Archive for the ‘Urban Asia in Europe’ Category

NAMES

November 3, 2014

Nie jest żadną tajemnicą, że zagraniczne imiona i nazwiska bywają dziwne, a nawet śmieszne. Weźmy np. jedną z moich grup: „Maddy” brzmi jak angielskie „muddy”, „Bego” jak „begging”, „Gonzalo” jak postać z kiepskiej opery, a baskijskiego „Goiatz” nie sposób poprawnie wymówić „na czuja”. Nie sztuka wejść na stronę „nombres vascos” (polecam) i zacząć się nabijać, chciałabym więc napisać dziś o tym, co wymaga odrobinkę wiedzy – o różnicach wykraczających poza fonotaktykę.

 

  1. Imiona żeńskie nie muszą kończyć się na „a” (i vice versa) – niby oczywistość, w końcu tak samo jest w angielskim, ale czasami polski mózg nadal się buntuje. Sprawdźcie sami swój poziom tolerancji (w spolszczonej pisowni): Amaiur, Laraic i Izaskun vs. Borha, Kepa i Gorka. Osobiście łykam jedno i drugie, bo imiona dziewczęce kojarzą mi się z „Lindsay” czy „Alison”, a chłopięce traktuję jak nazwiska.

 

  1. W Polsce większość osób ma w dokumentach dwa imiona, ale (poza kilkoma celebrytami) nikt nigdy ich nie używa –co najwyżej to drugie funkcjonuje jako pierwsze, bo pierwsze nam się nie podoba. W Hiszpanii twoje dwa imiona to właściwie jedno długie i niektórzy uczniowie wręcz się na mnie obrażają, gdy się zapomnę i wywołam „Marię” zamiast „Marii Eugenii”. Imiona „dwuczłonowe” mają także popularne (a mi nieznane) zdrobnienia: Maria Jesus do Mariaje, Jose Miguel – Josemi, Maria Isabel – Maribel. Mama mojego chłopaka to Asun czyli Maria Asuncion.

 

  1. No właśnie, „asuncion” – „wniebowstąpienie”. Hiszpanie nie tylko nadają swoim dzieciom imiona świętych, ale także przeróżnych religijnych atrybutów – stąd Dolores, Pilar, Esperanza, Encarnacion i inne kwiatki.

 

  1. Nie rażą one tak bardzo, jak raziłyby w języku polskim, bo hiszpańskie nazwiska nie rozwadniają się tak bardzo końcówkami. W Polsce, owszem, można natrafić na Lisa albo Kiełbasę, ale więcej jest Lisowskich i Kiełbaszewskich. Tutaj za to ludzie potrafią się nazywać bardzo dosłownie, w dodatku nazwiska mają zawsze dwa, więc łączą się w brzmiące jeszcze idiotycznej zbitki: „Rubio Casado” (blondyn żonaty) czy, jak mama mojego chłopaka, Caballero Aleman (jeździec niemiecki). Rodzice nie mają też żadnych skrupułów dodać do takiej kombinacji rewelacyjnego imienia, czego rezultatem może być, powiedzmy (otwieram gazetę), Mercedes Rojo Calvo („mercedes czerwony łysy”) albo Dolores Fuertes Cortado („bóle mocne pocięty”).

 

  1. Wracając do religijności, dopiero niedawno odkryłam imiona katolickie potajemnie – nie trzeba bowiem nazwać córki Maria Cośtam, bo do wyboru mamy też nazwy miejscowości – miejsc kultu maryjnego. Najsłynniejszym imieniem tego typu jest Lourdes (jak córka, nomen omen, Madonny), ale kto by pomyślał, że na liście znajdują się też superpopularne baskijskie Leire i Ainhoa, czy swojskie Montserrat.

 

  1. Emigranci mogą się czuć trochę przytłoczeni tym całym katolicyzmem, bombastycznymi zbitkami w rodzaju Juan Carlos Vailera de Flores i ewentualnym wybieraniem imienia dla swojego dwujęzycznego dziecka (Edurne? Iban? Madre mia!). Emigrantki tracą też w Hiszpanii coś bardzo, wydawałoby się, normalnego – możliwość przyjęcia nazwiska męża. Pytałam się swoich tutejszych uczennic, czy chciałyby zmienić nazwisko i żadnej nie wydawało się to ani odrobinę romantyczne. Pamiętajcie, że jeśli nowi hiszpańscy znajomi przedstawiają wam się jako Sara Fernandez Molina i Iker Fernandez Molina, to są rodzeństwem a nie małżeństwem!

 

A propos nazw, zachwycam się ostatnio idiotycznymi nazwami sklepów. Who needs Japlish, skoro Baskowie inspirują się angielskim z równym wdziękiem. „People” i „Friends” jeszcze rozumiem, ale „Snoby”? ‘Bully’? „Tudor”? „Went”? „They’s”?!

 

Advertisements

WESELNE RÓŻNICE

October 6, 2014

Nie jestem i raczej nie będę ekspertką od wesel, ale oto co zauważyłam na moim drugim tutejszym:

 

  1. W Hiszpanii dużo łatwiej o wesela dwujęzyczne czy dwukulturowe – ludzie mają problemu ze zrozumieniem „hiszpańskiego” z Galicji czy Andaluzji, do tego dochodzi kataloński, baskijski itd. W tym przypadku panna młoda była z Katalonii, więc część przemów była dla połowy gości niezrozumiała, inne cierpliwi mówcy wygłaszali w dwóch wersjach. W listopadzie byłam z kolei na ślubie po baskijsku, na którym np. w środku ceremonii trzy osoby nagle wstały i ruszyły w stronę podwyższenia, i nie mieliśmy zielonego pojęcia, czy również mamy ustawiać się w kolejce (po świecką komunię?) czy nie.

 

  1. W kraju, w którym opustoszałe kamienne wioski na szczycie wzgórza kwituje się wzruszeniem ramion, dużo też łatwiej o piękną scenerię. „Nasze” wesele odbywało się w miasteczku Olot niedaleko Girony, które tylko w centrum ma dwa… wulkany. Niskie i nieczynne, ale i tak można sie zachłysnąć przy czytaniu ulotki z informacji turystycznej.

 

  1. Bogactwo bije po oczach. Wiem, że gdzieś tam, może na dalekim południu, kryją się ofiary wysokiego bezrobocia i ogólnej beznadziei, ale ja na swojej drodze napotykam głównie ludzi, którzy przeszli na emeryturę w szokująco młodym wieku i żyją sobie wygodnie z otrzymywanej renty, ewentualnie traktują bezrobocie jako coś w rodzaju przedłużonych wakacji, bo to przecież dwa lata z zagwarantowaną pełną pensją. Z jednej strony bardzo hojne i wykorzystywane do maksimum państwo, z drugiej zamożne od pokoleń rodziny chętnie utrzymujące poszukujących sensu trzydziestolatków.

 

  1. Wartym naśladowania pomysłem było zawarcie związku małżeńskiego w urzędzie w skromnym gronie i dzień wcześniej. Przy nas państwo młodzi tylko udawali, że składają przysięgę – za to mogli to zrobić w malowniczym ogrodzie. (Jedynym zgrzytem był prezent, a jakże, teściowej, która sprowadziła baskijskiego tancerza ludowego. Niby miły akcent, ale po co przerwał swoimi flecikami romantyczną piosenkę pop, którą młodzi na pewno starannie wybrali na przejście wzdłuż nawy ku wyjściu?)

 

  1. Największą atrakcją każdego hiszpańskiego wesela jest ponoć koktajl – godzinka czy dwie przed głównym posiłkiem z masą szampana i jak największą liczbą przystawek. Kompleks jadalny w stylu hightech czadowy (Les Cols w Olot, wygooglajcie), szaszłyczki z krewetek bomba, sushi twardawe, ale kurczę, sushi za darmo, łosoś wędzony super, sery owcze przygotowywane przy pomocy wody morskiej rewelacja, sok ze świeżych pomarańczy świetnie, sorbet cytrynowy… zaraz, sorbet cytrynowy? Po krewetkach i przed wędlinami? A tu już donoszą canelloni i mini-hamburgery. I kroją szynkę serrano. Tempura ze szparaga? Już jadłam, dziękuję. Ale ta jest czarna i z jakimś dipem. Zawrót głowy, przesyt, bezsens. Jak w antycznym Rzymie. Nie było czasu ani nacieszyć się każdym kęsem z osobna, ani porządnie porozmawiać, nie czekały na nas prócz tego wielkiego żarcia żadne rozrywki, a na myśl o tym, że zaraz mamy przecież siąść do późnego obiadu, przebiegały mnie ciarki, bo jak to tak zastawić wszystko na talerzu pod nosem gospodarzy.

Na polskich weselach też się je dużo, ale w jakiejś tam kolejności – posiłek, bufet dla głodomorów, barszczyk o północy…

 

  1. Brakowało mi troski o gości. Jeśli ktoś był na jakiejkolwiek diecie, nie miał do wyboru absolutnie nic co zawierałoby wyłącznie warzywa czy owoce. Żadnych gier, wygłupów, wężyków – jeden konkurs dla młodych, ale bez „jaja”, a muzyka taneczna wyłącznie umcy umcy, co wszystkim gościom powyżej czterdziestki (i jednej 34-latce) absolutnie odebrało chęć do zabawy. No, na osłodę mieliśmy dwa polaroidy, w których szybko zabrakło klisz.

 

  1. Polecam wszystkim nacjom branie przykładu z Anglosasów – gości należy wymieszać! Pary nie mogą siedzieć razem, podobnie rodziny – ja moich teściów, mojego chłopaka mam na co dzień, mogłabym ich też z łatwością odszukać i zagadać, a tak, uwięziona ze znajomymi twarzami przy jednym stole, nie miałam żadnego pretekstu do zawierania nowych znajomości, podczas gdy fascynujący goście z Madrytu (młodzi są oboje znanymi dziennikarzami w hiszpańskim radio) kisili się razem przy jednym stole. Cóż, taka różnica kulturowa – jedni chodzą na przyjęcia „to network”, a mój chłopak, jak zapraszam na urodziny koleżanki, dziwi się: „Przecież one się nie znają!”.

 

  1. Hiszpanie nie praktykują poprawin. Nasza strona rodziny mieszkała w tym samym hotelu, więc zobaczyliśmy się przy śniadaniu, ale straciliśmy kolejną szansę na poznanie kontyngentu Katalończyków, na podziękowanie za poprzedni dzień.

 

  1. I wreszcie koszta. Nie ma przyzwolenia na zwykłe prezenty (no chyba, że są to wakacje na Bali), koperta i tyle. Mi, jako widzianej raz wcześniej dziewczynie rzadko widywanego kuzyna przysługiwała stawka minimalna – 100 euro. Do tego 25 euro od łebka za benzynę. Gdyby hotel nie był gratis, zaczęlibyśmy się zastanawiać, czy w ogóle pojechać. Nawet w telewizyjnych skeczach śmieją się z osób, które rozpaczają widząc w poczcie kolejne zaproszenie, zwłaszcza, że w modzie są też drogie „wyjazdowe” wieczory panieńskie/kawalerskie – weekend w innym mieście czy nawet kraju, w obowiązkowych jednakowych uniformach.

 

  1. Wiem, że uwielbiam tu narzekać – nie, nie było aż tak źle. Wracaliśmy sześć godzin w dzikiej ulewie –ale w Kraju Basków powitało nas słońce! Na stacji benzynowej do jedzenia mieli wyłącznie smażone kiełbaski z różnymi zestawami – ale dzień wcześniej, dzięki portalowi Happy Cow, zjadłam super wegańskie śniadanie. A państwo młodzi w imieniu każdego z gości zakupili ileś tam szczepionek przeciw polio. Ktoś tam jednak jeszcze wierzy w szczepionki, uff!

10 POWODOW, DLA KTORYCH UWIELBIAM LAS LANDAS

October 6, 2014
  1. Garnki pełne małży w sosie z sera pleśniowego, najlepiej w ciepły wieczór na tarasie w Capbreton (Czy ktoś zna może jakiś wegański odpowiednik tej uczty, please?)

 

  1. Szerokie, puste, czyste plaże, a do tego morze z tak silnymi prądami, że nikt specjalnie nie namawia cię do pływania.

 

  1. Ludzie mówiący po francusku, napisy po francusku… (ale jeśli odezwiesz się po francusku, odpowiadają po hiszpańsku)

 

  1. Radio “Nostalgie”

 

  1. Campingi w lasach sosnowych (ale uwaga, tutejsze sosny mają szyszki z osiem razy większe od polskich)

 

  1. Kawiarnia Marimont w Biarritz (rok założenia 188) – muzyka klasyczna w tle, lustra na ścianach, widok na morze… Zgadzam się nawet na kosmiczne ceny, bo odzwierciedlają jakość. (Jeśli jednak macie ograniczony budżet, polecam czekoladowe mini gateaux basque za 2 euro w Maison Adam),

 

  1. Sklepy odzieżowe w Hossegor

 

  1. Białe wille obrośnięte hibiskusami, clematisami itp.

 

  1. Liczne ścieżki rowerowe (a jest płasko, płasko, płasko)

 

  1. I wszystko to godzinę-dwie drogi od miejsca, w którym mieszkam.

STUTTGART

September 1, 2014

I kto by pomyslal, ze dwa tygodnie w Stuttgarcie moga byc tak interesujace! Po pierwsze, czekalismy na pewien dokument, wiec nie wiedzielismy, ze to beda dwa tygodnie – zylismy z dnia na dzien, dostosowujac nasze plany do pogody ( zwykle deszczowo i 18-20 stopni) i tego, czy akurat uzywalismy biletu 3-dniowego czy nie (15 euro na cala aglomeracje, rewelacja). Po drugie, mieszkalismy na campingu, jako jedyni bez auta i krzesel, wiec wszystko zabieralo duzo czasu i pozwalalo byc tu i teraz u cieszyc sie drobiazgami. Po trzecie, polscy ekspaci z Hiszpanii moga zajadac sie w Niemczech chlebem z ziarnami, owocami jagodowymi i tureckimi przysmakami (nie, nie kebabem, tylko ayvarem i ayranem). I po czwarte, Stuttgart oferuje naprawde sporo atrakcji i nie mam pojecia, czemu nie jest bardziej popularny. Ponizej wskazowki turystyczne dla tych, ktorzy chca odkryc te perle – naprawde warto.

 

Zarowno z lotniska, jak i z dworca glownego, dojezdzamy na camping S-bahnem nr 2 i wysiadamy na stacji Bad Cannstatt. S-bahn lingwistyczne miesza w glowie: jesli pan z glosnika mowi  „es zwei nach…” to przeciez ma na mysli „S2”, a nie „this is 2”, a „links” oznacza „na lewo”, a nie (jak myslal Ru) „polaczenia”. Ze stacji Bad Cannstatt wychodzimy tylnym wyjsciem, skrecamy w lewo, a potem przy schronisku mlodziezowym w prawo, az po muzeum tramwajow, gdzie przechodzimy pod torami U-bahnu i wychodzimy na tajemniczy gigantyczny plac magazynowy nad rzeka Neckar. Przez caly nasz pobyt stawiano na fragmencie tego placu rownie gigantyczne pawilony w stylu bawarskiej/szwabskiej chlopskiej zagrody, okazuje sie bowiem, ze ta ogromna przestrzen zarezerwowana jest na stuttgardzki Oktoberfest, drugi co do wielkosci w Niemczech. I tak, codziennie mijalismy tam traktory, ciezarowki, makiety kosciolkow na tle gor itp. atrakcje. Zeby znalezc camping, najlepiej isc prosto przed siebie, az zatrzyma nas rzeka, potem skrecic w lewo i dac sie poprowadzic sciezce rowerowej az po plot campingu, a nastepnie okrazyc go zgodnie ze wskazowkai zegara w poszukiwaniu glownego wyjscia.

 

Camping kosztuje 18,5 euro za dwie osoby i namiot, ale warunki sa raczej spartanskie – obsluga nie przejmowala sie np. ze po osrodku peta sie labedz, zostawiajac wszedzie wielkie kupy. Nie ma tez wszechobecnych w Hiszpanii dzialeczek odgrodzonych od siebie zywoplotami – ot, wielki parking dla karawan i trawnik dla namiotow. Zza rzeki slychac autostrade (na szczescie wystarczaja dwa dni, zeby sie do niego przyzwyczaic), a tuz za betonowa sciana od wschodu slonca testuja na specjalnym torze Mercedesy.

 

I tak przechodzimy do pierwszej atrakcji Stuttgartu – samochodow. Daimler urodzil sie w pobliskim Schorndorf, a mieszkal w Bad Cannstatt, i efekt tego jest taki, ze nawet na wiezy dworca glownego obraca sie wielkie znajome logo. Ze wzgledu na ceny darowalismy sobie muzea Mercedesa i Porsche, ale tor testowy mozna sobie obejrzec gratis z mostku prowadzacego do Stowarzyszenia Kajakarskiego, trzeba sie tylko uzbroic w cierpliwosc, bo przeciez auta nie jezdza non stop i nie zawsze szybko. Nawet mnie ekscytowal widok przechylonego na zakrecie Sprintera o zamaskowanych na bialo-czarno nowych elementach karoserii. Widzielismy tez testowane ciezarowki, a nawet Maseratti, bo konkurencje tez przeciez trzeba sprawdzic. Do muzeum Mercedesa warto pojsc (z campingu 15 minut wzdluz rzeki) bez placenia za bilet, bo fajny sam w sobie jest budynek, parking (same merce), salon samochodowy (gigant ze wszystkimi modelami) i sklep muzeum (setki miniatur i gadzetow).

 

Druga atrakcja rowniez znajduje sie nad rzeka i w poblizu campingu – bo skoro „Bad Cannstatt”, to i jakies „bad” musi byc, prawda? My widzielismy trzy. Najstarsze, Bad Cannstatt po prostu, to z najstarszym budynkiem (Kursaal) i wlasnym przystankiem U-bahnu (za Daimlerplatz, a jakze), nie jest jednak zbyt duze i ma skomplikowany cennik, chyba po to, zeby zniechecic szaraczkow, skoro byle piwko na ich tarasie kosztuje 3,70 (ale warto, jesli nie ma sie nic innego do roboty, bo park zdrojowy ladny, w czesci na gorce za Kursaal maja widoki i minigolfa, a w samej restauracji stylowe wnetrza, czyste WC i duzy wybor ciast). Po parkach na obrzezach, w odroznieniu od tych w centrum miasta, nie kreca sie tez zebracy, z ktorymi trzeba dzielic sie swoja Ritter Sport (pochodzaca ze Stuttgartu zreszta, stad rzezba/kolumna ze wszystkich jej gatunkow na dworcu i parodia rzezby z ksiazek w ksiegarni przy Konigstrasse).

 

My wybralismy kompleks Leuze polozony nad sama Neckar, pomiedzy przystankami U-bahnu Mercedesstrasse i Mineralbader (latwe do zapamietania, nieprawdaz?). W cene nie moglismy uwierzyc – 15 euro za caly dzien basenow i saun. I to jakich basenow i jakich saun! Akwaparku wprawdzie nie ma (jest mani dla dzieci), ale sa jaccuzi, lozka, masaze stop i plecow, wielki ogrod, cieplutki basen na zewnatrz, no i najwieksza niespodzianka – basen z naturalnie gazowana woda mineralna! Woda ma tylko 20 stopni, wiec trzeba sie do niej przyzwyczaic, ale pozniej jakze zabawnie kluje, jakze odswieza, mozna tez pic ja do woli ze specjalnych kranikow. Kompleks saun tez powalil nas na kolana – bylo ich do wyboru kilkanascie, z roznymi aromatami, z muzyczka, ze swiatelkami, od 40 do 100 stopni, co kto woli, do tego oczywiscie baseny z zimna woda, obywanie stop i ze cztery pietra roznych tarasow z lezaczkami, w ktorych nogi mozna sobie ustawic nad glowa, z lezakami kamiennymi i ze skorzanymi hamakami – brakowalo tylko swiec i kwiatow. Ale uwaga – w kompleksie saun obowiazuje pelna golizna! Koedukacyjna i nawet na lezakach, o czym przypomni wam delikatnie ciemnoskory pan z obslugi. Niesmiali moga sie owinac recznikiem (w niedziele rano 90% klienteli stanowili panowie po 50tce, wiec sie raczej owijalam, chociaz podejrzewam, ze wielu bylo gejami), pewni siebie napatrzec na ciala staruszkow, wydepilowanych mezczyzn i panie z piercingami w genitaliach.

 

Trzecia atrakcja to ogromne, zadbane parki – osobiscie uwielbiam sie po nich przechadzac, zwlaszcza ze w SanSe parkami nazywa sie byle skwerek. Z parku Kursaal, z mala przerwa na starowke Bad Cannstatt (najstarszy dom w Stuttgarcie), mozna dojsc terenami zielonymi az do scislego centrum: najpierw mijamy ogrod zoologiczno-botaniczny Wilhelma (to mianownik, a nie dopelniacz – krolowie Badenii-Wirtenbergii ponazywali mase rzeczy Wilhelm… lub Karl…), potem wchodzimy do parku Rosenstein, ktory ciagnie sie az po dworzec glowny z charakterystyczna wieza, a za kladka jest juz scisle centrum: park za opera i Schlossplatz. Z Rosenstein mozna tez jakos dojsc zielonym korytarzem do parku Killeberg kolo osiedla zaprojektowanego w latach 20-tych przez Corbusiera i jego kolegow – kiedys byly tam baraki, z ktorych wywozono do Theresienstadt, ale skupmy sie na ogrodzie rozanym z darmowymi lezakami, ogrodzie letnim pod wieza widokowa i ogrodzie dalii. My bylismy tam (pierwszy raz) poznym deszczowym popoludniem i Killeberg zauroczylo nas magiczna atmosfera swojego 100-letniego wesolego miasteczka z atrakcjami z epoki i wozami cyganskimi, w ktorym nie sprzedaja zadnych badziewi, za to oferuja wystepy dla dzeci i gofry domowej roboty z cukrem pudrem albo przecierem jablkowym. Ciekawe parki, do ktorych trzeba przedrzec sie przez miasto, to Karlshohe i skwer przy Feuersee z kosciolem na polwyspie.

 

Wilhelma jest chyba ciekawsza dla milosnikow kwiatow, niz zwierzat. Warto zainwestowac w zwykly bilet za 14 euro – my kupilismy popoludniowy (16-20:00) za 10, po czym okazalo sie, ze pawilony zamykaja pomiedzy 18:30 a 19:00 i zaczely sie nerwy i bieganina. Najwieksza atrakcja sa ponoc malpy (takze czlekoksztaltne): mi najbardziej podobaly sie szklarnie (ach, te fuksje po horyzont) i akwaria (zwlaszcza ukwialy, rozgwiazdy, meduzy i inne nieoczywiste zyjatka). Mozna tez sobie obejrzec zoo zza plotu – widac doskonale niedzwiedzie polarne (dobre miejsce na parkowy lunch), lamy, strusie czy mrowkojada. W zoo rosna tez sekwoje i mieszka sporo wiewiorek i zajecy – nigdy tylu nie widzialam na raz.

 

Oddzielna od parkow kategoria sa winnice – pokryte sa nimi wlasciwie wszystkie poludniowe zbocza w okolicy. Jesli kogos stac, moze wybrac sie na przejadzki degustacyjne – przecietniacy, tacy jak my, zabieraja po prostu ulotki z informacji turystycznej przy dworcu, i chodza po szlakach przejazdzek sami, bo sa doskonale oznakowane. Jednym z nich mozna sie przejsc z Pragsattel az po jezioro Maxa Eytha nad Neckar, innym z przedmiecia Unterturkheim do miejscowosci Oberturkheim. Tak na marginesie, nazwy przystankow U-bahn i S-bahn w Stuttgarcie to dla filologa osobna atrakcja – od tych wszystkich ingeny-ow np. po kolei Ehningen, Gartningen i Nufringen, przez dziwaczne monosylaby w rodzaju Hulb czy Rohr i nazwy romantyczne takie jak Feuersee czy Leinfelden, az po bliskie sercu kazdego Aspiego Asperg.

 

Wspomnialam winnice, ale co z miejscowa gastronomia? Niestety, nasz ograniczony budzet, brak kuchenki i konserwatywny towarzysz nie pozwolili mi rozwinac skrzydel, chociaz ten ostatni zajadal sie ayvarem i uznal wyzszosc doner kebab nad hamburgerem (wiecej warzyw). W Winterbach polecam przepyszne donery na stacji S-bahn za jedyne 2,50, w Netto wedline z Turyngii firmy Lieblings, a w Coffee Fellows darmowe wifi i gniazdka z pradem. Uwaga: w niemieckich supermarketach nie mozna placic karta Visa! Jesli ktos chce poznac szwabska kuchnie, mozna sobie chyba poidarowac miejscowe pierozki, ale warto sprobowac „spatzli”, czyli grubego makaronu, najlepiej z sosem grzybowym. Ru zjadl taki na rynku w Esslingen.

 

Esslingen to jedno z wielu slodkich miasteczek, ktore otaczaja Stuttgart. Do dwoch pierwszy wybralismy sie ze wzgledu na zdjecia znalezione w folderze, a potem zauwazylismy, ze wspominaja je tez w opisie naszego biletu 3-dniowego, wiec odwiedzilismy wszystkie miejscowosci z owej ulotki: Schorndorf, Esslingen, Kirchheim, Herrenberg, Ludwigsburg… Najwiecej slodkich domow w kolorowa kratke jest chyba w Herrenberg, ale ja polecam Esslingen z jego winnicami, zamkiem na wzgorzu, waskimi uliczkami poza starowka, ciekawymi sklepami (od hipsterskich concept stores po arabski sklep z przyprawami) i domeczkami nad (doslownie) rzeka. Mozna sobie za to darowac Ludwigsburg, ktore (jak i jego palac) jest barokowe – lepiej przejsc sie w Berlinie za darmo po Charlottensburg.

 

I tak mijaly nam dni – a to ogladalismy auta na torze testowym, a to zobaczylismy, ze zbliza sie barka, wiec biegiem do sluzy, a to zglodnielismy, wiec maliny i jezyny, a to kolacja na karimacie przed namiotem, przygladajac sie zwyczajom mieszkajacych na caampingu Romow (mieszkali w przyczepach, ale jezdzili nowymi mercedesami). A potem droga powrotna: mozna wpasc do Baden Baden czy Strassburga, albo tak jak my, do Roses w Katalonii, przejsc sie wieczorem promenada wzdluz zatoki. A potem zielone gory Girony i wawozy Benasque w Pirenejach – ale to juz inna historia.

SAN FERMINES 2.0

July 21, 2014

San Fermines to nie tylko chlanie pod chmurka od rana do nocy w niekonczacym sie tlumie zamroczonych Australijczykow i maltretowanie bykow na klejacych sie od moczu i wina uliczkach Starego Miasta. W tym roku zaliczylam program „light”, czego najlepszym dowodem bylo to, ze zawsze, nawet o pierwszej w nocy, bylismy otoczeni przez dzieci.

Dla mnie jedna z najwiekszych atrakcji byl sam dojazd – nowa szose wybudowano nad stara, wiec widoki na lesiste gory sa niesamowite. A potem przejezdza sie przez gigantyczna skalna brame Dwoch Siostr i nagle zza zakretu wylania sie rownina godna Montany, na wiosne cudownie bambusowo zielona.

Dla wielu ciekawa rozrywka jest zapewne przejazdzka na najwiekszym w czyms tam (Europie?) Diabelskim Kole, zwanym tu „noria”. Czyli nie wypada nazwac dziecka Nuria, bo sie kojarzy? Niestety, na pewno nie mozna „Ronja”, bo „ronia” to po hiszpansku rdza czy inne swinstwo. Ach, te klopotliwe imiona! Czy, na przyklad, Edurne i Enara tylko mi wydaja sie… eee… durne? (Tak na marginesie, nie wiem, czy pisalam, ze „glowny” po baskijsku to „nagusia”).

Nie bylabym soba (sobom, nie makaronem), gdybym nie wspomniala o jedzeniu. Jako żem z SanSe, liczylam na fajne „pintxos” („tapas”), ale w Pamplonie kroluja „fritos” – smazone kule frytowanego beszamelu z domieszka szynki, czerwonej papryki, grzybow albo krewetek – rzecz idealna dla aspirujacej do dbania o linie i miana weganki. O miejscowych restauracjach zapomnijcie z kolei, jesli nie macie rezerwacji i 25 euro na menu dnia. Na zagorzalych tradycjonalistow czeka wiec kebab, na przecietnego zjadacza chleba chinska restaracja Hong Kong (w salonie kamienicznego mieszkania z takową kuchnia), a na szczesliwych posiadaczy smartphona z aplikacja Happy Cow – wegansko-makrobiotyczna knajpka za rzeka, rzut beretem od zagrody bykow.

Smazeniny podbily tez rynek deserow, kolo norii znajdziemy wiec kilka wielgachnych straganow serwujacych wszelkiego rodzaju „churros”, faworki, paczki oraz na dokladke frytki i chipsy „domowej roboty”. Co ciekawe, nikt na to nie narzeka, nawet w telewizji wszyscy sa ze swoich zwyczajow straszliwie dumni, zamiast chocby napomknac, ze wypadaloby ograniczyc kaloryczne rozpasanie. Czy to tylko w Polsce lubimy sie biczowac? Wyobrazacie sobie reportaz z ulicznego brunchu, ktory zaczal sie o 11-tej, w ktorym podchmielone babcie zwierzaja sie z szerokim usmiechem na twarzy, ze w San Fermines wydaja na konsumpcje i balony dla wnusiow 100 euro dziennie?

Czym jeszcze mozna sie zajac oprocz jedzenia? Oczywiscie, codziennie jest gonitwa, a potem corrida. Trudno przed nimi uciec (z obowiazkowym rulonem gazety  w dloni), bo w kazdej gazecie wlasnie rozpisuja sie z zapamietaniem o wszystkich rannych, zamieszczajac stosowne zdjecia i diagramy ilustrujace przez jakie narzady przebil ci sie byk. Ja w ramach wersji „light” ograniczylam sie do obejrzenia sobie z bliska torreadora o ksywce „Pirat” (zgadnijcie czemu), jak opuszczal arene niesiony przez fanow – kolejna atrakcja jest bowiem przygladanie sie tlumowi poplamionych winem, poprzebieranych pijakow zmierzajacych z corridy do siedzib swoich stowarzyszen („peñas”). Zeby dostac w twarz rozchwianym banerem z karykaturami miejscowych politykow, nalezy zajac sobie miejsce na drewnianych barierkach przed arena na jakies dwie godziny przed wymarszem (corridy dluga rzecz), na nude nie mozna jednak narzekac, bo a to australijska dziewoja modli sie na chodniku do senegalskiego sprzedawcy swiecacych uszow Myszki Minnie, a to zasmuci cie afrykanskie dziecko pozostawione same na stanowisku zaplatania warkoczykow, a to smieciarki sprobuja przejechac wzdluz kocy z rozstawionymi podrobkami markowych torebek.

Niektore rzeczy draznia, ale pozostaja cudowne wspomnienia. Ci wszyscy przechodnie w bieli i czerwieni, od emerytow po niemowleta… Zamkniete dla ruchu nocne ulice wielkiego miasta… Codzienny dlugasny pokaz fajerwerkow na Cytadeli ogladany znad podziemnego dworca autobusowego… Romanski most dla pielgrzymow na Drodze sw. Jakuba… Widok na gory z „Bialego Konia” na murach miejskich…

Zastanawiam sie, czy wrocic w sierpniu (i skoczyc przy okazji do Merkadony), czy moze jednak Bilbao (i przy okazji Ikea?). Zadecyduje Mama 🙂

BISCARROSSE

June 24, 2014

W weekend pojechalismy do moich ukochanych Las Landas, czyli na surferskie wybrzeze Francji ciagnace sie w nieskonczonosc od Bayonne az po Bordeaux. Jak juz pisalam, to taki podrasowany Baltyk: sosny, wydmy, kiczowate stragany i Carrefoury – wszystko jak trzeba, ale domy wypieszczone, otoczone  palmami i kwitnacymi pnaczami, a w morzu duzo silniejsze fale i prady, i duzo wyzsze zasolenie, czyli wchodzisz po kolana, fala zbija cie z nog, a woda, ktora dostala sie do twojego gardla, pali jak ogien. Nic dziwnego, ze wybralismy aquapark!

Mielismy duze szczescie, bo takie parki atrakcji to zwykle prazenie sie na sloncu w dlugasnych kolejkach, ale ze zapowiadano burze, slonce czasami zakrywaly chmury, czasami mzylo (co nam, polnagim, nie przeszkadzalo), odstraszonych turystow nie bylo znowu az tak duzo, a nawet jesli “nie tak duzo” oznaczalo czekanie po 20 minut, bylo nas dwanascioro, wiec moglismy nadrabiac towarzyskie zaleglosci: jeden z kolegow wybiera sie np. rowerem na Madagaskar tzn. planuje rozebrac rower na czesci i nadac go w bagazu. Chlopak ma juz na swoim koncie wyprawe konno przez Mongolie i wspinaczke w Chinach, wiec chyba i tym razem sobie poradzi.

Zabawnie spedzic pol dnia bez niczego – bez kieszeni, butow, recznika – wszystko bylo w szafce albo porzucone na trawniku. Zachlystujac sie wolnoscia, zaliczylismy kilkanascie  atrakcji polegajacych glownie na zjezdzaniu rurami na dwuosobowych pontonach – jak dla mnie sam zjazd byl wystarczajaca rozrywka, ale chlopcy oczywiscie probowali swoje pontony wywracac, na spadkach podskakiwac jak najwyzej itp. Naprawde nie rozumiem dlaczego niektorzy ludzie zrobia wszystko, zeby zwichnac sobie noge – ale ten sam ped stoi zapewne za kopalniami zlota, podbojem Ameryk i innymi dokonaniami ludzkosci.

Mi najbardziej podobala sie “The wave”, gdzie po prostu zeslizguja cie w przepasc z wysokosci 15 metrow (filmik z siostrzanego parku):

 

Kolacje zjedlismy w Biscarrosse Plage, ktore goraca polecam, bo przy samej plazy ma “irlandzko” zielone wzgorza, a z typowych promenad ze straganami mozna uciec na ryneczek z tajskim barem, ekologiczna nalesnikarnia i przybytkiem serwujacym chrupkie gofry z marmolada truskawkowa. Idac z auta do restauracji minelismy tez wiecej miejsc z muzyka na zywa niz w naszym 300tys SanSe – bar z reggae, bar z gitarami akustycznymi, scene z dzieciecym wystepem break dance (skonczyl sie o h23!), a na plazy scene z miniaturowym ravem.

Niestety, kolo naszego kempingu tez odbywal sie rave, tylko ze pelnowymiarowy. Umcy umcy wylaczyli podobno dopiero okolo osmej rano, a zablakani raverzy gadali, smiali sie, nawolywali, nawolywali sie klaksonami i doprowadzili toalety do takiego stanu, ze nawet sie do nich nie wybralam. Ru zaklina sie, ze rano widzial ludzi wciagajacych kokaine, a kolo naszego obozowiska jakas samotna dziewczyna po prostu lezala polprzytomna na kocu przed swoim otwartym na osciez samochodem (znajomi musieli ja pozniej obudzic, zeby jej nie przejechac).

Kiedy jechalismy tamtedy kilka godzin pozniej, zarowno wjazd, jak i wyjazd na kemping (i do znajdujacej sie blizej plazy dyskoteki, ktorej na oczy nie widzialam, tylko ja slychac bylo) zablokowala policja. Ups.

Ostatnim punktem programu przed zwyklym plazowaniem w Biscarrosse byla wydma Pyla/Pilat (tak, tak, wydma biblijnego Pilata), przy wysokosci 110 metrow najwieksza w Europie. Na przyzwyczajonych do Leby Polakach moze nie robi az tak wielkiego wrazenia, ale widoki sa na pewno ladniejsze, bo prady morskie utworzyly wzdluz brzegu piaskowe wyspy, a kolor oceanu zmienia sie zaleznie od glebokosci wody. Lydki bola mnie do dzis :p

Takie atrakcje tylko 2,5 drogi od domu 🙂 Do tego w 6 godzin mozna dojechac nad Morze Srodziemne albo na nieznane mi jeszcze plaze Asturii. Nie przepadam za samym plazowaniem, ale lepsze to niz wspinanie sie na cos zimnego i stromego w Pirenejach 3 godziny stad. Szkoda tylko, ze malzy juz nie jem – przynajmniej teoretycznie.

PS. Najwieksza frajde sprawila mi jednak chyba mimo wszystko niespodziewana poniedzialkowa wizyta na Cementerio Polloe, gdzie mozni z SanSe stawiaja swoim zmarlym miniatury oksfordzkich kolegiow. Googlnijcie sobie grafike, a ja obiecuje wybrac sie tam raz jeszcze i spisac te wszystkei dziwaczne imiona i nazwiska typu “Adoracion del Rio Delgado”. Raj dla filologa.

SALAMANKA

May 4, 2014

Salamanka to zupelnie normalne miasto: na rowninie, z bocianami i srokami, masa normalnych barow (czyli takich ktore nie maja 4m2 i szynek u pulapu) i szerokimi ulicami pelnymi sieciowek. Ale ktos w sam jej srodek wetknal kawalek Rzymu – zdarzaja sie cale ulice w beżu, rzezbionych fasadach i z kilkoma roslymi cyprysami w tle. Fasady sie zreszta w koncu zaczynaja mylic, bo katedra ma kilka, przed uniwersytetem spedza sie sporo czasu, szukajac slynnej zaby, a potem mozna jeszcze wpasc na klasztor sw. Estebana i myslec, ze to znowu katedra. Ups.

Pamietajcie, zeby cieplo sie ubrac, bo Salamanka slynie z silnych wiatrow – ja nie przegrzalam sie pod koniec kwietnia mimo rajstop pod spodniami i zimowej kurtki na gruby sweter.

Gdzie sie zatrzymac? Raczej nie na kempingu Don Quijote, bo maja kiepskie lazienki i trudny wyjazd. Za to duzo taniej niz w Toledo.

Gdzie zaparkowac (bo kempingi sa pod miastem)? Polecamy Calle de la Radio kolo torow.

Gdzie sie posilac? Och, wybor na Starowce jest ogromny. Powazniejszy posilek najlepiej w weganskiej Cafe Atelier na Calle Serranos, chyba ze komus zalezy na widoku za oknem (takim jak Plaza Mayor by night z Abadia Plaza) albo czyms miesnym, nie rezygnujac jednak z ladnego wystroju (Don Quijote Cafe, rowniez na Serranos, dostepne opcje wegetarianskie). W Don Mauro przy Plaza Mayor bylismy chyba najmlodsi, ale do napojow daja naprawde duze przekaski gratis i do wyboru. W Meson Cervantes ceny nie pozwalaja na delektowanie sie widokiem na Plaza Mayor z jadalni na pietrze, ale liczba lamp naftowych, starych szyldow i czarnych telefonow na metr kwadratowy robi wrazenie. Na placu mozna sobie przeciez posiedziec za darmo (wiele osob siedzi po porstu na ziemi), zerkajac na poprzebieranych gosci wieczorow kawalerskich i eleganckich absolwentow swietujacych z rodzinami wreczenie dyplomow. Wlasny lunch mozna zjesc na imponujacych schodach palacu Wydzialu Filologii na przeciwko katedry, a jesli pada i wieje, to w ichnim patio. I wreszcie slodycze – co powiecie na cztery probki pitnej czekolady w kawiarni firmy Valor zalozonej w 1881 roku?

http://www.chocolateriasvalor.es/carta/chocolates-gourmet/cuatro-sentidos-de-chocolate/1/33#chocolates-gourmet

 

Co zwiedzic? Oczywistosci sa na Starowce, ale nie przegapcie sklepu uniwersyteckiego i Archivo General de la Guerra Civil, w ktorym mozna zobaczyc odtworzona z autentycznych eksponatow… loze masonska. Na Plaza de la Concordia za domem towarowym Corte Ingles zdarzaja sie ciekawe wystawy (my zalapalismy sie na spacer po ulicach i domach rzymskiego miasta 4D, tzn. lacznie z zapachami), niektorym spodoba sie tez pobliska wieza cisnien, plac do corridy z posagami matadorow czy ogrody jezuickie po drugiej stronie rzeki. I koniecznie wejdzcie do 4-pietrowej Zary przy Calle Toro, ktora miesci sie w dawnym kosciele 😛

AVILA

May 3, 2014

Jak juz pisalam wczesniej, pojechalam do Avila nie majac pojecia, czego sie spodziewac – ot, slyszalam, ze miasto ladne, no i kojarze sw. Terese.

Przedmiescia rozczarwuja, chociaz moze i sa atrakcja dla jakiegos stesknionego krajana – wszystko bowiem, poza najatrakcyjniejszymi budynkami miasta, przypomina, bo ja wiem, duza Mosine? Slupsk bez blokow? Klimaty bardzo swojskie. W dodatku na skromnym, brudnawym Plaza Mayor z miejsca atakuja cie (niezwykle egzotyczni dla kogos z SanSe) naganiacze restauracyjni z ulotkami: “Dzis wszystkie pierwsze dania z Menu 2 w cenie Menu 1, a dla pary nasz slynny stek na spolke za jedyne…”. Po kilku takich monologach Ru musial dochodzic do siebie dobre 20 minut – w Nonostii mozna machac kelnerowi pieniedzmi przed nosem, zeby mu zaplacic, a i tak cie ignoruje. Bardzo polskie jest tez miejscowe centrum informacji turystycznej – ma jakies piec opustoszalych poziomow (tylko na parterze smutna pani siedzi jak trusia), schody ruchome, windy, bajery, ale nie ma map gratis ani prawie zadnych ulotek.

Jak tam dojechac? Koniecznie z Toledo – lasy afrykanskich akacji (chyba, ze mam omamy, albo nie znam sie na drzewach), kilka zamkow na wzgorzach, a na koniec calkiem przyzwoite gory.

Gdzie sie zatrzymac? Zdajac sie na Internet, na kempingu w malowniczej Valle de Iruelas nad gorskim zbiornikiem retencyjnym.

Gdzie sie posilac? Jesli lubicie 800-gramowe steki, trafiliscie do raju. Podobnie, jesli nie lubicie przypraw – wtedy czeka na was niedoprawiona zupa z rozmoczonym chlebem i sredniawa fasolka “po bretonsku” z puree pomidorowo-ziemniaczanym (nice comfort food, ale nie za te pieniadze). Czepiam sie, po prostu jadlam tylko w jednym miejscu (Reyes Catolicos). Na pocieszenie maja fajne wielkie reprodukcje np. “Madonny z lasiczka” Da Vinci.

Co zwiedzic? Przede wszystkim obejsc mury miejskie – co w nich takiego niezwyklego, niech pozostanie dla was niespodzianka. Zajrzelismy tez do muzeum w Szkole Garnizonowej – zmusza do myslenia (armia a logistyka, armia a wiedza na temat wlokien), ladny budynek i ciekawe pamiatki z okresu wojny domowej – z naszej perspektywy wszystko na opak: np. forma plakatu sie zgadza, tresc sie zgadza (“Robotniku!”), tyle ze strasza socjalizmem, zamiast go wielbic.

A co ze swieta Teresa? Coz, na najladniejszym placu miasta znajdziecie specjalistyczny sklep “Santa Teresa” ze… slodyczami i innymi produktami “gourmet”. Musze przyznac, ze bombonierki w swieta Terese i laleczki swieta Tereska powalily mnie na lopatki – toz to lepsze od Lichenia! Rewelacyjne prezenty dla znajomych apostatow :p

http://www.yemasdesantateresa.es/tienda2/product_info.php?cPath=66&products_id=265

http://www.santateresagourmet.com/sushi/

Jesli zastanawiacie sie, co to jest “yema”, spiesze doniesc, ze niestety nie chodzi o elegancki sloiczek z koglem-moglem:

http://www.santateresagourmet.com/productos/23-yemas-de-santa-teresa

Inne ciekawe produkty:

Ki diabel? http://www.santateresagourmet.com/productos/47-huevo-hilado

Avila do jedzenia http://www.santateresagourmet.com/productos/28-murallitas-de-santa-teresa

Nareszcie cos dla wegan http://www.santateresagourmet.com/productos/53-ajoblanco

TOLEDO

May 3, 2014

Przede wszystkim musicie wiedziec, ze podrozujemy w ciemno – tzn. wiemy, gdzie jest kemping, ale nie sprawdzamy w zadnych przewodnikach, co wypada nam zwiedzic, zeby sie nie stresowac i spontanicznie odkrywac dane miasto. W Bordeaux przegapilismy w ten sposob jakis palac na wodzie czy cos, ale pobyt tam i tak uwazam za bardzo udany 🙂 Osobiscie nie czytam (juz) przewodnikow, bo po pierwsze i tak pozniej nie pamietam, w ktorym roku zbudowano kosciol swietego Kryspina, a pod drugie drazni mnie czy tez smieszy to cale odhaczanie – widzielismy x, zrobilismy sobie tam zdjecie, to teraz czas na y. Ja jestem nerwowa, i jesli nie mam czasu na y z listy, robi mi sie smutno. Albo np. w Japonii wiedzialam czasem wiecej od pana przewodnika i mnie to irytowalo. Polecam jednak wizyte w szwedzkim Trollhattan, ktore odkrylam wlasnie na zasadzie “przeczytaj Lonely Planet/ Rough Guide o Szwecji i wybierz miasto, ktore najbardziej ci sie podoba, a nie po prostu Sztokholm”. So posh, so hipster! 😛

Toledo jest miastem idealnym do beztroskiego szwendania sie, bo tamtejsza starowka to jeden wielki disneyowski zamek – a raczej disneyowskie zamki to jedno wielkie Toledo. Kiedys myslalam, ze widoczki z serii “miasto o wielu wiezach na szczycie wzgorza” to cos rownie bajkowego jak jednorozec – teraz wiem, ze te wszystkie krajobrazy wywodza sie z Hiszpanii :p A Toledo to nie tylko socjalistyczny cukierek 😉 (choc osobiscie wolalam “paryskie” i “Romeo”).

Toledo jest wiec beżowym/bezowym miastem polozonym na wgorzu nad malowniczym wawozem, miastem pelnym kosciolow, waskich uliczek oraz sklepikow z ceramika i… Hello? Na wiekszosci wystaw kroluja bowiem noze i miecze. Setki nozy, dziesiatki mieczy. Na co drugiej wystawie. Ewentualnie figurki rycerzy albo bizuteria z “Wladcy Piercieni”, trafiaja sie tez kusze, szyszaki, herby itp. Okazuje sie bowiem, ze to wlasnie tutaj, kilkadziesiat kilometrow na poludnie od Madrytu, produkuje sie bron do takich znanych produkcji filmowych jak “LOTR”, “Gra o Tron” czy “The Hunger Games”. Fani RPG poczuja sie tu jak w raju, za to amatorzy czegos bardziej wyrafinowanego zawsze moga sie schronic w sklepiku z zydowskimi pamiatkami przy synagodze Santa Maria Blanca albo zakupic egzotyczna dla nas orczate czyli napoj z migdalow ziemnych.
IMG-20140428-WA0002

 

Gdzie sie zatrzymac? Jakby co, maja Hiltona. A tak na serio, w luksusowym kempingu “El Greco” z basenem z widokiem na miasto i cudownie szumiaca nocami rzeka, na przystanek autoobusowy prowadzi piekna aleja. Tuz obok miesci sie luksusowy osrodek, ktory mozna wynajac na wesele albo bankiecik

http://www.cigarraldelangelcustodio.com/

 

Gdzie sie posilac? Zapasami z wlasnego plecaka w przeslicznych ogrodach Museo El Greco. Za trzy euro, oprocz ogrodow i WC ;), mozna zwiedzic zrekonstruowany dom z XIVw. i zobaczyc kilkanascie obrazow slynnego emigranta, ktory wedlug mnie malowal wampiry z artretyzmem, ale co tam kto lubi. Na piwko z kolei polecam “holenderski” bar “Agapo – Indie & Food” w zaulku kolo glownego placu miasta o rewelacyjnej nazwie Zacodover.

Co zwiedzic? Jesli nie lubicie sie szwendac bez celu po waskich uliczkach (dziwni jestescie), to na poczatek mozna zaliczyc klasyczna trase turystyczna od mostu Marcina az po Museo El Greco, potem udac sie na azymut pod katedre, a nastepnie obejsc mury miejskie. Ja wpadlam tez do kosciola sw. Leokadii, bo tak ma na imie moja babcia 🙂 Jest to chyba jedyny kosciol w miescie, do ktorego nie stoi kolejka Azjatow.

LA RIOJA

April 9, 2014

W piatek zabrano mnie spod pracy do prowincji La Rioja, co brzmi moze romantycznie, ale wymagalo kilku godzin dzielenia auta z przyglucha sasiadka rodzicow Ru, ktora uparcie nazywa mnie Oiana. Jest to wscibska osobka, ktora wprasza sie na wszystkie nasze imprezy rodzinne i traktuje tate Ru jak darmowa taksowke, czemu ten sie wcale nie sprzeciwia, co doprowadza jego zone do bialej goraczki. Wesole towarzystwo, nie ma co. Na domiar zlego, okazalo sie, ze Pedro (ktory nigdy wczesniej nie byl moim kierowca) ma w zwyczaju spogladac co kilka sekund na swojego rozmowce, zjezdzajac przy tym furgonetka na biala linie pobocza. I w takich oto warunkach, w ciemnosciach, napatoczylismy sie na wywrocone do gory nogami auto, a zaraz potem na drugie, czarne, ktore na szczescie w pore zauwazylismy. Nikomu sie nic nie stalo, ba, wlasciciele auta, ktore dachowalo, zwiali na pola, pozostawiajac w swoim pojezdzie wlaczona muzyke techno. Spedzilam dobre pol godziny w ciemnosciach pilnujac naszej furgonetki i sluchajac techno, podczas gdy Ru w fluorescencyjnej kamizelce i z latarka w reku probowal ostrzec nadjedzajace (na szczescie nieliczne) samochody.

Weekend spedzilam glownie w pseudomeksykanskiej (z mojego punktu widzenia) wiosce o nazwie Arnedillo, wykradajac chwile na czytanie pierwszego tomu trylogii Millenium. Tlumacz (z szwedzkiego na angielski) troche mnie denerwowal: a to wyjasnial zbyt wiele nazywajac Slussen “sluzami Slussen” (w zamku Castle?), a to, zamiast przetlumaczyc zdania w dialekcie zostawil je w oryginale (hello?), a to z dwoch tytulow Astrid Lindgren zrobil jeden (ewentualnie byla to wpadka z kursywa). Ale ksiazka swietna i szwedzka wersja filmu tez mi sie podobala.

W sobote highlightem miala byc wizyta w goracych zrodlach, ale musze przyznac, ze o ile w zeszlym roku byla to dla mnie jakas tam ekscytujaca nowosc, teraz raczej wzbudzaja we mnie obrzydzenie. Niestety, gorace zrodla to nie basen czy jacuzzi, ktore mozna porzadnie wymyc i wydezynfekowac, i przed ktorymi ludzie biora prysznic. W dodatku woda w plytkich kamiennych zbiornikach moze i sie jakos tam wymienia (hm, pradu tam nie ma), ale te wszystkie kamyczki i wodorosty – strach pomyslec, co sie na nich osadza. Coz, moze jestem przewrazliwiona. Wieksza przyjemnosci sprawily mi zakupy w legendarnej Mercadonie oraz w argentynskim sklepie z pamiatkami, ktory ujal mnie szeroka gama dzemikow (sliwkowy z mieta? figi w brandy?) i pierwszym albumem Kate Bush w tle.

W niedziele zgodzilam sie  z glupoty wejsc na najblizsza gore, chociaz nie cierpie upalu, wysilku w upale i stromizm. Ru dzielnie przetrzymal moje przeplatane przeprosinami narzekania i przed samym szczytem pokazywal gdzie stawiac stopy. Nadal wierzy, ze to tylko kwestia przyzwyczajenia. Moze i mozna sie przyzwyczaic do wizji koziolkowania po zboczu, ale po co? Podobne pytania spedzaja mi sen z powiek przed ewentualnym 10-dniowym pobytem na kempingu w Fontainebleau – do namiotu w kwietniu tez sie mozna przyzwyczaic, ale czy nie ma ciekawszych zajec?

W drodze powrotnej zajrzelismy do gadatliwej sasiadki w miasteczku Los Arcos i do opuszczonego kamiennego domu po dziadkach w niemalze opuszczonej wiosce o nazwie Piedramillera. Chyba nigdy w zyciu nie bylam w wiejskim domu (moi dziadkowie sa z miasta), a w opuszczonym wiejskim domu to juz na pewno, mozecie wiec sobie wyobrazic moj entuzjazm przy zwiedzaniu zrujnowanej krolikarni w piwnicy czy wyobrazaniu sobie zycia w domu, w ktorym nie ma ogrzewania, i gdzie do poznych lat 80-tych prano w rzece, ktora bynajmniej nie przeplywa przez wioske. Tak, przyznaje ze wstydem, ze czulam sie jak w “Boracie”. Nie zapominajmy tez, ze jestem fanka decluttering, wiec kiedy mama Ru znalazla w nieuzywanej od 12 lat przyczepie kempingowej sweter Ru z dziecinstwa, to mialam ochote sie przezegnac.

Jak widac lubie sobie ponarzekac, ale nie bylo tak zle. Egzotyczne otoczenie pozwolilo mi sie oderwac od rzeczywistosci. Czerwone skaly, kwitnace na niebiesko rozmaryny, dziki tymianek, migdalowce, drzewa oliwne, swiezy bob z dzialki, kosy, buszowanie po sklepie pelnym drobiazgow z drewna bukszpanowego…

Poza tym, jak sie ma zly humor, zawsze mozna wygooglac:

https://www.google.es/search?q=dachshund+toy&rlz=1C1GGGE_esES486ES533&espv=210&es_sm=93&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=J5ZFU4_WD-HK0QWBzICgDw&ved=0CCgQsAQ&biw=1280&bih=845#q=owl+stuffed+toy&tbm=isch&tbs=ic:specific%2Cisc:gray

 

 

"Na sprzedaz - dzialka z 100 drzew oliwnych we wsi Herce w La Rioja"

“Na sprzedaz – dzialka z 100 drzew oliwnych we wsi Herce w La Rioja”

Dolina rzeki Cidacos zachwyca subtelnymi kolorami, gajami oliwnymi i migdalowcami

Dolina rzeki Cidacos zachwyca subtelnymi kolorami, gajami oliwnymi i migdalowcami

Herce, wioska w La Rioja

Herce, wioska w La Rioja