UTRUDNIANIE SOBIE ZYCIA (KOLEJNY RANT)

Chyba we wszystkich krajach, ktore odwiedzilam, zaskoczyl mnie mile jakis miejscowy wynalazek czy zwyczaj. Na moim niemieckim uniwersytecie, na przyklad, moja karta studencka byla jednoczesnie sieciowka wazna takze na pociagi w obrebie kilkudziesieciu kilometrow, a dolaczano do niej zestaw hologramowych naklejek, ktore urzednicy mogli naklejac na inne dokumenty, zamiast wymagac ode mnie jakichs potwierdzen z rektoratu. W Szwajcarii placisz za wywoz smieci tyle, ile zainwestujesz w specjalne worki na smieci, nie musisz sie wiec przejmowac, ze nie wystarczy ci kubla albo frustrowac, ze w danym tygodniu kubla prawie ze nie zapelniles. W Japonii w wielu publicznych kabinach toaletowych dla kobiet sa wysokie krzeselka dzieciece (niemowlaki zwykle nosi sie tam w nosidelkach – zalozenie jest chyba takie, ze z takim ciezszym, 8-miesiecznym, trudniej kucnac nad typowa japonska dziura w podlodze). W Turcji w toaletach publicznych sa bidety. Itp. itd.

W SanSe? Hm… Jak wiadomo, lubie sobie na nia ponarzekac, pozwolcie wiec, ze znowu to zrobie. Odnosze wrazenie, ze tu ludzie raczej utrudniaja sobie zycie. Chca chyba zachowac rownowage w przyrodzie – mamy ladna pogode, swieze warzywa caly rok, przesiadujemy w barach – jak by tu sie podenerwowac? Oto kilka miejscowych patentow – zalozmy, ze prawdziwych dla SanSe, bo calej Hiszpanii przeciez nie sprawdze.

1. TRANSPORT MIEJSKI

Ok, wygral ogolnoeuropejska nagrode za ekologicznosc – ludzie tyle tu frytuja, ze obok pojemnikow na makulature stoja i pojemniki na stary olej spozywczy, ktorym napedza sie tutejsze autobusy (maja tez autobusy elektryczne z poznanskiego Solarisa). Ale… Po pierwsze, nie ma wymyslnego systemu sieciowek. Tzn. mozesz sobie wyrobic specjalna karte, ktora upowaznia cie do 50% znizki, ale to by bylo na tyle – jesli dojezdzasz codziennie 4 przystanki, zaplacisz tyle samo, co osoba, ktora dojezdza godzine. Po drugie, wyrobienie owej karty kosztuje 5 euro, niezaleznie od tego, czy chcesz jej uzywac przez miesiac czy przez lata. Po trzecie, wyrobienie jej jest tak skomplikowane, ze nie dostaniesz jej od reki. Po czwarte, jesli karte zgubisz, nie wydadza ci zadnej karty zastepczej – dopoki nie przysla ci nowej karty do domu, musisz bulic 100% ceny biletu.

Jestes tylko turysta? Nawet pojedynczy przejazd moze byc frustrujacy. Dla ulatwienia zycia sobie, a nie pasazerom, na kazdym przystanku wisza te same plakaty informacyjne – nie dowiesz sie wiec, o ktorej twoj autobus odjezdza wlasnie z tego przystanku (musisz to sobie wyliczyc), a w opisie trasy autobusu przystanek, na ktorym jestes, nie bedzie zaznaczony jakas kropka czy innym kolorem, przez co bedziesz musial przeczytac cala trase i sam go znalezc. Przystanki nie maja zreszta nazw, tylko adresy (Av. de Madrid 22), przez co czasem latwiej je znalezc, ale czy przystanek przy dworcu autobusowym nie moglby sie nazywac “Av, de Madrid, Estacion de autobuses”, a stacja kolei podmiejskiej w centrum “Donostia-SanSebastian Centro”, a nie “Amara – Donostia”? Ilu cudzoziemcow wie, ze SanSe nazywa sie po baskijsku Donostia i ze Amara jest 5 minut drogi od scislego centrum?

Aha, uwaga – kolej podmiejska nazywa sie teraz “metro”. Rzeczywiscie, kilka stacji znajduje sie pod ziemia, ale wiekszosc, w tym wspomniana juz Amara, nie. wyobrazcie sobie miny amerykanskich turystow, kiedy zdezorientowani pytaja mnie o metro, a ja wskazuje im zwykly dworzec! (Pomijam fakt, ze w SanSe dworzec autobusowy nie jest budynkiem – o tym i innych absurdach miejscowych PKSow pisalam w pazdzierniku 2011).

I wreszcie same trasy autobusow. Moje miasto rodzinne mnie rozpuscilo – przystanek powrotny jest zwykle po przeciwnej stronie ulicy. W SanSe – zazwyczaj nie. I czasami moze go wcale nie byc, bo autobus robi petle, ale… tylko w jednym kierunku. Do Antiguo jade z domu 10 minut, ale z powrotem juz 30, bo musze zaliczyc resztke petli. Nie ma tez tak, ze z jednego przystanku odjezdza siedem autobusow, wiec jesli pasuja ci trzy z nich, to sobie spokojnie czekasz – nie, tutaj musisz miec na oku sasiedni przystanek dla autobusow jadacych w tym samym kierunku, ale polozony 50 metrow dalej.

2. OKNA

Wielu emigrantow zali sie na okna angielskie – ze otwieraja sie na zewnatrz, wiec jak tu je umyc, ze pojedyncze szyby. Tutaj okna tez sa pojedyncze, a w blokach – suwane. Tez je trudno umyc, zwlaszcza, ze okno otwierane ma moze z 60cm szerokosci, a okno suwane moze miec juz z metr. Przesuniecie go nieraz wymaga sporo wysilku – trzeba sie zapierac o szybe i brudzic ja sladami dloni. Okna takie czesto nie sa zbyt szczelne, bo jak juz je dosuniesz, nie przekrecasz zadnej klamki, zeby zaplombowac je w ramie. Oznacza to takze, ze kazdy moze otworzyc je z zewnatrz. Spytalam tubylcow, czy nie boja sie wlamywaczy, ale odparli: “Tyle jest miejsc, do ktorych latwiej sie wlamac…”. I rzeczywiscie, bo wiekszosc drzwi wejsciowych tylko sie zatrzaskuje, wiec mozna je tworzyc “na karte kredytowa”. (Wiecej o urokach baskijskich mieszkan pisalam we wrzesniu 2012).

3. PRANIE

Wszystkie znane mi osoby piora wylacznie w 30 stopniach (na poczatku troche sie tego brzydzilam – cudzy recznik prany przez lata tylko w 30 stopniach?). Ania spytala mnie ostatnio przytomnie – a co z plamami? Zauwazylam dwie metody. Metoda pierwsza to odmaczanie ubran w czyms, co pachnie jak staromodny produkt do szorowania klatki schodowej. Metoda druga, to uzywanie plaskich szczotek. Raz mi sie zdarzylo, ze mloda, bogata, otwarta na swiat kobieta polecila mi spray na plamy, a nawet przywiozla mi go… z Francji. Ja piore w 40, ale musze sie z tym kryc 😉

Pranie, jak wspominalam pewnie w wielu wpisach, wiesza sie na mobilnych sznurkach w blokowej studni, ktora moznaby litosciwie nazwac patio. Studnia jest dostepna ze wszystkich pokoi “wewnetrznych” – najczesciej z kuchni, czasem z najgorszej z sypialni lub po prostu ze wspolnej klatki schodowej. W praktyce wyglada to tak, ze wychylasz sie z okna na, powiedzmy, siodmym pietrze, walczac o zycie z przescieradlem na lozko o wymiarach 200×180 – albo z wlasnym, ktore, mokre, wazy tone, albo z cudzym, ktore zwiesza sie z pietra wyzej i zasklania ci widok. Przy okazji mozesz podsluchiwac (lub “podwachiwac”) sasiadow. Jesli cos ci do studni spadnie, sprzataczka zostawi ci to (np. twoje stringi) przy skrzynkach na listy. Cudownie.

Pamietajmy, ze w wielu mieszkaniach nie ma ogrzewania (albo uzywa sie wylacznie przenosnych grzejnikow elektrycznych). Suszenie prania w takich warunkach (i to w wilgotnym atlantyckim klimacie, gdzie wszystko plesnieje w blyskawicznym tempie) to musi byc fun!

Ostatnio pralam cala wyprawke mojego nienarodzonego syna i zeby ubranka pachnialy swiezym powietrzem i nie przepdly na wieki w czelusciach studni, powiesilam je na naszym wielkim oszklonym balkonie – tesciowa byla wyraznie ubawiona i nazwala mnie cyganka.

4. POSCIEL

Wspomnialam gigantyczne przescieradlo, ale tak dokladniej wiesza sie takie dwa albo trzy na raz – przescieradlo chroniace materac (tutaj wielu ludzi ma materace za kilkaset euro), przescieradlo, ktore jest nad tym ochronnym, ale pod toba, oraz przescieradlo, ktore jest nad toba, ale pod koldra. Duzo tego prania! I do tego te ich smieszne dlugasne poduszki-kiszki, ktore bardzo trudno obloczyc. (BTW, wygooglajcie prosze na grafice almohada 160 cm. Hm, ciekawe… Wam tez to sie wyswietla?)

5. SYSTEM EDUKACJI

Poczawszy od zlobka po baskijsku, do ktorego isc trzeba, bo zlobek jest integralna czescia zlobko-przedszkolo-szkolo–gimnazjo-liceum i potem ponoc trudno sie do szkoly dostac. Potem przedszkole z betonowym wybiegiem i bez otwieranych okien. Obie te placowki zamkniete od polowy czerwca do polowy wrzesnia, do tego masa swiat i dlugich weekendow, a hiszpanski ZUS nie daja rodzicowi chorobowego na dziecko, chyba ze jest w szpitalu (co moze przeciez oznaczac, ze jest pod dobra opieka lekarzy, a nie samo w domu). Potem szkola, z obowiazkowa religia, baskijskim nacjonalizmem i angielskim, z ktorego nie zwalaniaja nawet dzieci native speakerow. Co chwila jakies sesje egzaminacyjne zamiast zwyklych sprawdzianow. A na koniec matura ze wszystkich przedmiotow – dwa dni testow.

6. EL BOTE

W Polsce umawiasz sie z kolezanka w kawiarnii na 2-3 godziny – kazda placi za siebie, czasem jedna osoba stawia drugiej na zmiane. Tutaj spotykasz sie z osmioma kolezankami na zaliczenie szesciu roznych barow – na poczatku kazda wrecza wybranej w bolach ofierze po 20, 30, 40 euro, zeby placila za wszystkich, nie mozesz wiec przegapic zadnej kolejki, ani zaszalec i kupic sobie drogiego drinka. Wszyscy musza pic dokladnie to samo, w tym samym tempie – no i musza pic. Podobnie jest z obiadami – zamiast zaprosic 4 znajomych do domu, rezerwujesz stoliszcze na 20 osob w twoim “sociedad” (czyms w rodzaju kolektywnie utrzymywanej restauracji, w ktorej kucharzem jestes ty sam), a potem kazdy placi wyliczona dole. Nie obzarles sie jak inni? Nie wypiles butelki wina i dwoch drinkow? Twoj problem, dziwaku – plac!

Ale zrzedze, zamiast wychwalac swieze atlantyckie rybki, niezwykle lagodny klimat czy setki atrakcji turystycznych w okolicy 😉

Advertisements

Tags: , , ,

One Response to “UTRUDNIANIE SOBIE ZYCIA (KOLEJNY RANT)”

  1. Agnieszka Marciniak Says:

    Z tego wszystkiego obowiązkowa religia przybiła mnie najbardziej 😉

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: