PŁOTECZKI MUZYCZNE (2)

Kategoria drugiego tygodnia to nieznane B-side’y, co oznacza również, że wszystkie piosenki będą pochodziły z czasów, kiedy królowały jeszcze winyle. Fani mieli wtedy co spamiętywać – co wyszło na ilu calach, co było na drugiej stronie… (jeszcze w 1996 roku szykowałam sobie prymitywne testy komputerowe z pytaniami tego typu). Czasami na B-side’ach kryje się cały album, którego zdecydowano się jednak nie wydawać – ponoć jest tak w przypadku „Joshua Tree”. Wydawano też mini-albumy. „Love comes tumbling” U2 znajdziecie na „Wide Awake in America” z 1985 (ja mam go na CD, ale przynajmniej kupiłam go tyle lat temu, że musiałam pojechać po niego do Anglii, bo Internet był jeszcze w powijakach).

Pora na klasycznego B-side’a, na winylu i z epoki. Myślicie, że po latach przy 88.4FM, a może i nawet uczestnictwa w autentycznych kolacjach z tatarem i grzankami (lub ewentualnie tańcowania w „piekiełku” ośrodka wczasowego w Mierzynie) znacie wszystkie warte zapamiętania piosenki Boney M.? Komentarz zawodowy: „Nightflight to Venus” można wykorzystać nie tylko do wygibasów na wrotkach, ale i do małego „listening comprehension” (=co mowia w kokpicie)

Kolejne „listening comprehension” oparte na dialogu wplecionym w piosenkę oferuje perełka ze strony B debiutanckiego albumu Seala (albumu o bardzo skomplikowanej nazwie, której celowo tu nie podam, co byście sobie nad nią łamali głowy). Utwór nazywa się „Violet”. Jeśli ktoś chce się pobawić w Sherlocka, może wyszukać, z jakiego filmu pochodzą skrawki dźwiękowe, a jeśli ma doktorat z literatury – skąd wziął się tytuł (bo chyba nie o siostrę Hiacynty chodzi :p).
„Violet” to jedna z nielicznych piosenek, które (podobnie jak „Missing” Everything but the Girl) nieodparcie (i nie wiedzieć czemu) kojarzą mi się z Londynem.

“Oh Father” Madonny bylo czwartym singlem z “Like a Prayer”, ale nie sadze, zebyscie w 1989 roku kupowali amerykanskie single – dla mnie pozostanie utworem ze strony B. Madonna to nie tylko taka pani, co to kopiuje najgoretsze rytmy roku, a to posilkujac sie Abba, a to udajac, ze jest japonska wersja Björk. To nie tylko taka pani, co to szokuje latajac w biustonoszu – a raczej szokowala, bo dzis bez biustonosza ani rusz w szolbiznesie, biustonosz wiec pozostal, a szok powoduje raczej wiek jego nosicielki, prezentujacej swoje wdzieki na Inscie. Kiedys (ach, kiedys, bo ja taka stara juz jestem) probowala ciezszych tematow, takich jak zmierzenie sie ze smiercia wlasnej matki, ktora zmarla na raka piersi, gdy M. miala piec lat. Taki odpowiednik “Lemon” U2, tyle ze z lepszym wideoklipem, nominowanym do Grammy.

Jakieś takie smutnawe te moje B-side’y, wiec na sobotę wybrałam coś pogodnego. Jamiroquai kojarzy się z wyrazistymi rytmami w stylu funk, do których można prowadzić jedno z szybkich aut z kolekcji ukaranego odebraniem prawa jazdy Jay Kaya (dzieci, nie mylić z Jay Z). To raczej muzyką aktywnych wieczorów niż leniwych poranków. A tu, na pewnej stronie B, niespodzianka: rozkołysany hamak, rozkołysane palmy, rozkołysani my. Po prostu “Morning Glory”.

Dawno dawno temu, kiedy napady nieśmiałości mogłam jeszcze tłumaczyć młodym wiekiem, spodobał mi się dwa promowane w stacjach muzycznych duety, wybrałam się więc do kultowego sklepu Rock-long-luck celem zakupienia stosownej płyty. “Duets poproszę” wydukałam do sprzedawcy onieśmielona jego ramoneską/tatuażami/dreadami (czy co tam miał). “Sinatry czy Eltona Johna?”. Nie wiedziałam, że są dwa. Zaniemówiłam. “Eee, to może pierwszy album The Cranberries?” (o tytule chyba najdłuższym w historii rocka). Słuchałam go na okrągło na Erasmusie – z perspektywy czasu, nie było to chyba zbyt zdrowe i potrzebowałam Prozacu albo terapii. Ale “Sunday” do dziś mnie zachwyca. Sunday, melancholic Sunday.

Piosenka jest mroczna, album jest mroczny, grupa też zrobiła się mroczna po odrzuceniu dyskotekowych rytmów pana z Erasure i Yazoo. To wprawdzie nie “Black celebration”, ale okładka ciemna jak noc i oczywiście zaprojektowana przez Antona Corbijna (czego ten człowiek się nie chwytał, poświęcę mu kategorię). Muzyka, według mnie, ponadczasowa. “The Sweetest Perfection”Depeche Mode – jeśli utożsamiacie się z tekstem, to pędem na kozetkę albo do biblioteki po Johna Graya.

Advertisements

Tags: , , , , , , , , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: