Archive for the ‘San Sebastian’ Category

HISZPANSKA ZUPA PAPRYKOWA

November 30, 2015

1 litr wywaru warzywnego (nasz byl z porow, brokulow, marchewki i cukinii – wczesniej przez dwa dni jedlismy puree z pestkami slonecznika)

1/2 czerwonej papryki

1 puszka pimientos de piquillo (mozna zastapic papryka pieczona w piekarniku)

1 plaster membrillo (mozna zastapic 3 lyzkami twardej marmolady owocowej, takiej do zlepiania ciasteczek, ale nie marmolada z pigwy, bo polska jest robiona na kwasno a nie na slodko)

6-8 lyzek ryzu

Ugotuj ryz w wywarze z drobna pokrojona czerwona papryka. W miedzyczasie zmiksuj papryki z puszki, membrillo i resztki puree. Podgrzej puree w wywarze. Dopraw czarnym pieprzem, slodka papryka, galka muszkatalowa i sproszkowana kolendra. Podawaj ze swieza bazylia.

Advertisements

UTRUDNIANIE SOBIE ZYCIA (KOLEJNY RANT)

June 18, 2015

Chyba we wszystkich krajach, ktore odwiedzilam, zaskoczyl mnie mile jakis miejscowy wynalazek czy zwyczaj. Na moim niemieckim uniwersytecie, na przyklad, moja karta studencka byla jednoczesnie sieciowka wazna takze na pociagi w obrebie kilkudziesieciu kilometrow, a dolaczano do niej zestaw hologramowych naklejek, ktore urzednicy mogli naklejac na inne dokumenty, zamiast wymagac ode mnie jakichs potwierdzen z rektoratu. W Szwajcarii placisz za wywoz smieci tyle, ile zainwestujesz w specjalne worki na smieci, nie musisz sie wiec przejmowac, ze nie wystarczy ci kubla albo frustrowac, ze w danym tygodniu kubla prawie ze nie zapelniles. W Japonii w wielu publicznych kabinach toaletowych dla kobiet sa wysokie krzeselka dzieciece (niemowlaki zwykle nosi sie tam w nosidelkach – zalozenie jest chyba takie, ze z takim ciezszym, 8-miesiecznym, trudniej kucnac nad typowa japonska dziura w podlodze). W Turcji w toaletach publicznych sa bidety. Itp. itd.

W SanSe? Hm… Jak wiadomo, lubie sobie na nia ponarzekac, pozwolcie wiec, ze znowu to zrobie. Odnosze wrazenie, ze tu ludzie raczej utrudniaja sobie zycie. Chca chyba zachowac rownowage w przyrodzie – mamy ladna pogode, swieze warzywa caly rok, przesiadujemy w barach – jak by tu sie podenerwowac? Oto kilka miejscowych patentow – zalozmy, ze prawdziwych dla SanSe, bo calej Hiszpanii przeciez nie sprawdze.

1. TRANSPORT MIEJSKI

Ok, wygral ogolnoeuropejska nagrode za ekologicznosc – ludzie tyle tu frytuja, ze obok pojemnikow na makulature stoja i pojemniki na stary olej spozywczy, ktorym napedza sie tutejsze autobusy (maja tez autobusy elektryczne z poznanskiego Solarisa). Ale… Po pierwsze, nie ma wymyslnego systemu sieciowek. Tzn. mozesz sobie wyrobic specjalna karte, ktora upowaznia cie do 50% znizki, ale to by bylo na tyle – jesli dojezdzasz codziennie 4 przystanki, zaplacisz tyle samo, co osoba, ktora dojezdza godzine. Po drugie, wyrobienie owej karty kosztuje 5 euro, niezaleznie od tego, czy chcesz jej uzywac przez miesiac czy przez lata. Po trzecie, wyrobienie jej jest tak skomplikowane, ze nie dostaniesz jej od reki. Po czwarte, jesli karte zgubisz, nie wydadza ci zadnej karty zastepczej – dopoki nie przysla ci nowej karty do domu, musisz bulic 100% ceny biletu.

Jestes tylko turysta? Nawet pojedynczy przejazd moze byc frustrujacy. Dla ulatwienia zycia sobie, a nie pasazerom, na kazdym przystanku wisza te same plakaty informacyjne – nie dowiesz sie wiec, o ktorej twoj autobus odjezdza wlasnie z tego przystanku (musisz to sobie wyliczyc), a w opisie trasy autobusu przystanek, na ktorym jestes, nie bedzie zaznaczony jakas kropka czy innym kolorem, przez co bedziesz musial przeczytac cala trase i sam go znalezc. Przystanki nie maja zreszta nazw, tylko adresy (Av. de Madrid 22), przez co czasem latwiej je znalezc, ale czy przystanek przy dworcu autobusowym nie moglby sie nazywac “Av, de Madrid, Estacion de autobuses”, a stacja kolei podmiejskiej w centrum “Donostia-SanSebastian Centro”, a nie “Amara – Donostia”? Ilu cudzoziemcow wie, ze SanSe nazywa sie po baskijsku Donostia i ze Amara jest 5 minut drogi od scislego centrum?

Aha, uwaga – kolej podmiejska nazywa sie teraz “metro”. Rzeczywiscie, kilka stacji znajduje sie pod ziemia, ale wiekszosc, w tym wspomniana juz Amara, nie. wyobrazcie sobie miny amerykanskich turystow, kiedy zdezorientowani pytaja mnie o metro, a ja wskazuje im zwykly dworzec! (Pomijam fakt, ze w SanSe dworzec autobusowy nie jest budynkiem – o tym i innych absurdach miejscowych PKSow pisalam w pazdzierniku 2011).

I wreszcie same trasy autobusow. Moje miasto rodzinne mnie rozpuscilo – przystanek powrotny jest zwykle po przeciwnej stronie ulicy. W SanSe – zazwyczaj nie. I czasami moze go wcale nie byc, bo autobus robi petle, ale… tylko w jednym kierunku. Do Antiguo jade z domu 10 minut, ale z powrotem juz 30, bo musze zaliczyc resztke petli. Nie ma tez tak, ze z jednego przystanku odjezdza siedem autobusow, wiec jesli pasuja ci trzy z nich, to sobie spokojnie czekasz – nie, tutaj musisz miec na oku sasiedni przystanek dla autobusow jadacych w tym samym kierunku, ale polozony 50 metrow dalej.

2. OKNA

Wielu emigrantow zali sie na okna angielskie – ze otwieraja sie na zewnatrz, wiec jak tu je umyc, ze pojedyncze szyby. Tutaj okna tez sa pojedyncze, a w blokach – suwane. Tez je trudno umyc, zwlaszcza, ze okno otwierane ma moze z 60cm szerokosci, a okno suwane moze miec juz z metr. Przesuniecie go nieraz wymaga sporo wysilku – trzeba sie zapierac o szybe i brudzic ja sladami dloni. Okna takie czesto nie sa zbyt szczelne, bo jak juz je dosuniesz, nie przekrecasz zadnej klamki, zeby zaplombowac je w ramie. Oznacza to takze, ze kazdy moze otworzyc je z zewnatrz. Spytalam tubylcow, czy nie boja sie wlamywaczy, ale odparli: “Tyle jest miejsc, do ktorych latwiej sie wlamac…”. I rzeczywiscie, bo wiekszosc drzwi wejsciowych tylko sie zatrzaskuje, wiec mozna je tworzyc “na karte kredytowa”. (Wiecej o urokach baskijskich mieszkan pisalam we wrzesniu 2012).

3. PRANIE

Wszystkie znane mi osoby piora wylacznie w 30 stopniach (na poczatku troche sie tego brzydzilam – cudzy recznik prany przez lata tylko w 30 stopniach?). Ania spytala mnie ostatnio przytomnie – a co z plamami? Zauwazylam dwie metody. Metoda pierwsza to odmaczanie ubran w czyms, co pachnie jak staromodny produkt do szorowania klatki schodowej. Metoda druga, to uzywanie plaskich szczotek. Raz mi sie zdarzylo, ze mloda, bogata, otwarta na swiat kobieta polecila mi spray na plamy, a nawet przywiozla mi go… z Francji. Ja piore w 40, ale musze sie z tym kryc 😉

Pranie, jak wspominalam pewnie w wielu wpisach, wiesza sie na mobilnych sznurkach w blokowej studni, ktora moznaby litosciwie nazwac patio. Studnia jest dostepna ze wszystkich pokoi “wewnetrznych” – najczesciej z kuchni, czasem z najgorszej z sypialni lub po prostu ze wspolnej klatki schodowej. W praktyce wyglada to tak, ze wychylasz sie z okna na, powiedzmy, siodmym pietrze, walczac o zycie z przescieradlem na lozko o wymiarach 200×180 – albo z wlasnym, ktore, mokre, wazy tone, albo z cudzym, ktore zwiesza sie z pietra wyzej i zasklania ci widok. Przy okazji mozesz podsluchiwac (lub “podwachiwac”) sasiadow. Jesli cos ci do studni spadnie, sprzataczka zostawi ci to (np. twoje stringi) przy skrzynkach na listy. Cudownie.

Pamietajmy, ze w wielu mieszkaniach nie ma ogrzewania (albo uzywa sie wylacznie przenosnych grzejnikow elektrycznych). Suszenie prania w takich warunkach (i to w wilgotnym atlantyckim klimacie, gdzie wszystko plesnieje w blyskawicznym tempie) to musi byc fun!

Ostatnio pralam cala wyprawke mojego nienarodzonego syna i zeby ubranka pachnialy swiezym powietrzem i nie przepdly na wieki w czelusciach studni, powiesilam je na naszym wielkim oszklonym balkonie – tesciowa byla wyraznie ubawiona i nazwala mnie cyganka.

4. POSCIEL

Wspomnialam gigantyczne przescieradlo, ale tak dokladniej wiesza sie takie dwa albo trzy na raz – przescieradlo chroniace materac (tutaj wielu ludzi ma materace za kilkaset euro), przescieradlo, ktore jest nad tym ochronnym, ale pod toba, oraz przescieradlo, ktore jest nad toba, ale pod koldra. Duzo tego prania! I do tego te ich smieszne dlugasne poduszki-kiszki, ktore bardzo trudno obloczyc. (BTW, wygooglajcie prosze na grafice almohada 160 cm. Hm, ciekawe… Wam tez to sie wyswietla?)

5. SYSTEM EDUKACJI

Poczawszy od zlobka po baskijsku, do ktorego isc trzeba, bo zlobek jest integralna czescia zlobko-przedszkolo-szkolo–gimnazjo-liceum i potem ponoc trudno sie do szkoly dostac. Potem przedszkole z betonowym wybiegiem i bez otwieranych okien. Obie te placowki zamkniete od polowy czerwca do polowy wrzesnia, do tego masa swiat i dlugich weekendow, a hiszpanski ZUS nie daja rodzicowi chorobowego na dziecko, chyba ze jest w szpitalu (co moze przeciez oznaczac, ze jest pod dobra opieka lekarzy, a nie samo w domu). Potem szkola, z obowiazkowa religia, baskijskim nacjonalizmem i angielskim, z ktorego nie zwalaniaja nawet dzieci native speakerow. Co chwila jakies sesje egzaminacyjne zamiast zwyklych sprawdzianow. A na koniec matura ze wszystkich przedmiotow – dwa dni testow.

6. EL BOTE

W Polsce umawiasz sie z kolezanka w kawiarnii na 2-3 godziny – kazda placi za siebie, czasem jedna osoba stawia drugiej na zmiane. Tutaj spotykasz sie z osmioma kolezankami na zaliczenie szesciu roznych barow – na poczatku kazda wrecza wybranej w bolach ofierze po 20, 30, 40 euro, zeby placila za wszystkich, nie mozesz wiec przegapic zadnej kolejki, ani zaszalec i kupic sobie drogiego drinka. Wszyscy musza pic dokladnie to samo, w tym samym tempie – no i musza pic. Podobnie jest z obiadami – zamiast zaprosic 4 znajomych do domu, rezerwujesz stoliszcze na 20 osob w twoim “sociedad” (czyms w rodzaju kolektywnie utrzymywanej restauracji, w ktorej kucharzem jestes ty sam), a potem kazdy placi wyliczona dole. Nie obzarles sie jak inni? Nie wypiles butelki wina i dwoch drinkow? Twoj problem, dziwaku – plac!

Ale zrzedze, zamiast wychwalac swieze atlantyckie rybki, niezwykle lagodny klimat czy setki atrakcji turystycznych w okolicy 😉

BASKIJSKA MODA

June 17, 2015

Oczywiscie wiekszosc przechodniow ubiera sie tu normalnie, ale dosc czesto natrafia sie na obrazek w Polsce nie az tak popularny, a nawet niespotykany. Ponizsze osoby mozna jednak napotkac i w innych krajach, od Francji po Japonie. Sa to:

– odstrzelone panie po 50-tce (skorzana kurteczka, drogasna torebka, szpilki), takie jak dziennikarka EITB Patricia Gaztañaga:

– zadbane starsze w perelkach i Chanel, przesiadujace stadami w kawiarniach (takie jak Doña Pilar):

– panowie w srednim wieku w polo od Lacoste, rozowym pulowerku narzuconym na ramiona i zoltych spodniach

– starsi panowie w koszuli i berecie

– nastolatki w mundurkach o krotkich spodniczkach

– oraz dzieci w niedzielnych strojach a la lata 50-te (zwykle z bogatych rodzin posiadajacych 3-4 pociech – rodzice w srednim wieku ubrani jak wyzej)

Ja chcialabym jednak opisac styl na tyle baskijski, ze parodiowany – np. w kinowym hicie “Ocho apellidos vascos” czy programie komediowym “Vaya semanita”. Osobiscie nazywam go pirackim, a tutaj uznawany jest za hippisowski, chociaz z prawdziwymi hippisami czesto nie ma nic wspolnego. Musze przyznac, ze trudno mi bylo znalezc odpowiednie zdjecia: probowalam roznych baskijskich imion i slow (nauczyciel, dziewczyny, chlopaki, przyjaciele, w gorach) i baskijskiego rozszerzenia stron internetowych (.eus, czasami uzywaja tez .eu, zeby nie uzywac hiszpanskiego .es).

Po piracku nosza sie zwykle ludzie w wieku 20-47 lat mieszkajacy poza najwiekszymi aglomeracjami. W domu mowia po baskijsku, a w czasie wolnym uprawiaja sport, chodza po gorach lub urzadzaja manifestacje. Na wakacje jezdza furgonetkami i kamperami, ewentualnie na plaze do Tajlandii. Napatrzylam sie na nich uczac nauczycieli w Zwiazku Szkol Baskijskich, np. na Jona, dyrektora szkoly w Bera, zawsze w skorzanej kurtce i z jakims wielkim etnicznym wisiorem.

Wyznaczniki stylu – u panow: czesto ubieranie sie na czarno, odziez gorska (traperki, specjalne spodnie, marki typu North Face), bluzy w pasy, arafatki, w uszach kola lub cos czarnego, fryzura na kierowce z NRD, niechlujny zarost, tatuaze, etniczne wisiory i bransoletki, u pan – podobnie, z tym ze niechlujny zarost zastepuja niechlujne, superkrotkie grzywki, czesto pasemka dreadow, do tego ciuchy z Nepalu lub Desigual, bardzo szerokie opaski do wlosow i etniczne szale szczelnie zaslaniajace szyje. Styl bardzo wygodny, mozna by rzec, feministyczny.

A oto i probka:

https://picasaweb.google.com/101020698408842936852/StylBaskijski?authkey=Gv1sRgCLbtr_7PzKCHNg

February 27, 2015

Ano mielismy dzis tzw. drugie USG (tak naprawde bylo piate) i swietujacy dzis zreszta swoje urodziny mlody tato doszedl wreszcie do wniosku, ze czas powaznie sie zastanowic, czy na pewno bedzie “Sebastian”. Imie wybiera mlody „aita”, zeby brzmialo dobrze tu na moiejscu – ja mam zatwierdzic wymawialnosc itp. w polskim i z grubsza na arenie miedzynarodowej.

Najlepsze byloby baskijskie, bo dzieciak i tak ma z lekka pod gorke, jako ze w domu nie mowimy w tym jezyku i nie mamy patriotycznych nazwisk. Dzis np. lekarz spytal mnie skad jestem (uzasadniona normalka), po czym spytal o to samo Rubena, ktory ponoc nie mowi z akcentem z naszej miniaturowej prowincji. Tak to juz jest, jak sie ma rodzicow z Navarry, a w pracy wszyscy sa z sasiedniej Bizkaia (ktorej stolica jest znienawidzone tu Bilbao).

Ale wrocmy do imion. Jeszcze w lipcu sporzadzilam sobie liste wszystkich, ktore nosza moi uczniowie i miejscowi znajomi, a takze jej polski odpowiednik. Chcialam sie przekonac, czy dobrze mi sie wydaje, ze w Kraju Baskow ma sie znacznie wieksze pole wyboru, przy czym nikt sie nie smieje, ze siegnelas po jakas tam rzadka „Genowefe” – wazne, ze nasza przykladowa „Genowefa” jest jakas tutejsza gora albo sanktuarium maryjnym. I rzeczywiscie, lacznie z wcale nie tak popularnymi imionami hiszpanskimi, jest ich tu w obiegu jakies trzy razy wiecej niz w Polsce. Gorzej, gdy biedna cudzoziemska matka zechce uniknac glupich skojarzen:

Julen – Moj faworyt: mozna wolac „Julek”, a dziecko jest lipcowe.

Aitor – Jak jakas egipska boginii. Albo „Thor”. Aitorku!

Oier – Jajka po niemiecku? Ojej.

Jon – Niby miedzynarodowe, ale nie jestem fanem imienia „Jan”. Sorry, dziadku.

David – „Dawidek” mi nie podchodzi. Poza tym oni to wymawiaja „da-BIW”.

Ander – Ujdzie. Brzmi troche skandynawsko i mozna wolac „Jedrus”.

Asier [as-JER] – Ujdzie, w koncu nie mam 15 lat i nie kojarzy mi sie z „ass”. Kojarzy mi sie za to z wojownikiem z czasow krucjat, o dziwo pozytywnie.

Ibai [i-BAJ] – Czyli „Rzeka”. Darujemy sobie, bo uzyla go moja znajoma Niemka (a raczej jej baskijski chlopak, bo jej sie kojarzylo z Turcja).

Iban – To moze od razu Iban Swift? Dla przyszlego bankiera? (Oczywiscie wymawiaja to „Iwan”, co mi rasistowsko nie pomaga).

Alex – Nigdy mi sie nie podobalo. Chyba kojarzy mi sie z psem Reksem.

Iñaki, Iñigo, Eñaut – Fajne, ale nie wiem, czy obciazac dziecko tilda.

Arkaitz, Ekaitz, Aritz [tz=c] – Zabojcze dla Anglikow, a Arkadiusz rani my poshness.

Fermin – Vermin. Ale lubie zdrobnienie Mintxo [Minczo]

Gonzalo, Rodrigo, Carlos – Jak z opery.

Mikel – Znosne, miedzynarodowe, ale nigdy za nim nie przepadalam.

Antxon, Andoni – Moja babcia opowiada od zawsze dowcipy z glupim Antkiem w roli glownej.

Iker – Hm, jak Ikar. Ujdzie.

Unai – Znosne, chociaz oznacza „pasterza krow”.

Xabi, Javier – Mam problemy z wymawianiem „Szavi” w odpowiedni sposob.

Manex – Jak jakas firma z lat 90-tych. Lub wybieg dla koni.

Imanol – Tutejsza wersja „Emanuela”. Brzmi troche jak nazwa leku.

Eneko – Ujdzie, choc brzmi jak nazwa firmy wspolczesnej.

Dani – Imie miejscowego Borysa Szyca.

Urko, Koldo, Borja – Jak jakies koboldy.

Josu – Ujdzie, choc dla Anglikow brzmi jak „tosser”.

Gorka – Czyli Jorge, czyli Jerzy. Calkiem fajne, ma swoj palac w Poznaniu (w hiszpanskim przewodniku nazywa sie „de los Gorka”).

Telmo – Znosne, choc sezamkowe. A najwieksze muzeum w miescie nazywa sie San Telmo.

Oscar, Victor, Erik – Taaa, i Kevinek.

Ignacio – Strasznie popularne, ale moze za bardzo katolickie (Loiola jest stad).

Pablo, Paúl – Ok, ale to moj byly.

Piter – Ok, ale to moj byly crush.

Jokin – r u jokin´?

Yago, Jagoba – „Waz: Jago. Maz: Ja go! Duszona: zona. Final: obsada kona”.

Beñat – Beniu kojarzy mi sie z kierowca ciezarowki. I´m such a snob!

Manu, Kepa – Ja juz sie przyzywczailam, ale chyba brzmia jakos tak za krotko. Ewentualnie jak „manure” i „kupa”.

Jose, Joseba [hose, joseba] – „Jozek” jest calkiem fajne, no i to imie mojego szefa.

Raul, Juan – Ujdzie.

Thoughts?

NAMES

November 3, 2014

Nie jest żadną tajemnicą, że zagraniczne imiona i nazwiska bywają dziwne, a nawet śmieszne. Weźmy np. jedną z moich grup: „Maddy” brzmi jak angielskie „muddy”, „Bego” jak „begging”, „Gonzalo” jak postać z kiepskiej opery, a baskijskiego „Goiatz” nie sposób poprawnie wymówić „na czuja”. Nie sztuka wejść na stronę „nombres vascos” (polecam) i zacząć się nabijać, chciałabym więc napisać dziś o tym, co wymaga odrobinkę wiedzy – o różnicach wykraczających poza fonotaktykę.

 

  1. Imiona żeńskie nie muszą kończyć się na „a” (i vice versa) – niby oczywistość, w końcu tak samo jest w angielskim, ale czasami polski mózg nadal się buntuje. Sprawdźcie sami swój poziom tolerancji (w spolszczonej pisowni): Amaiur, Laraic i Izaskun vs. Borha, Kepa i Gorka. Osobiście łykam jedno i drugie, bo imiona dziewczęce kojarzą mi się z „Lindsay” czy „Alison”, a chłopięce traktuję jak nazwiska.

 

  1. W Polsce większość osób ma w dokumentach dwa imiona, ale (poza kilkoma celebrytami) nikt nigdy ich nie używa –co najwyżej to drugie funkcjonuje jako pierwsze, bo pierwsze nam się nie podoba. W Hiszpanii twoje dwa imiona to właściwie jedno długie i niektórzy uczniowie wręcz się na mnie obrażają, gdy się zapomnę i wywołam „Marię” zamiast „Marii Eugenii”. Imiona „dwuczłonowe” mają także popularne (a mi nieznane) zdrobnienia: Maria Jesus do Mariaje, Jose Miguel – Josemi, Maria Isabel – Maribel. Mama mojego chłopaka to Asun czyli Maria Asuncion.

 

  1. No właśnie, „asuncion” – „wniebowstąpienie”. Hiszpanie nie tylko nadają swoim dzieciom imiona świętych, ale także przeróżnych religijnych atrybutów – stąd Dolores, Pilar, Esperanza, Encarnacion i inne kwiatki.

 

  1. Nie rażą one tak bardzo, jak raziłyby w języku polskim, bo hiszpańskie nazwiska nie rozwadniają się tak bardzo końcówkami. W Polsce, owszem, można natrafić na Lisa albo Kiełbasę, ale więcej jest Lisowskich i Kiełbaszewskich. Tutaj za to ludzie potrafią się nazywać bardzo dosłownie, w dodatku nazwiska mają zawsze dwa, więc łączą się w brzmiące jeszcze idiotycznej zbitki: „Rubio Casado” (blondyn żonaty) czy, jak mama mojego chłopaka, Caballero Aleman (jeździec niemiecki). Rodzice nie mają też żadnych skrupułów dodać do takiej kombinacji rewelacyjnego imienia, czego rezultatem może być, powiedzmy (otwieram gazetę), Mercedes Rojo Calvo („mercedes czerwony łysy”) albo Dolores Fuertes Cortado („bóle mocne pocięty”).

 

  1. Wracając do religijności, dopiero niedawno odkryłam imiona katolickie potajemnie – nie trzeba bowiem nazwać córki Maria Cośtam, bo do wyboru mamy też nazwy miejscowości – miejsc kultu maryjnego. Najsłynniejszym imieniem tego typu jest Lourdes (jak córka, nomen omen, Madonny), ale kto by pomyślał, że na liście znajdują się też superpopularne baskijskie Leire i Ainhoa, czy swojskie Montserrat.

 

  1. Emigranci mogą się czuć trochę przytłoczeni tym całym katolicyzmem, bombastycznymi zbitkami w rodzaju Juan Carlos Vailera de Flores i ewentualnym wybieraniem imienia dla swojego dwujęzycznego dziecka (Edurne? Iban? Madre mia!). Emigrantki tracą też w Hiszpanii coś bardzo, wydawałoby się, normalnego – możliwość przyjęcia nazwiska męża. Pytałam się swoich tutejszych uczennic, czy chciałyby zmienić nazwisko i żadnej nie wydawało się to ani odrobinę romantyczne. Pamiętajcie, że jeśli nowi hiszpańscy znajomi przedstawiają wam się jako Sara Fernandez Molina i Iker Fernandez Molina, to są rodzeństwem a nie małżeństwem!

 

A propos nazw, zachwycam się ostatnio idiotycznymi nazwami sklepów. Who needs Japlish, skoro Baskowie inspirują się angielskim z równym wdziękiem. „People” i „Friends” jeszcze rozumiem, ale „Snoby”? ‘Bully’? „Tudor”? „Went”? „They’s”?!

 

10 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O MENU W KRAJU BASKÓW

September 25, 2014

Rozmówki i internetowe słowniki to nie wszystko, w niektórych przypadkach pomaga tylko znajomość różnic kulturowych:

  1. Nie proście kelnera o „menu”, bo dostaniecie „zestaw obiadowy dnia”. Karta dań to po prostu „carta”. Wiele barów ma też osobne menu kanapkowe, „de las bocatas” – pamiętajcie, że tutejsze kanapki to długaśne bagietki: pół kilo chleba z różnorodnymi, ale nierzadko nie pokrojonymi składnikami typu plaster szynki serrano czy cały grzyb. Przydają się ostre zęby i stare ubrania, których nie żal poplamić.

 

  1. Niech nie podnieca Was słowo „vegetal”. Nie oznacza one czegoś wegetariańskiego, tylko „z warzywami i szynką/kurczakiem”. Wegetarianie mogą zamówić sobie omlecik albo porcję grzybów – albo poradzić się portalu Happy Cow.

 

  1. No właśnie, „tortilla” to tutaj oczywiście gruby omlet, a nie rodzaj naleśnika.

 

  1. Słowo „tomates” w opisie kanapki lub dania oznacza często keczup lub sos pomidorowy.

 

  1. Podobnie „patatas” to frytki lub chrupki zemniaczane. Znalezienie ziemniaków w innej formie graniczy z cudem.

 

  1. Do każdego dania (z wyjątkiem kanapek, dzięki Bogu) serwowane są kawałki bagietki czyli miejscowy chleb. Czasami doliczą ci za to 1 euro. Miejscowi odkładają chleb na stół, namiętnie kruszą i obowiązkowo oczyszczają talerze z resztek sosów i oliwy.

 

  1. Hiszpanie nie jedzą zupy i drugiego dania. Pierwsze danie to same warzywa lub makaron z sosem. Drugie danie to samo mięso/ryba, ewentualnie z frytkami. Można też zamówić „plato combinado”, czyli jakąś szaloną kombinację, zwykle zawierającą hamurgera (tzn. sam kotlecik) i jajko sadzone. Np. dwa hamburgery, frytki, spaghetti i dwa krokiety. Jak macie szczęście, to odrobinę sałaty. Surówki są nieznane. Ludzie na diecie ratują się sałatami i „raciones”, czyli „porcjami” np. duszonej papryki albo grzybów.

 

  1. Zimne przystawki (tapas/pintxos) wystawione są na barze (tak, można je dotykać do woli i siadają na nich muchy), ciepłe czasem są na barze, ale zwykle ich opisy znajdziemy na jakiejś czarnej tablicy (albo w menu) i trzeba je zamowic. Jeśli chcemy zjeść kilka pintxos, prosimy o talerzyk, nakładamy i oddalamy się. Obsługa ufa, że potem opiszemy, co zjedliśmy (a może jest nadludzko spostrzegawcza, kto wie).

 

  1. Męczyliście się kiedyś zamawiając kawę zagranicą? W Kraju Basków mają też specjalne określenia na piwa. Duże to (piszę tak, jak się wymawia) „kania”, z sokiem cytrynowym „lehija” („wybielacz”), piwo jasne jest blond („rubia”), a małe to „zurito” (jego wymiary wahają się od 2cm do całkiem przyzwoitej „kanii”). Piwo jest zwykle droższe od wina, tak jak kawa jest tańsza od herbaty (i herbat ziołowych, „infusiones”).
  2. W barach płaci się na samym końcu, po iluś tam kolejkach. Podchodzimy do baru (bo przecież staliśmy w mżawce na ulicy) i pytamy: „Me cobras? Eran…” i tu wyliczamy, co skonsumowaliśmy. Kelner albo nam wierzy na słowo, albo po naszej litanii zidentyfikuje karteczkę z naszymi zamówieniami. „Por favor” i napiwków się raczej nie stosuje. Aha, kelner w pierwszej kolejności obsługuje zamawiających, więc czeka się długo, dostając cholery.

 

LAS REGATAS

September 25, 2014

Chcecie przyjechac do Kraju Baskow i doswiadczyc na wlasnej skorze jednej ze slynnych fiest, ale bez cen i smrodu San Fermines czy zimowego deszczu Santo Tomas i dnia San Sebastian? Polecam wrześniowe regaty.

W Kraju Basków istnieje liga łodzi zwanych „traineras” – tych samych, którymi niegdyś tutejsi wielorybnicy podpływali do swoich ofiar. Najważniejszym wydarzeniem roku jest w tym sporcie wyścig o banderę La Conchy, głównej plaży/zatoki w SanSe. Zawody są oczywiście rozgrywane na wodach zatoki, ale także na pełnym morzu zaraz za zamykającą naszą „muszlę” wyspą św. Klary, można więc je obserwować z plaży, z portu czy z górującej nad Starówką góry Urgull. Leniwi zostają w domach przed telewizorem, spragnieni – w licznych barach z transmisją na żywo, a nieliczni szczęśliwcy podpływają pod trasę swoimi jachtami.

Plusy fiesty są więc takie, że jest co robić – można zatrzymać się w mieście na kilkanaście dni i śledzić wszystkie pomniejsze rozgrywki, przyjechać tydzień przed finałem na pierwszy wyścig, albo zobaczyć finał w trzecią niedzielę września w samo południe. Startuje osiem drużyn, po cztery na raz, w tym zawsze sansebastiańska, chociaż są beznadziejni. W tym roku wyjątkowo zakwalifikował się ktoś z dalekiej Galicji (nie, nie z Krakowa, tylko z okolic Santiago de Compostela), ale miejscowych znanych drużyn jest właśnie osiem: SanSe, Bermeo, Hondarribi, Pasajes San Pedro, Pasajes San Juan, Portugalete, Orio i Kaiku. Wszystkie te nazwy to baskijskie miejscowości nadmorskie, z wyjątkiem Kaiku, które jest marką produkującą mleko („kaiku” to w euskera drewniane naczynie na mleko, którego polską nazwę mam na końcu języka). Są też drużyny kobiece, ale ich wyścig jest wcześnie rano i większość widzów go niestety ignoruje. Panie mają też do pokonania krótszy dystans.

Typowa niedziela zaczyna się od zawiazania na szyi chusteczki w odpowiednim kolorze (np. Orio to zolty) i zajęcia pozycji (np. z lornetką), a potem już tradycyjnie – szwendanie się od baru do baru (czy raczej od uliczki przed barem do uliczki przed kolejnym barem) ze znajomymi i kieliszkiem w dłoni. Ja ostatnio odpadłam o osiemnastej (zaledwie siedem godzin stania, picia i wydawania pieniędzy), więc jestem cieniasem.

Pamiętajcie o wybraniu uliczki stosownie do wieku. Nastolatki i studenci gromadzą się na lewo od ruin kościoła, tam też pod nogami wala się najwięcej śmieci. Zamożni oblegają Fermin Calberton, dzieciaci Bulevard i okolice placu San Telmo (dużo miejsca na wózki), a ubodzy trzydziestolatkowie udają się do barów Iguana i Eiger na mojito za 3 euro.

SCHAB AND NEWTON DO SANSE

June 28, 2014

Trasa na bardzo krotki pobyt, koniecznie czwartkowo-piatkowy i z dobra pogoda (bo dzis juz wialo strasznie, a teraz leje):

CZWARTKOWE POPOLUDNIE

z dworca autobusowego ruszamy przez centrum w strone starowki – delikatesy Don Serafio (zeby wiedziec, gdzie sie ewentualnie pozniej zaopatrzec w pamiatkowy sloik gindillas) – bulwar nadbrzezny imienia Drzewa z Gerniki – Plaza Bilbao – katedra Buen Pastor – Plaza Guipuzkoa – park Alderdi Eder – port – gora Urgull (niestety, Jezus bedzie juz zamkniety o tej godzinie) – pintxos w Munto na ulicy Fermin Calberton (kula z sera idiazabal z orzechami wloskimi plus sosik z slodkiej galaretki z pigwy, kula z czterech rodzajow grzybow, szparag z szynka serrano w sosie z roqueforta, podgardla rybie w zupce, a do picia male piwka czyli zurito) – pintxo pote w Gros czyli tlumy pijace na ulicach i odstawiajace kieliszki na dachy aut (chipirones w barze Gora Bera przy calle Bermingham – nie wiem, skad ta literowka, za to wiem, ze “gora bera” znaczy “gora dol”, bo bar ma dwa poziomy) – powrot na starowke i kolacja w barze Ordizia przy San Lorenzo (m.in. gigantyczne kanapki z kozim serem, pomidorem, cukinia i boczniakami oraz zestaw krokietow)

PIATKOWE PRZEDPOLUDNIE

miejsce noclegu – podnoze gory Igeldo (fajnie tam dojsc wzgorzami, zaczynajac od Plaza Easo i San Roque, a konczac przy palacyki Miramar, ale my podjechalismy autobusem – wystarczy zlapac dowolny pod hotelem Londres i wysiasc na drugim przystanku) – kolejka na gore – widoki, Casa de Terror i inne atrakcje – spacer wzdluz dwoch plaz na Starowke – obiad w Atari (swietna nazwa) przy calle Mayor (trzy ogromne raciones: ryba bonito z anchois, gindillas i oliwkami, ryz dnia – nasz byl tajski z “langustynkami”, policzki wolowe z sosem pieczeniowym i puree ziemniaczanym)

OPCJE NA POPOLUDNIE

– cmentarz w dzielnicy Egia

– autobusem do miasteczka Hondarribia

– zakupy w sklepach Super Amara, Don Serafio, Pyc, Kukuxumusu

https://www.google.es/search?q=kukuxumusu&rlz=1C1GGGE_esES486ES533&espv=2&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=AQOvU47MDMeo0wXHqYGICA&ved=0CAYQ_AUoAQ&biw=1280&bih=845

 

10 NIETYPOWYCH POWODOW, DLA KTORYCH WARTO PRZEPROWADZIC SIE DO KRAJU BASKOW

June 26, 2014

To, ze GDP wyzsze, a zima lagodniejsza, wie kazdy. Oto 10 powodow (a zarazem ciekawostek kulturowych), na ktore byc moze byscie nie wpadli:

1. LUDZIE GWIZDZA NA ULICY. Gwizdza, podspiewuja, spiewaja. Mama do dziecka na wozku inwalidzkim, pan z rowerem ot tak sobie w pociagu. Ostatnio w pociagu podmiejskim kilka osob gralo na instrumentach ludowych – myslalam, ze to zebrzacy Cyganie, ale nie, siedzieli na swoich miejscach, a po kazdym utworze byli nagradzani brawami.

2. DESKOROLKI NIE SA ZAREZERWOWANE DLA DZIECI. Niemal codziennie widze kogos doroslego pedzacego sciezka rowerowa na deskorolce – tutaj to nie tylko zabawka, to kolejny srodek transportu.

3. DZIECI I PSY SA MILE WIDZIANE W BARACH. Sadze, ze tylko w tych tradycyjnych, a nie w night clubach o chromowanym wystroju (do ktorych nie zagladam), ale i tak o ile wygodniej – bobas spi obok (rekord w tolerancji decybeli pobil chyba 7-miesieczny Ibai na afterku po weselu swoich rodzicow) i nie trzeba wracac przedwczesnie do domu wyprowadzic psa. Oczywiscie mozna sie wyklocac, co to za atrakcja dla malucha czy czworonoga – zapewne zalezy od egzemplarza.

4. LUDZIE PREDZEJ CIE ZIGNORUJA, NIZ ZACZNA ZASYPYWAC PYTANIAMI. Raj dla introwertykow – jesli irytuja cie np. Brytyjczycy i ich rozmowy-wywiady z nieznajomymi, zapraszamy! Ludzie spytaja cie, skad jestes i jak dlugo mieszkasz w SanSe, ewentualnie jak masz na imie, a potem mozesz juz w spokoju przysluchiwac sie ich pogaduszkom ze starymi znajomymi.

5. KOBIETY NIE MUSZA SPECJALNIE DBAC O SIEBIE, ZWLASZCZA ZIMA. W SanSe potrafi padac przez miesiac non-stop – przezylam juz dwa takie miesiace, no prawie, bo pewnego kwietnia po prostu ucieklam ogrzac sie do Wielkiej Brytanii 🙂 Najczesciej to tak zwane “czirimiri”, czyli mzawka, ale ze i wieje przy tym od Atlantyku, to leje horyzontalnie i krople dostaja sie wszedzie. Na szczescie to nie UK, nikt nie spodziewa sie, ze i tak bedziemy smigac w miniowkach i szpileczkach. Kroluja kolorowe kaloszki (zwane tu “katiuszkami”), peleryny rowerowe z Decathlonu i wodoodporne spodnie zdejmowane po przybyciu do miejsca pracy. Makijaz ograniczamy do minimum, bo i tak splynie. Z wlosami wolna amerykanka, bo sie potargaja albo napusza od wilgoci (jesli nie pada, zawsze jest szansa na morski spray, ktory obcokrajowcy myla z dymem i dzwonia po straz). Zamiast torebki wybieramy plecaczek, zeby miec obie rece przygotowane do windsurfingu parasolem. A na sobotnie wieczorne wyjscie eleganckie ciuchy zostawiamy w domu, bo jada sie tutaj na stojaco i latwo sie poplamic. Podejrzewam rowniez, ze populacja jest bardziej tolerancyjna, jesli idzie o zarost u pan, bo o ile mozna zazdroscic miejscowym pieknosciom bolywoodzkich lokow, nierzadko ida w parze z przedramionami wygladajacymi jak moje nogi po miesiacu na kempingu.

6. NIE TRZEBA CHODZIC DO LOGOPEDY. Na poczatku wydawalo mi sie, ze niektorzy moi uczniowie maja problemy z wymowa angielska, bo to jezyk obcy, ale czy w hiszpanskim oni w ogole maja “sz”? W kazdym razie nikt tu z seplenienia nie leczy, a w wielu dialektach nawet “s” nie jest takie potrzebne, bo nie jest wymawiane  na koncu wyrazow. Jak sie wtedy rozroznia druga osobe liczby pojedynczej od trzeciej, nie mam pojecia, ale skoro radza sobie z tym, ze “llamo” znaczy “dzwonie”, “zadzwonie” i “zadzwonil”, to to dla nich drobiazg.

7. MOZNA SIE OBJADAC SLODYCZAMI. Wprawdzie tylko na sniadanie, ale nikt ci zlego slowa nie powie. Paczki, magdalenki, muffinki, batoniki zbozowe, rogaliki, kakao? Prosze cie bardzo. Pamietajcie tylko, ze nie mozna pozniej podjadac w ciagu dnia – chyba ze jestescie dziecmi, wtedy macie prawo wybrac sie do “czuczerii”, jednego z maciupkich sklepikow ze slodyczami w stylu straganow Haribo. Ewentualnie faworki z goraca czekolada w “mrozny” dzien.

8. (Juz wspominalam, ze) JESLI MIJA CIE SPORTOWE AUTO Z MUZYKA NA CALY REGULATOR, MUZYKA TA NIE BEDZIE PONURY HIP-HOP, TYLKO REGGAETON. Wiekszosc ludzi i tak go nie cierpi, ale wole juz figlarne rytmy latino i machanie pupami od smutnych tekstow o sukach z blokowiska. Szowinistyczne sa oba gatunki, ale do tutejszego przynajmniej mozna potanczyc.

9. PODATKI SA SMIESZNE NISKIE. Moze to inni beda sie smiac ostatni, kiedy dobrne do mojej baskijskiej emerytury, ale poki co place 9% podatku dochodowego. Stop podatkowych jest chyba ze dwadziescia, zwiekszaja sie stopniowo zaleznie takze od liczby posiadanych dzieci. Jak udaje sie im jednoczesnie placic nauczycielom w szkolach panstwowych minimum dwa tysiace euro na reke (narzekajac jednoczesnie na skorumpowanie politykow), pozostaje dla mnie tajemnica.

10. (Z przymrozeniem oka) W BARACH NIE TRZEBA PLACIC. Po pierwsze, (choc zdarzaja sie wyjatki) placi sie po konsumpcji, a nie przed – jesli chcecie opuscic lokal podchmieleni, lepiej odnotowujcie gdzies sobie swoje zamowienia 😉 Po drugie, baskijscy kelnerze slyna z ignorowania klientow – widzialam nawet barmanke w wielkich sluchawkach na glowie (idealne, gdy krzatasz sie obrocona tylem przy ekspresie do kawy). Odczekujemy wiec przy ladzie piec minut (dla obrzydzenia do siebie kelnera jeszcze bardziej, w modnej kawiarni stawiamy sie w brudnym dresie, a w obskurnym barze w blezerku i perelkach), po czym szlag nas trafia i wychodzimy. Mozna tez po prostu zapomniec – w koncu jestesmy zrelaksowani po naszym “zurito”, a zarazem przyzwyczajeni do sytuacji, w ktorej juz sie dawno zaplacilo.

LA LARGA MARCHA

June 14, 2014

A nice clip about the summer in Donostia San Sebastian, Iruña Pamplona and other towns (featuring great music by what sounds like God is the Astronaut).

Watch out for:

– lots of boats and rafts together (that´s “piratas” I have written about, here in August)

– a guy dressed up as a woman (by far the most popular costume for guys round here, be it for the carnival or a stag night)

– La Concha beach by night (several times)

– the typical white SanSe railing by night

– and the merry-go-round next to the townhall