Archive for the ‘Dreams’ Category

PO PRZECZYTANIU JOYCE’A W LICEUM

July 26, 2016

Gdy rozum śpi budzą się demony. A właściwie tylko jeden, Demon Damon. Pochyla się ostrożnie nad posłaniem Fritza, który pochrapuje słodko nie wiedząc co go czeka. Patrzy na niego z czułością, tak jak zawsze to robi w tej pierwszej bezrozumnej godzinie, tak jak robi to zawsze odkąd kuzynka Mirabelle straciła swoje piękne nogi na rzecz małych pokurczonych szponów, które skrzętnie zasłania flanelową spódnicą. Demon na Fritza.

A później bierze kij i bije go bez litości.

Paul przysłuchuje się odgłosom z sąsiedniego pokoju. Nie jest sam, rozum śpi obok. Mały, szary i pomiatany przez wszystkich wrócił przed kwadransem z nocnej zmiany, Otulił się gęstymi oparami karbidówki, podwinął swoje kościste nóżki pod samą brodę. Oddycha płytko. Rzuca na ścianę cień w kształcie motyla.

Paul bierze do ręki małą, wilgotną ściereczkę. Przypomina mu szczeniaka. Nalewa do miseczki parującego mleka i macza pysk ściereczki w gorącym płynie. Materiał nasiąka cieczą, robi się coraz cieplejszy, parzy, wreszcie Paul  wypuszcza ściereczkę. Szczeniak spada miękko na podłogę. Zmienia się z psa w rozjechaną ropuchę. Paul chucha przez chwilę na palce, zrywa się z krzesła i wybiega na zewnątrz.

Świta i mży. Paul siada na schodkach wejściowych i obserwuje starego Brensona, który siedzi przy bramie na kawałku tektury. Stary trzyma w ręku szyjkę butelki po piwie i wpatruje się w nią, jak w jakąś lunetę. Nagle wybucha śmiechem. Śmieje się tak bardzo, że aż kładzie się na mokrym betonie i wierzga nogami jak noworodek. Szyjka od butelki pęka mu w dłoni i kaleczy palce. Stary nieruchomieje. Leży tak przez chwilę, ale szybko wstaje i rozglądając się niespokojnie na boki stara się owinąć krwawiące palce kawałkiem gazety wyciągniętym z kieszeni. Zauważa chłopca, uśmiecha się odruchowo i kuśtykając wychodzi przez bramę na miasto. Paul wraca do kuchni.

 

*     *     *

Paul i rozum są sami w domu. Rozum ciągle śpi. Paul kładzie się na podłodze i patrzy przez szparę w drzwiach na podwórko. Myśli o guziczkach. O ich magicznej mocy, kiedy ściska się je dostatecznie mocno. Kałuża moczu pod kuchenką zaczyna wysychać. Miotła pani Craftree przesuwa się po podwórzu w rytm zegara sąsiadów z góry. Paul zaczyna cichutko buczeć. Z podbrzusza wysuwają mu się dwa metalowe kółka. Zatacza krąg na dywaniku i zaczyna delikatnie się wznosić. Wzór dywanu oddala się w zastraszającym tempie. Nagle wysokość zaczyna gwałtownie maleć. Koniec.

Paul znów leży na podłodze. Zapomniane nadgnite jabłko turla się pod szafę. Miotła pani Craftree wciąż szura rytmicznie po podwórzu.  Rozmyśla o tym, jak sprawić by czuć jeszcze więcej. Wydaje mu się, że wisi w przeźroczystej galarecie i nie potrafi się z niej wydostać, jego małe receptory skórne wykorzystują jedynie niewielki procent swoich możliwości.         Paul przydusza z całej siły dłoń do krawędzi stołu i przesuwa ją po kancie ,żeby poczuć ból. Potem wczołguje się pod szafę i wyciąga nadgniły owoc starając się rozkoszować własnym obrzydzeniem. Z całej siły ciska jabłkiem w cień kuchenki,  mając nadzieję, że złapie go skurcz, ale nic się nie dzieje. Miazga spływa łagodnie po wypłowiałej tapecie. Gdy dociera do podłogi, zegar sąsiadów zaczyna wybijać ósmą.

 

Ósma godzina, czas na śniadanie.

W chińskie jedwabie stroją się panie,

Imbryk bulgocze niczym pan młody

Nie traćże czasu na dłuższe spanie.

 

Pani Craftree łaja Oliwię, która, pijana jak bela, wróciła właśnie z nocnej orgietki. Oliwia ma białe mięsiste uda, często wystawia je na słońce ku uciesze wszystkich sąsiadów. Gwizdom nie ma końca. Tylko rozum pozostaje niewzruszony. Wystarczy jednak jedna wulgarna uwaga by na krótką chwilę otrząsnął się z typowego dla siebie odrętwienia i rzucił krótkie znaczące spojrzenie, które zmusza dowcipnisia do wycofania się za firanki. Tylko wtedy można poczuć tę straszliwą siłę charakteru, jaka kryje się za bladomleczną fasadą jego niewzruszonej twarzy. Ale ta sekunda chwały szybko mija i gdy tylko Oliwia znika z horyzontu rozum na powrót staje się małą, szarą, pomiataną przez wszystkich kreaturą. A teraz śpi.

…mały porcelanowy dzwoneczek trzepocze na wietrze niczym zabłąkana duszyczka drozda, czas na bal, czas na bal. Nim zniknie ostatnia wieczorna zorza podjazd zapełni się tłumem gości, lśniącojedwabne ciało, którego lewa strona podaje boyom kluczyki, a prawa, otulona w srebrne lisy, sięga wiotkimi dłońmi po pierwszy kieliszek szampana. Rytm walca, wachlarze i tęczowe boa. Przeciskam się wśród ciał tancerzy w kierunku światła, to the lighthouse, to the lighthouse…

Rozum przewraca się na drugi bok wydając z siebie rozkoszne sapnięcie. Paulowi przypomina to parowóz, który widział dawno temu. Nagle czuje wielka potrzebę opuszczenia domu. Kuzynka Mirabelle zawsze powtarza, że Paul nie może wychodzić sam. Nie, żeby specjalnie się przejmowano, czy mu coś się stanie, tam, w dalekim świecie. „Nie zamkniesz drzwi porządnie i szczury dobiorą się rozumowi do gęby. Nie byłby zbyt zachwycony.” To słowa kuzynki. Całe wyjaśnienie. Paul nie chce, żeby coś się stało jego śpiącemu bratu, ale nie może zwalczyć pokusy. Otwarta przestrzeń przyciąga go jak magnes. W swoim całym życiu najdalej był na targu w Merton. Nawet Fritz był dalej. Cioteczka Ruby zabiera codziennie jego i swoją najmłodszą pod same merostwo. Siadają na schodkach, tuż obok wywietrznika gorącego powietrza , mała Macy na podołku ciotki, a Fritz tuż obok, owinięty dokładnie chustą, tak, że widać tylko jego chude, piegowate policzki i wielkie zimnobłękitne oczy odziedziczone, podobnie jak i imię, po pewnym niemieckim marynarzu, który spłodził go na zapleczu baru Hanleya jakieś osiem lat temu. Siadują tak tam codziennie, z wyjątkiem niedzielnych poranków, kiedy to przenoszą się pod kościół św. Agaty.

Paul nie nadaje się do tego zajęcia. „Ten dzieciak jest stuknięty, albo to życie nie dorwało mu się jeszcze do skóry.”, mawia cioteczka, „Zawsze z głupawym uśmiechem na twarzy, myślałby kto, że go tu karmimy samą czekoladą. Nikt nie uwierzy, że komuś tak szczęśliwemu przyda się pens czy dwa. Mógłby ludzi rozśmieszać, ale do błaznowania też się nie nadaje. Fruwa w obłokach. Żadnego z niego pożytku. A wmów przechodniom, że to cierpiący idiota, mina miną, ale elektrowstrząsy kosztują, to zaraz robi się poważny niczym młynarz na procesji i wypytuje się w natchnieniu o opuszki palców i inne takie. Nawiedzonemu też nikt nic nie da. Pauley, Pauley, dzieciak jesteś, ale powinieneś już wiedzieć to i owo. W tym interesie liczy się konsekwencja. Dzięki niej wyrabiasz sobie opinię, ludzie myślą, że wiedzą coś o tobie i ufają ci. I dają pieniądze. Bo jesteś chory, głodny albo wariat. Ale nie zagadka.”

THE LIBRARY-READY BODY CHALLENGE

July 24, 2016

Five years in the gourmet capital of Europe, my pregnancy and a year of intensive, almost attachment-style parenting left me with a new body – seven kilos heavier, with a deeper stoop, greying hair and other exciting details, which you only mention if you are a famous youtuber. Only that most female youtubers seem to be superwomen, who film instructions on how to groom your eyebrows with Dior over your home-made vegan breakfast after a 20k run and it’s only 7 in the morning.

These posts are meant for a completely different audience – people like me, who can’t afford Dior, nor fancy yoga clothes, who struggle to be vegan in a world of hostile carnivores (and emotional eating, and sheer laziness). People who have always chosen a good book over a run, or tried yoga only to find out their hands sweat too much to support them in the dog asana. Girls who don’t want a bikini-ready body because they would rather be in a library than sizzling in the sun.

Expect links to easy yoga videos, vegan recipes, creative mindfulness and me giving it all up in a matter of days. Enjoy the ride!

 

OLD POEMS

July 23, 2016

I started writing poems when I was around seven and I still think they are quite good. I want to post them all here when I find them in my parents’ house in December. Sorry readers! And here’s a later bunch.

 

A CONVERSATION

I’ll hurt you.

But being with me?

Being with you.

Well, I’ll hurt you, too.

But in between the hurting,

Baby, it’s paradise.

It’s heaven and hell

Break loose

At the same time.

 

 

SHAKESPEARIAN

My lord, why are you so out of measure sad?

What’s thy pleasure?

Do you love me, master? No?

Well, in that case

Let your indulgence set me free.

 

YOU ARE SO SOFT

You’re so soft

With a softness I have never experienced before,

Never dreamed of before,

A softness of something, an object,

And yet of flesh,

And yet of me.

 

How strange to be able to reach so deep,

Explore oneself in the true sense of the word,

Explore oneslef without cruelty, without vomit, without blood.

 

It’s always there.

 

It’s always been there.

 

So soft.

 

 

GRASS AND GLASS

You’re made of thin ice and slivers of glass, pointed upwards,

And, in between, wide plains of lush grass, green,

So green, so warm, so welcoming

One only wants to lie down

And rest

And dream

And get stolen by a wave

Of green grass,

Basking in the sun,

Until the hand reaches the brim of the warmth

And one shivers

And one cries.

 

NEVER BE MINE

The smile,

The eyes,

The mystery.

Hundreds of hours spent talking with a spectre,

Hundreds of hours of new, overwhelming joy

That might not be found.

Smelling the brow,

Gently brushing against the cheek, the nose

To reach just the very tip

Of the moist line

Of your lips

And

In a rush

Taste your tongue.

 

 

THE ICE CREAM SONG

I guess I’m a very religious person,

It’s just

I don’t happen to love Jesus.

 

I’m melting! Scoop me up!

 

Let’s go with the flow – but you’re the captain.

 

Whatever happens to us,

Adrienne Rich will haunt me.

 

 

I WANT

I want you to tell me stories about planes and wars,

I want you to cook one of those meticulously prepared dishes of yours,

I want you to smile

so wide

that there

will be a fine

line

on your right cheek

running down from the eye,

I want you to send me

emails long enough to show how good at writing

you are,

I want you to send me

songs that you composed and ask

what I think of them…

What I think of you?

I want you.

VEGAN

March 3, 2014

W niedziele zrobilam wreszcie cos na co mialam ochote od kilkunastu lat, czyli (odpukac) przeszlam na weganizm. Nie bede sie tu z nikim klocic po co – po prostu zawsze mnie to krecilo i tyle. Jako nastolatka za szczyt szpanu uwazalam taka wlasnie diete, sluchanie Rage Against The Machine i jezdzenie na snowboardzie (plus oczywiscie super wygodne snowboardowe ciuchy) – a jako ze teraz uwazam wszelkie odmiany narciarstwa za szkodliwe dla srodowiska (kojarza mi sie ze sportami w “Nowym wspanialym swiecie”), markowe ciuchy sa drogie (musze najpierw donosic te po fazie na Jean Seberg), a muzyki slucham, zeby sie zrelaksowac (w glosniku “Medieval Dances for flute and harp” Laurel Zucker i Susan Jolles), coz mi wiecej pozostalo? 😉

Pomogla mi Mayim i jej ksiazka. Wprawdzie narzekalam tu juz na to, ze jej weganizm jest bardzo amerykanski (“vegan pumpkin pie mix” w przepisie na ciasto dyniowe, hello?), ale przynajmniej nie jest tak nawiedzony jak makrobiotyka czy kuchnia pieciu przemian – obie moze i zdrowe, ale oparte na filozofiach z czasow, kiedy filozofowie byli lekarzami, methinks. Nie chodzi mi o to, ze mam zamiar robic zupe z klopsikami z macy (nieortodoksyjny przepis w przetlumaczonej przeze mnie ksiazce “Lunch w Paryzu”, o ile macie pod reka pasternak), ale ze gdzies tam mieszkaja te wszystkie dzielne kobiety, ktore gotuja wegansko dla swoich dzieci i w dodatku w miare  (nie bez starc) wspiera je w tym rodzina.

W byciu weganka ma mi pomoc dobrze zaopatrzona spizarka – dzieki dziennikowi zdrowia (zapiskom w kalendarzu Chodakowskiej) odkrylam, ze jestem najbardziej podatna na pokusy, kiedy latwiej mi siegnac po zolty ser czy pasztet (niewskazane bez wzgledu na przekonania), niz wyjsc z domu po sloik cieciorki. Musze wiec zadbac o to, aby ow przyslowiowy sloik zawsze w domu byl.

(Druga zasada to jedzenie wylacznie dla zaspokojenia glodu).

Jesli jestescie ciekawi, co ciekawego mozna miec w spizarce:

– zielona herbate sencha (Jesli nie jestem pewna, czy to glod, pragnienie czy lenistwo, robie sobie teraz kubek zdrowej herbaty.)

– chleb zytni lub orkiszowy (Do orkiszowego nawet Ru sie przekonal, bo te ich nieszczesne bagietki z waty tak szybko schna, ze zwykle polowe sie wyrzuca.)

– krakersy z mielonych kasztanow lub z kaszy gryczanej (Kupne oczywiscie – te wszystkie przepisy na mielenie, prazenie i kielkowanie to kolejna rzecz, ktora odrzuca mnie od moich starych wegetarianskich ksiazek kucharskich.)

– melase (Dotychczas znana mi wylacznie z amerykanskich ksiazek dla dzieci, ponoc pelna zelaza itp.)

– sol gruboziarnista z rozmarynem (W domu uzywam tylko tej soli i po ponad roku mam jeszcze pol malutkiego sloiczka.)

– sos sojowy z wasabi i kolendra

– pasztet marchewkowo-migdalowy (Na razie kupny, ale zrobie.)

– wakame (do szybkich zup)

– pestki slonecznika, pestki dyni, sezam, len, migdaly, rodzynki (Siup do wszystkiego: dynia do sniadaniowego kremu z dyni, slonecnzik do sniadaniowego smoothie z babanow i awokado, sezam na tofu…)

–  waniliowe bialko dla sportowcow w proszku (na batoniki lub do owsianki)

– kasze jaglana, quinoe, makaron razowy

– otreby orkiszowe, organiczne muesli

– proszek niby-jajo (Odkrylam jednak, ze jest z Australii, wiec chyba bede polweganka na jajach bio – albo poszukam innego sklepu.)

– soczewice, cieciorke

– tofu

– awokado, swiezy szpinak, gazpacho

– mleko owsiane

Trzymajcie kciuki za moj pierwszy weganski wyjazd – w ten weekend bede w Madrycie na konferencji.

KROLOWA PANTALYKOW

February 21, 2014

Czyli jak nauczyc dziecko slow w rodzaju “powabna” i delikatnego obchodzenia sie z winylami, a przy okazji rozkochac w muzyce klasycznej. Z serii “wspomnienia” zainspirowanej przez Iw M-G. (Emocje siegaja zenitu i nie wiem, jak pojde popoludniu do pracy, majac te skarby znowu pod reka)

http://w748.wrzuta.pl/audio/9JDlyhMPK8K/alicja_w_krainie_czarow

http://w961.wrzuta.pl/audio/8d1mZvVEfBN/bajki-grajki_nr_48_-_osla_skorka

http://maqtka.wrzuta.pl/audio/7BJiYSczPdQ/pan_ropuch_-_sluchowisko_dla_dzieci

http://www.youtube.com/watch?v=RKSp-EcY3Wk

PS. Mamo, czy ja jeszcze czegos sluchalam po 50x, bo nie pamietam?

 

ANKIETA :)

February 19, 2014

 

PS. Przepraszam za bledy w przypadkach, ale ankiety nie da sie zredagowac po zapisaniu 😦

A BULGE IN THE CARPET

March 1, 2010

A large bulge like a mushroom cap appeared slowly in the rug under my hovering hands. A few of the guests gasped, but that was nothing more than a reaction that could be expected from an audience by a common conjuror – nobody was really shocked, nor frightened. I made the bulge move toward the edge of the fabric and then reached for the hidden object to help it out. It was a shiny wooden bowl the size of a tortoise. 

            That was the intro. The time came for me to concentrate. I switched my eyes to one of the squares in the pattern of the rug, a square of roughly twenty by twenty centimetres outlined by a thin turquoise line, and started to feel the blue rind with my fingertips. The square was right in front of my knees – I must have looked like a primitive potter or an African woman kneading the dough, stooping gently, working on it, encouraging it to listen to me, to change, to grow. Fully focused, with a clear mind, I tried to slip my fingernails underneath the line as if the square was some stubborn lid covering a tea caddy or batteries in a camera. Or as if I was pulling something out of the carpet.

            Which I was.

            When the line jerked up a bit and turned out to be a rind, a blue plastic rind of something that used to be the square, one of a hundred or more squares making up the pattern of the rug, nobody uttered a sound. I suppose they just stared. I can’t say because I was sitting with my back to most of them – silly if you’re doing a show, but it’s hard to concentrate on these things if you are conscious of being stared at, or of anything for that matter, too much.

            I pulled on, making the air above ready with the fingers not used for pulling, and in the short breaks with all of them, but never ceasing to touch the rind. I weaved the air and pulled on. Of course it just looked like pulling – I only encouraged the growth. There was no friction and no physical strain.

            What was now visible under my hands was a lidless sandwich box of transparent bluish plastic, deeper and deeper. Suddenly it got slippery for me, like a baby being born in one smooth thrust after the head. I extracted from the rug a whole angular pail full of water and, still kneeling, I placed it to my left on the bare parquet.

            I turned to the guests.

“It takes eight years of training to be able to do such a… such a trick,” I announced in a matter-of-fact voice. I didn’t want to brag or anything – it was a reflex – I’d just heard it so many times before it seemed an appropriate thing to say at this point.

There was no applause. Maybe I shouldn’t have done it after all? It was something that grated too much on the reality that most of them chose to believe in, especially here in this bourgeois drawing room with its peach walls, a grand piano, an oval mahogany table and a multitude of chairs. Did I have the right to remind them of the past, or rather of my past, uncomfortable and awkward?

I moved back to my pouf. I think everyone just started to talk. Who knows, maybe they had some fun, treated it as a joke. A trick. I was just a conjuror. It was just a party. At a party you talk. And there had been no war.

As usual it was difficult for me to remember to record other people’s reactions. The whole affair with the pail did require my mind to be quite clear, where clear is unresponsive. And I was too focused on composing my own version of the events, too, those two sentences about not bragging and the rest of what’s in here. Everything I write is always only a story of mine.

I moved back to my pouf and he sat next to me, side by side, thigh by thigh. It would be nice to say that I don’t remember what happened in the room after my little show because of the way his warm side touched mine, wouldn’t it? Or maybe he was sitting there all the time and it was me who sat next to him and I didn’t remember the reactions being able to think only of where I was going to sit? If I could, I would have put my head on his shoulder.

“I was just a land boy,” he said. Most of them were, most of my generation: land boys, errand boys, farm hands, mother-helps.  

“And I was at a monastery,” I said, as if it was necessary. “We copied books,” I added conversationally.

And we sat in silence.