mi najbardziej podobaly sie szklarnie (ach, te fuksje po horyzont) i akwaria (zwlaszcza ukwialy, rozgwiazdy, meduzy i inne nieoczywiste zyjatka). Mozna tez sobie obejrzec zoo zza plotu – widac doskonale niedzwiedzie polarne (dobre miejsce na parkowy lunch), lamy, strusie czy mrowkojada. W zoo rosna tez sekwoje i mieszka sporo wiewiorek i zajecy – nigdy tylu nie widzialam na raz.

 

Oddzielna od parkow kategoria sa winnice – pokryte sa nimi wlasciwie wszystkie poludniowe zbocza w okolicy. Jesli kogos stac, moze wybrac sie na przejadzki degustacyjne – przecietniacy, tacy jak my, zabieraja po prostu ulotki z informacji turystycznej przy dworcu, i chodza po szlakach przejazdzek sami, bo sa doskonale oznakowane. Jednym z nich mozna sie przejsc z Pragsattel az po jezioro Maxa Eytha nad Neckar, innym z przedmiecia Unterturkheim do miejscowosci Oberturkheim. Tak na marginesie, nazwy przystankow U-bahn i S-bahn w Stuttgarcie to dla filologa osobna atrakcja – od tych wszystkich ingeny-ow np. po kolei Ehningen, Gartningen i Nufringen, przez dziwaczne monosylaby w rodzaju Hulb czy Rohr i nazwy romantyczne takie jak Feuersee czy Leinfelden, az po bliskie sercu kazdego Aspiego Asperg.

 

Wspomnialam winnice, ale co z miejscowa gastronomia? Niestety, nasz ograniczony budzet, brak kuchenki i konserwatywny towarzysz nie pozwolili mi rozwinac skrzydel, chociaz ten ostatni zajadal sie ayvarem i uznal wyzszosc doner kebab nad hamburgerem (wiecej warzyw). W Winterbach polecam przepyszne donery na stacji S-bahn za jedyne 2,50, w Netto wedline z Turyngii firmy Lieblings, a w Coffee Fellows darmowe wifi i gniazdka z pradem. Uwaga: w niemieckich supermarketach nie mozna placic karta Visa! Jesli ktos chce poznac szwabska kuchnie, mozna sobie chyba poidarowac miejscowe pierozki, ale warto sprobowac „spatzli”, czyli grubego makaronu, najlepiej z sosem grzybowym. Ru zjadl taki na rynku w Esslingen.

 

Esslingen to jedno z wielu slodkich miasteczek, ktore otaczaja Stuttgart. Do dwoch pierwszy wybralismy sie ze wzgledu na zdjecia znalezione w folderze, a potem zauwazylismy, ze wspominaja je tez w opisie naszego biletu 3-dniowego, wiec odwiedzilismy wszystkie miejscowosci z owej ulotki: Schorndorf, Esslingen, Kirchheim, Herrenberg, Ludwigsburg… Najwiecej slodkich domow w kolorowa kratke jest chyba w Herrenberg, ale ja polecam Esslingen z jego winnicami, zamkiem na wzgorzu, waskimi uliczkami poza starowka, ciekawymi sklepami (od hipsterskich concept stores po arabski sklep z przyprawami) i domeczkami nad (doslownie) rzeka. Mozna sobie za to darowac Ludwigsburg, ktore (jak i jego palac) jest barokowe – lepiej przejsc sie w Berlinie za darmo po Charlottensburg.

 

I tak mijaly nam dni – a to ogladalismy auta na torze testowym, a to zobaczylismy, ze zbliza sie barka, wiec biegiem do sluzy, a to zglodnielismy, wiec maliny i jezyny, a to kolacja na karimacie przed namiotem, przygladajac sie zwyczajom mieszkajacych na caampingu Romow (mieszkali w przyczepach, ale jezdzili nowymi mercedesami). A potem droga powrotna: mozna wpasc do Baden Baden czy Strassburga, albo tak jak my, do Roses w Katalonii, przejsc sie wieczorem promenada wzdluz zatoki. A potem zielone gory Girony i wawozy Benasque w Pirenejach – ale to juz inna historia.

Advertisements

Tags: , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: