Posts Tagged ‘Basque Country’

THE LIBRARY-READY BODY CHALLENGE

July 24, 2016

Five years in the gourmet capital of Europe, my pregnancy and a year of intensive, almost attachment-style parenting left me with a new body – seven kilos heavier, with a deeper stoop, greying hair and other exciting details, which you only mention if you are a famous youtuber. Only that most female youtubers seem to be superwomen, who film instructions on how to groom your eyebrows with Dior over your home-made vegan breakfast after a 20k run and it’s only 7 in the morning.

These posts are meant for a completely different audience – people like me, who can’t afford Dior, nor fancy yoga clothes, who struggle to be vegan in a world of hostile carnivores (and emotional eating, and sheer laziness). People who have always chosen a good book over a run, or tried yoga only to find out their hands sweat too much to support them in the dog asana. Girls who don’t want a bikini-ready body because they would rather be in a library than sizzling in the sun.

Expect links to easy yoga videos, vegan recipes, creative mindfulness and me giving it all up in a matter of days. Enjoy the ride!

 

UTRUDNIANIE SOBIE ZYCIA (KOLEJNY RANT)

June 18, 2015

Chyba we wszystkich krajach, ktore odwiedzilam, zaskoczyl mnie mile jakis miejscowy wynalazek czy zwyczaj. Na moim niemieckim uniwersytecie, na przyklad, moja karta studencka byla jednoczesnie sieciowka wazna takze na pociagi w obrebie kilkudziesieciu kilometrow, a dolaczano do niej zestaw hologramowych naklejek, ktore urzednicy mogli naklejac na inne dokumenty, zamiast wymagac ode mnie jakichs potwierdzen z rektoratu. W Szwajcarii placisz za wywoz smieci tyle, ile zainwestujesz w specjalne worki na smieci, nie musisz sie wiec przejmowac, ze nie wystarczy ci kubla albo frustrowac, ze w danym tygodniu kubla prawie ze nie zapelniles. W Japonii w wielu publicznych kabinach toaletowych dla kobiet sa wysokie krzeselka dzieciece (niemowlaki zwykle nosi sie tam w nosidelkach – zalozenie jest chyba takie, ze z takim ciezszym, 8-miesiecznym, trudniej kucnac nad typowa japonska dziura w podlodze). W Turcji w toaletach publicznych sa bidety. Itp. itd.

W SanSe? Hm… Jak wiadomo, lubie sobie na nia ponarzekac, pozwolcie wiec, ze znowu to zrobie. Odnosze wrazenie, ze tu ludzie raczej utrudniaja sobie zycie. Chca chyba zachowac rownowage w przyrodzie – mamy ladna pogode, swieze warzywa caly rok, przesiadujemy w barach – jak by tu sie podenerwowac? Oto kilka miejscowych patentow – zalozmy, ze prawdziwych dla SanSe, bo calej Hiszpanii przeciez nie sprawdze.

1. TRANSPORT MIEJSKI

Ok, wygral ogolnoeuropejska nagrode za ekologicznosc – ludzie tyle tu frytuja, ze obok pojemnikow na makulature stoja i pojemniki na stary olej spozywczy, ktorym napedza sie tutejsze autobusy (maja tez autobusy elektryczne z poznanskiego Solarisa). Ale… Po pierwsze, nie ma wymyslnego systemu sieciowek. Tzn. mozesz sobie wyrobic specjalna karte, ktora upowaznia cie do 50% znizki, ale to by bylo na tyle – jesli dojezdzasz codziennie 4 przystanki, zaplacisz tyle samo, co osoba, ktora dojezdza godzine. Po drugie, wyrobienie owej karty kosztuje 5 euro, niezaleznie od tego, czy chcesz jej uzywac przez miesiac czy przez lata. Po trzecie, wyrobienie jej jest tak skomplikowane, ze nie dostaniesz jej od reki. Po czwarte, jesli karte zgubisz, nie wydadza ci zadnej karty zastepczej – dopoki nie przysla ci nowej karty do domu, musisz bulic 100% ceny biletu.

Jestes tylko turysta? Nawet pojedynczy przejazd moze byc frustrujacy. Dla ulatwienia zycia sobie, a nie pasazerom, na kazdym przystanku wisza te same plakaty informacyjne – nie dowiesz sie wiec, o ktorej twoj autobus odjezdza wlasnie z tego przystanku (musisz to sobie wyliczyc), a w opisie trasy autobusu przystanek, na ktorym jestes, nie bedzie zaznaczony jakas kropka czy innym kolorem, przez co bedziesz musial przeczytac cala trase i sam go znalezc. Przystanki nie maja zreszta nazw, tylko adresy (Av. de Madrid 22), przez co czasem latwiej je znalezc, ale czy przystanek przy dworcu autobusowym nie moglby sie nazywac “Av, de Madrid, Estacion de autobuses”, a stacja kolei podmiejskiej w centrum “Donostia-SanSebastian Centro”, a nie “Amara – Donostia”? Ilu cudzoziemcow wie, ze SanSe nazywa sie po baskijsku Donostia i ze Amara jest 5 minut drogi od scislego centrum?

Aha, uwaga – kolej podmiejska nazywa sie teraz “metro”. Rzeczywiscie, kilka stacji znajduje sie pod ziemia, ale wiekszosc, w tym wspomniana juz Amara, nie. wyobrazcie sobie miny amerykanskich turystow, kiedy zdezorientowani pytaja mnie o metro, a ja wskazuje im zwykly dworzec! (Pomijam fakt, ze w SanSe dworzec autobusowy nie jest budynkiem – o tym i innych absurdach miejscowych PKSow pisalam w pazdzierniku 2011).

I wreszcie same trasy autobusow. Moje miasto rodzinne mnie rozpuscilo – przystanek powrotny jest zwykle po przeciwnej stronie ulicy. W SanSe – zazwyczaj nie. I czasami moze go wcale nie byc, bo autobus robi petle, ale… tylko w jednym kierunku. Do Antiguo jade z domu 10 minut, ale z powrotem juz 30, bo musze zaliczyc resztke petli. Nie ma tez tak, ze z jednego przystanku odjezdza siedem autobusow, wiec jesli pasuja ci trzy z nich, to sobie spokojnie czekasz – nie, tutaj musisz miec na oku sasiedni przystanek dla autobusow jadacych w tym samym kierunku, ale polozony 50 metrow dalej.

2. OKNA

Wielu emigrantow zali sie na okna angielskie – ze otwieraja sie na zewnatrz, wiec jak tu je umyc, ze pojedyncze szyby. Tutaj okna tez sa pojedyncze, a w blokach – suwane. Tez je trudno umyc, zwlaszcza, ze okno otwierane ma moze z 60cm szerokosci, a okno suwane moze miec juz z metr. Przesuniecie go nieraz wymaga sporo wysilku – trzeba sie zapierac o szybe i brudzic ja sladami dloni. Okna takie czesto nie sa zbyt szczelne, bo jak juz je dosuniesz, nie przekrecasz zadnej klamki, zeby zaplombowac je w ramie. Oznacza to takze, ze kazdy moze otworzyc je z zewnatrz. Spytalam tubylcow, czy nie boja sie wlamywaczy, ale odparli: “Tyle jest miejsc, do ktorych latwiej sie wlamac…”. I rzeczywiscie, bo wiekszosc drzwi wejsciowych tylko sie zatrzaskuje, wiec mozna je tworzyc “na karte kredytowa”. (Wiecej o urokach baskijskich mieszkan pisalam we wrzesniu 2012).

3. PRANIE

Wszystkie znane mi osoby piora wylacznie w 30 stopniach (na poczatku troche sie tego brzydzilam – cudzy recznik prany przez lata tylko w 30 stopniach?). Ania spytala mnie ostatnio przytomnie – a co z plamami? Zauwazylam dwie metody. Metoda pierwsza to odmaczanie ubran w czyms, co pachnie jak staromodny produkt do szorowania klatki schodowej. Metoda druga, to uzywanie plaskich szczotek. Raz mi sie zdarzylo, ze mloda, bogata, otwarta na swiat kobieta polecila mi spray na plamy, a nawet przywiozla mi go… z Francji. Ja piore w 40, ale musze sie z tym kryc 😉

Pranie, jak wspominalam pewnie w wielu wpisach, wiesza sie na mobilnych sznurkach w blokowej studni, ktora moznaby litosciwie nazwac patio. Studnia jest dostepna ze wszystkich pokoi “wewnetrznych” – najczesciej z kuchni, czasem z najgorszej z sypialni lub po prostu ze wspolnej klatki schodowej. W praktyce wyglada to tak, ze wychylasz sie z okna na, powiedzmy, siodmym pietrze, walczac o zycie z przescieradlem na lozko o wymiarach 200×180 – albo z wlasnym, ktore, mokre, wazy tone, albo z cudzym, ktore zwiesza sie z pietra wyzej i zasklania ci widok. Przy okazji mozesz podsluchiwac (lub “podwachiwac”) sasiadow. Jesli cos ci do studni spadnie, sprzataczka zostawi ci to (np. twoje stringi) przy skrzynkach na listy. Cudownie.

Pamietajmy, ze w wielu mieszkaniach nie ma ogrzewania (albo uzywa sie wylacznie przenosnych grzejnikow elektrycznych). Suszenie prania w takich warunkach (i to w wilgotnym atlantyckim klimacie, gdzie wszystko plesnieje w blyskawicznym tempie) to musi byc fun!

Ostatnio pralam cala wyprawke mojego nienarodzonego syna i zeby ubranka pachnialy swiezym powietrzem i nie przepdly na wieki w czelusciach studni, powiesilam je na naszym wielkim oszklonym balkonie – tesciowa byla wyraznie ubawiona i nazwala mnie cyganka.

4. POSCIEL

Wspomnialam gigantyczne przescieradlo, ale tak dokladniej wiesza sie takie dwa albo trzy na raz – przescieradlo chroniace materac (tutaj wielu ludzi ma materace za kilkaset euro), przescieradlo, ktore jest nad tym ochronnym, ale pod toba, oraz przescieradlo, ktore jest nad toba, ale pod koldra. Duzo tego prania! I do tego te ich smieszne dlugasne poduszki-kiszki, ktore bardzo trudno obloczyc. (BTW, wygooglajcie prosze na grafice almohada 160 cm. Hm, ciekawe… Wam tez to sie wyswietla?)

5. SYSTEM EDUKACJI

Poczawszy od zlobka po baskijsku, do ktorego isc trzeba, bo zlobek jest integralna czescia zlobko-przedszkolo-szkolo–gimnazjo-liceum i potem ponoc trudno sie do szkoly dostac. Potem przedszkole z betonowym wybiegiem i bez otwieranych okien. Obie te placowki zamkniete od polowy czerwca do polowy wrzesnia, do tego masa swiat i dlugich weekendow, a hiszpanski ZUS nie daja rodzicowi chorobowego na dziecko, chyba ze jest w szpitalu (co moze przeciez oznaczac, ze jest pod dobra opieka lekarzy, a nie samo w domu). Potem szkola, z obowiazkowa religia, baskijskim nacjonalizmem i angielskim, z ktorego nie zwalaniaja nawet dzieci native speakerow. Co chwila jakies sesje egzaminacyjne zamiast zwyklych sprawdzianow. A na koniec matura ze wszystkich przedmiotow – dwa dni testow.

6. EL BOTE

W Polsce umawiasz sie z kolezanka w kawiarnii na 2-3 godziny – kazda placi za siebie, czasem jedna osoba stawia drugiej na zmiane. Tutaj spotykasz sie z osmioma kolezankami na zaliczenie szesciu roznych barow – na poczatku kazda wrecza wybranej w bolach ofierze po 20, 30, 40 euro, zeby placila za wszystkich, nie mozesz wiec przegapic zadnej kolejki, ani zaszalec i kupic sobie drogiego drinka. Wszyscy musza pic dokladnie to samo, w tym samym tempie – no i musza pic. Podobnie jest z obiadami – zamiast zaprosic 4 znajomych do domu, rezerwujesz stoliszcze na 20 osob w twoim “sociedad” (czyms w rodzaju kolektywnie utrzymywanej restauracji, w ktorej kucharzem jestes ty sam), a potem kazdy placi wyliczona dole. Nie obzarles sie jak inni? Nie wypiles butelki wina i dwoch drinkow? Twoj problem, dziwaku – plac!

Ale zrzedze, zamiast wychwalac swieze atlantyckie rybki, niezwykle lagodny klimat czy setki atrakcji turystycznych w okolicy 😉

BASKIJSKA MODA

June 17, 2015

Oczywiscie wiekszosc przechodniow ubiera sie tu normalnie, ale dosc czesto natrafia sie na obrazek w Polsce nie az tak popularny, a nawet niespotykany. Ponizsze osoby mozna jednak napotkac i w innych krajach, od Francji po Japonie. Sa to:

– odstrzelone panie po 50-tce (skorzana kurteczka, drogasna torebka, szpilki), takie jak dziennikarka EITB Patricia Gaztañaga:

– zadbane starsze w perelkach i Chanel, przesiadujace stadami w kawiarniach (takie jak Doña Pilar):

– panowie w srednim wieku w polo od Lacoste, rozowym pulowerku narzuconym na ramiona i zoltych spodniach

– starsi panowie w koszuli i berecie

– nastolatki w mundurkach o krotkich spodniczkach

– oraz dzieci w niedzielnych strojach a la lata 50-te (zwykle z bogatych rodzin posiadajacych 3-4 pociech – rodzice w srednim wieku ubrani jak wyzej)

Ja chcialabym jednak opisac styl na tyle baskijski, ze parodiowany – np. w kinowym hicie “Ocho apellidos vascos” czy programie komediowym “Vaya semanita”. Osobiscie nazywam go pirackim, a tutaj uznawany jest za hippisowski, chociaz z prawdziwymi hippisami czesto nie ma nic wspolnego. Musze przyznac, ze trudno mi bylo znalezc odpowiednie zdjecia: probowalam roznych baskijskich imion i slow (nauczyciel, dziewczyny, chlopaki, przyjaciele, w gorach) i baskijskiego rozszerzenia stron internetowych (.eus, czasami uzywaja tez .eu, zeby nie uzywac hiszpanskiego .es).

Po piracku nosza sie zwykle ludzie w wieku 20-47 lat mieszkajacy poza najwiekszymi aglomeracjami. W domu mowia po baskijsku, a w czasie wolnym uprawiaja sport, chodza po gorach lub urzadzaja manifestacje. Na wakacje jezdza furgonetkami i kamperami, ewentualnie na plaze do Tajlandii. Napatrzylam sie na nich uczac nauczycieli w Zwiazku Szkol Baskijskich, np. na Jona, dyrektora szkoly w Bera, zawsze w skorzanej kurtce i z jakims wielkim etnicznym wisiorem.

Wyznaczniki stylu – u panow: czesto ubieranie sie na czarno, odziez gorska (traperki, specjalne spodnie, marki typu North Face), bluzy w pasy, arafatki, w uszach kola lub cos czarnego, fryzura na kierowce z NRD, niechlujny zarost, tatuaze, etniczne wisiory i bransoletki, u pan – podobnie, z tym ze niechlujny zarost zastepuja niechlujne, superkrotkie grzywki, czesto pasemka dreadow, do tego ciuchy z Nepalu lub Desigual, bardzo szerokie opaski do wlosow i etniczne szale szczelnie zaslaniajace szyje. Styl bardzo wygodny, mozna by rzec, feministyczny.

A oto i probka:

https://picasaweb.google.com/101020698408842936852/StylBaskijski?authkey=Gv1sRgCLbtr_7PzKCHNg

10 POWODOW, DLA KTORYCH UWIELBIAM LAS LANDAS

October 6, 2014
  1. Garnki pełne małży w sosie z sera pleśniowego, najlepiej w ciepły wieczór na tarasie w Capbreton (Czy ktoś zna może jakiś wegański odpowiednik tej uczty, please?)

 

  1. Szerokie, puste, czyste plaże, a do tego morze z tak silnymi prądami, że nikt specjalnie nie namawia cię do pływania.

 

  1. Ludzie mówiący po francusku, napisy po francusku… (ale jeśli odezwiesz się po francusku, odpowiadają po hiszpańsku)

 

  1. Radio “Nostalgie”

 

  1. Campingi w lasach sosnowych (ale uwaga, tutejsze sosny mają szyszki z osiem razy większe od polskich)

 

  1. Kawiarnia Marimont w Biarritz (rok założenia 188) – muzyka klasyczna w tle, lustra na ścianach, widok na morze… Zgadzam się nawet na kosmiczne ceny, bo odzwierciedlają jakość. (Jeśli jednak macie ograniczony budżet, polecam czekoladowe mini gateaux basque za 2 euro w Maison Adam),

 

  1. Sklepy odzieżowe w Hossegor

 

  1. Białe wille obrośnięte hibiskusami, clematisami itp.

 

  1. Liczne ścieżki rowerowe (a jest płasko, płasko, płasko)

 

  1. I wszystko to godzinę-dwie drogi od miejsca, w którym mieszkam.

10 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O MENU W KRAJU BASKÓW

September 25, 2014

Rozmówki i internetowe słowniki to nie wszystko, w niektórych przypadkach pomaga tylko znajomość różnic kulturowych:

  1. Nie proście kelnera o „menu”, bo dostaniecie „zestaw obiadowy dnia”. Karta dań to po prostu „carta”. Wiele barów ma też osobne menu kanapkowe, „de las bocatas” – pamiętajcie, że tutejsze kanapki to długaśne bagietki: pół kilo chleba z różnorodnymi, ale nierzadko nie pokrojonymi składnikami typu plaster szynki serrano czy cały grzyb. Przydają się ostre zęby i stare ubrania, których nie żal poplamić.

 

  1. Niech nie podnieca Was słowo „vegetal”. Nie oznacza one czegoś wegetariańskiego, tylko „z warzywami i szynką/kurczakiem”. Wegetarianie mogą zamówić sobie omlecik albo porcję grzybów – albo poradzić się portalu Happy Cow.

 

  1. No właśnie, „tortilla” to tutaj oczywiście gruby omlet, a nie rodzaj naleśnika.

 

  1. Słowo „tomates” w opisie kanapki lub dania oznacza często keczup lub sos pomidorowy.

 

  1. Podobnie „patatas” to frytki lub chrupki zemniaczane. Znalezienie ziemniaków w innej formie graniczy z cudem.

 

  1. Do każdego dania (z wyjątkiem kanapek, dzięki Bogu) serwowane są kawałki bagietki czyli miejscowy chleb. Czasami doliczą ci za to 1 euro. Miejscowi odkładają chleb na stół, namiętnie kruszą i obowiązkowo oczyszczają talerze z resztek sosów i oliwy.

 

  1. Hiszpanie nie jedzą zupy i drugiego dania. Pierwsze danie to same warzywa lub makaron z sosem. Drugie danie to samo mięso/ryba, ewentualnie z frytkami. Można też zamówić „plato combinado”, czyli jakąś szaloną kombinację, zwykle zawierającą hamurgera (tzn. sam kotlecik) i jajko sadzone. Np. dwa hamburgery, frytki, spaghetti i dwa krokiety. Jak macie szczęście, to odrobinę sałaty. Surówki są nieznane. Ludzie na diecie ratują się sałatami i „raciones”, czyli „porcjami” np. duszonej papryki albo grzybów.

 

  1. Zimne przystawki (tapas/pintxos) wystawione są na barze (tak, można je dotykać do woli i siadają na nich muchy), ciepłe czasem są na barze, ale zwykle ich opisy znajdziemy na jakiejś czarnej tablicy (albo w menu) i trzeba je zamowic. Jeśli chcemy zjeść kilka pintxos, prosimy o talerzyk, nakładamy i oddalamy się. Obsługa ufa, że potem opiszemy, co zjedliśmy (a może jest nadludzko spostrzegawcza, kto wie).

 

  1. Męczyliście się kiedyś zamawiając kawę zagranicą? W Kraju Basków mają też specjalne określenia na piwa. Duże to (piszę tak, jak się wymawia) „kania”, z sokiem cytrynowym „lehija” („wybielacz”), piwo jasne jest blond („rubia”), a małe to „zurito” (jego wymiary wahają się od 2cm do całkiem przyzwoitej „kanii”). Piwo jest zwykle droższe od wina, tak jak kawa jest tańsza od herbaty (i herbat ziołowych, „infusiones”).
  2. W barach płaci się na samym końcu, po iluś tam kolejkach. Podchodzimy do baru (bo przecież staliśmy w mżawce na ulicy) i pytamy: „Me cobras? Eran…” i tu wyliczamy, co skonsumowaliśmy. Kelner albo nam wierzy na słowo, albo po naszej litanii zidentyfikuje karteczkę z naszymi zamówieniami. „Por favor” i napiwków się raczej nie stosuje. Aha, kelner w pierwszej kolejności obsługuje zamawiających, więc czeka się długo, dostając cholery.

 

LAS REGATAS

September 25, 2014

Chcecie przyjechac do Kraju Baskow i doswiadczyc na wlasnej skorze jednej ze slynnych fiest, ale bez cen i smrodu San Fermines czy zimowego deszczu Santo Tomas i dnia San Sebastian? Polecam wrześniowe regaty.

W Kraju Basków istnieje liga łodzi zwanych „traineras” – tych samych, którymi niegdyś tutejsi wielorybnicy podpływali do swoich ofiar. Najważniejszym wydarzeniem roku jest w tym sporcie wyścig o banderę La Conchy, głównej plaży/zatoki w SanSe. Zawody są oczywiście rozgrywane na wodach zatoki, ale także na pełnym morzu zaraz za zamykającą naszą „muszlę” wyspą św. Klary, można więc je obserwować z plaży, z portu czy z górującej nad Starówką góry Urgull. Leniwi zostają w domach przed telewizorem, spragnieni – w licznych barach z transmisją na żywo, a nieliczni szczęśliwcy podpływają pod trasę swoimi jachtami.

Plusy fiesty są więc takie, że jest co robić – można zatrzymać się w mieście na kilkanaście dni i śledzić wszystkie pomniejsze rozgrywki, przyjechać tydzień przed finałem na pierwszy wyścig, albo zobaczyć finał w trzecią niedzielę września w samo południe. Startuje osiem drużyn, po cztery na raz, w tym zawsze sansebastiańska, chociaż są beznadziejni. W tym roku wyjątkowo zakwalifikował się ktoś z dalekiej Galicji (nie, nie z Krakowa, tylko z okolic Santiago de Compostela), ale miejscowych znanych drużyn jest właśnie osiem: SanSe, Bermeo, Hondarribi, Pasajes San Pedro, Pasajes San Juan, Portugalete, Orio i Kaiku. Wszystkie te nazwy to baskijskie miejscowości nadmorskie, z wyjątkiem Kaiku, które jest marką produkującą mleko („kaiku” to w euskera drewniane naczynie na mleko, którego polską nazwę mam na końcu języka). Są też drużyny kobiece, ale ich wyścig jest wcześnie rano i większość widzów go niestety ignoruje. Panie mają też do pokonania krótszy dystans.

Typowa niedziela zaczyna się od zawiazania na szyi chusteczki w odpowiednim kolorze (np. Orio to zolty) i zajęcia pozycji (np. z lornetką), a potem już tradycyjnie – szwendanie się od baru do baru (czy raczej od uliczki przed barem do uliczki przed kolejnym barem) ze znajomymi i kieliszkiem w dłoni. Ja ostatnio odpadłam o osiemnastej (zaledwie siedem godzin stania, picia i wydawania pieniędzy), więc jestem cieniasem.

Pamiętajcie o wybraniu uliczki stosownie do wieku. Nastolatki i studenci gromadzą się na lewo od ruin kościoła, tam też pod nogami wala się najwięcej śmieci. Zamożni oblegają Fermin Calberton, dzieciaci Bulevard i okolice placu San Telmo (dużo miejsca na wózki), a ubodzy trzydziestolatkowie udają się do barów Iguana i Eiger na mojito za 3 euro.

A COOL SHORT FILM ABOUT VISITING SAN SE

April 20, 2014

VEGE EATERIES IN SAN SEBASTIAN

February 17, 2014

(Gracias a Lide de Askekintza Liberacción Animalista)

1-  Landare (en la calle Trueba, en el barrio de Gros) que es 100% vegano, es un restaurante que sólo dan los mediodías de martes a sábado y los viernes a la noche.
http://www.landarevegan.com/1.html

2- Green Break, que es un take away vegano que está en la parte vieja de Donosti en la calle Narrika. Tiene platos para llevar a casa. También tiene mesas abajo para comer sentado.https://www.facebook.com/GreenBreakVeganTakeAway

3- Garraxi (Calle Tejería, barrio de Egia) que es vegetariano y tiene opción vegana. El menú del día esta muy bien de precio y se come muy bien.  Es el restaurante vegetariano más antiguo de Donosti.http://www.ddonosti.com/comercio/garraxi-restaurante-vegetariano

4- Warung (en Sagües, Gros) que tienen la mayoría de la carta vegetariana, algún plato de pescado y algún plato vegano. Se come bien.
http://www.ddonosti.com/comercio/bar-warung

5-Tedone (en Gros, en la calle Korta) que tiene opción vegetariana y macrobiótica. Con menú del día con algún plato vegetariano/vegano.
http://donostia-san-sebastian.salir.com/tedone_jatetxea

6- El restaurante macrobiótico del barrio de Intxaurrondo llamado Elkarte Markrobiotikoa que está en la calle Intxaurrondo, 52 y 53. Se come bien y barato. Sólo hay un plato para elegir pero es biológico y 100% vegetariano.
https://www.facebook.com/makrobiotikaelkartea

7- Rekalde (calle Aldamar, Parte Vieja) tiene hamburguesas veganas y vegetarianas además del menú “tradicional” y alguna cosa para picar.

8- Botanika Kafé es un restaurante con opción vegana y vegetariana. Yo no he ido nunca pero me han dicho que se come muy bien. Está en el Paseo del Árbol de Genrika. Aquí el link: http://www.sistersandthecity.com/2013/07/botanika-una-preciosa-terraza-jardin-en.html

9-También tienes platos veganos en el restaurante Kaskazuri, que es un restaurante bastante elegante, está en la calle Salamanca 14, cerca de la parte vieja.

ONLY ON BASQUE TV

November 3, 2013

Basque traditions amaze me with their exoticism. I know I have written on this blog about most of them but “one picture bla bla bla…

1. Olentzero, local version of Father Christmas:

2. Tamborrada or “people dressed up as chefs making a loooot of noise for 24h late in January”:

3. Caldereros or a curiously racist tradition connected to the carnival:

4. One of the national sports – climbing and chopping wood at the same time:

5. Another lovely sport:

6. Chupinazo, the beginning of San Fermines in Pamplona seems more important than the New Year´s Eve:

7. And then every day for 9 days you get up early to watch the “encierro” (bull running):

8. Unless you are really young, in which case you watch “gigantes”:

9. “Abordaje” in August – some kids don´t need to dream of becoming pirates:

10. And another pretext to drink all day in late August – traineras fighting for “bandera de La Concha”:

Let me know if i should describe something in more detail. Ale nie ma to jak Andrzejki 😉