Posts Tagged ‘Donostia’

BASKIJSKA MODA

June 17, 2015

Oczywiscie wiekszosc przechodniow ubiera sie tu normalnie, ale dosc czesto natrafia sie na obrazek w Polsce nie az tak popularny, a nawet niespotykany. Ponizsze osoby mozna jednak napotkac i w innych krajach, od Francji po Japonie. Sa to:

– odstrzelone panie po 50-tce (skorzana kurteczka, drogasna torebka, szpilki), takie jak dziennikarka EITB Patricia Gaztañaga:

– zadbane starsze w perelkach i Chanel, przesiadujace stadami w kawiarniach (takie jak Doña Pilar):

– panowie w srednim wieku w polo od Lacoste, rozowym pulowerku narzuconym na ramiona i zoltych spodniach

– starsi panowie w koszuli i berecie

– nastolatki w mundurkach o krotkich spodniczkach

– oraz dzieci w niedzielnych strojach a la lata 50-te (zwykle z bogatych rodzin posiadajacych 3-4 pociech – rodzice w srednim wieku ubrani jak wyzej)

Ja chcialabym jednak opisac styl na tyle baskijski, ze parodiowany – np. w kinowym hicie “Ocho apellidos vascos” czy programie komediowym “Vaya semanita”. Osobiscie nazywam go pirackim, a tutaj uznawany jest za hippisowski, chociaz z prawdziwymi hippisami czesto nie ma nic wspolnego. Musze przyznac, ze trudno mi bylo znalezc odpowiednie zdjecia: probowalam roznych baskijskich imion i slow (nauczyciel, dziewczyny, chlopaki, przyjaciele, w gorach) i baskijskiego rozszerzenia stron internetowych (.eus, czasami uzywaja tez .eu, zeby nie uzywac hiszpanskiego .es).

Po piracku nosza sie zwykle ludzie w wieku 20-47 lat mieszkajacy poza najwiekszymi aglomeracjami. W domu mowia po baskijsku, a w czasie wolnym uprawiaja sport, chodza po gorach lub urzadzaja manifestacje. Na wakacje jezdza furgonetkami i kamperami, ewentualnie na plaze do Tajlandii. Napatrzylam sie na nich uczac nauczycieli w Zwiazku Szkol Baskijskich, np. na Jona, dyrektora szkoly w Bera, zawsze w skorzanej kurtce i z jakims wielkim etnicznym wisiorem.

Wyznaczniki stylu – u panow: czesto ubieranie sie na czarno, odziez gorska (traperki, specjalne spodnie, marki typu North Face), bluzy w pasy, arafatki, w uszach kola lub cos czarnego, fryzura na kierowce z NRD, niechlujny zarost, tatuaze, etniczne wisiory i bransoletki, u pan – podobnie, z tym ze niechlujny zarost zastepuja niechlujne, superkrotkie grzywki, czesto pasemka dreadow, do tego ciuchy z Nepalu lub Desigual, bardzo szerokie opaski do wlosow i etniczne szale szczelnie zaslaniajace szyje. Styl bardzo wygodny, mozna by rzec, feministyczny.

A oto i probka:

https://picasaweb.google.com/101020698408842936852/StylBaskijski?authkey=Gv1sRgCLbtr_7PzKCHNg

10 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O MENU W KRAJU BASKÓW

September 25, 2014

Rozmówki i internetowe słowniki to nie wszystko, w niektórych przypadkach pomaga tylko znajomość różnic kulturowych:

  1. Nie proście kelnera o „menu”, bo dostaniecie „zestaw obiadowy dnia”. Karta dań to po prostu „carta”. Wiele barów ma też osobne menu kanapkowe, „de las bocatas” – pamiętajcie, że tutejsze kanapki to długaśne bagietki: pół kilo chleba z różnorodnymi, ale nierzadko nie pokrojonymi składnikami typu plaster szynki serrano czy cały grzyb. Przydają się ostre zęby i stare ubrania, których nie żal poplamić.

 

  1. Niech nie podnieca Was słowo „vegetal”. Nie oznacza one czegoś wegetariańskiego, tylko „z warzywami i szynką/kurczakiem”. Wegetarianie mogą zamówić sobie omlecik albo porcję grzybów – albo poradzić się portalu Happy Cow.

 

  1. No właśnie, „tortilla” to tutaj oczywiście gruby omlet, a nie rodzaj naleśnika.

 

  1. Słowo „tomates” w opisie kanapki lub dania oznacza często keczup lub sos pomidorowy.

 

  1. Podobnie „patatas” to frytki lub chrupki zemniaczane. Znalezienie ziemniaków w innej formie graniczy z cudem.

 

  1. Do każdego dania (z wyjątkiem kanapek, dzięki Bogu) serwowane są kawałki bagietki czyli miejscowy chleb. Czasami doliczą ci za to 1 euro. Miejscowi odkładają chleb na stół, namiętnie kruszą i obowiązkowo oczyszczają talerze z resztek sosów i oliwy.

 

  1. Hiszpanie nie jedzą zupy i drugiego dania. Pierwsze danie to same warzywa lub makaron z sosem. Drugie danie to samo mięso/ryba, ewentualnie z frytkami. Można też zamówić „plato combinado”, czyli jakąś szaloną kombinację, zwykle zawierającą hamurgera (tzn. sam kotlecik) i jajko sadzone. Np. dwa hamburgery, frytki, spaghetti i dwa krokiety. Jak macie szczęście, to odrobinę sałaty. Surówki są nieznane. Ludzie na diecie ratują się sałatami i „raciones”, czyli „porcjami” np. duszonej papryki albo grzybów.

 

  1. Zimne przystawki (tapas/pintxos) wystawione są na barze (tak, można je dotykać do woli i siadają na nich muchy), ciepłe czasem są na barze, ale zwykle ich opisy znajdziemy na jakiejś czarnej tablicy (albo w menu) i trzeba je zamowic. Jeśli chcemy zjeść kilka pintxos, prosimy o talerzyk, nakładamy i oddalamy się. Obsługa ufa, że potem opiszemy, co zjedliśmy (a może jest nadludzko spostrzegawcza, kto wie).

 

  1. Męczyliście się kiedyś zamawiając kawę zagranicą? W Kraju Basków mają też specjalne określenia na piwa. Duże to (piszę tak, jak się wymawia) „kania”, z sokiem cytrynowym „lehija” („wybielacz”), piwo jasne jest blond („rubia”), a małe to „zurito” (jego wymiary wahają się od 2cm do całkiem przyzwoitej „kanii”). Piwo jest zwykle droższe od wina, tak jak kawa jest tańsza od herbaty (i herbat ziołowych, „infusiones”).
  2. W barach płaci się na samym końcu, po iluś tam kolejkach. Podchodzimy do baru (bo przecież staliśmy w mżawce na ulicy) i pytamy: „Me cobras? Eran…” i tu wyliczamy, co skonsumowaliśmy. Kelner albo nam wierzy na słowo, albo po naszej litanii zidentyfikuje karteczkę z naszymi zamówieniami. „Por favor” i napiwków się raczej nie stosuje. Aha, kelner w pierwszej kolejności obsługuje zamawiających, więc czeka się długo, dostając cholery.

 

LAS REGATAS

September 25, 2014

Chcecie przyjechac do Kraju Baskow i doswiadczyc na wlasnej skorze jednej ze slynnych fiest, ale bez cen i smrodu San Fermines czy zimowego deszczu Santo Tomas i dnia San Sebastian? Polecam wrześniowe regaty.

W Kraju Basków istnieje liga łodzi zwanych „traineras” – tych samych, którymi niegdyś tutejsi wielorybnicy podpływali do swoich ofiar. Najważniejszym wydarzeniem roku jest w tym sporcie wyścig o banderę La Conchy, głównej plaży/zatoki w SanSe. Zawody są oczywiście rozgrywane na wodach zatoki, ale także na pełnym morzu zaraz za zamykającą naszą „muszlę” wyspą św. Klary, można więc je obserwować z plaży, z portu czy z górującej nad Starówką góry Urgull. Leniwi zostają w domach przed telewizorem, spragnieni – w licznych barach z transmisją na żywo, a nieliczni szczęśliwcy podpływają pod trasę swoimi jachtami.

Plusy fiesty są więc takie, że jest co robić – można zatrzymać się w mieście na kilkanaście dni i śledzić wszystkie pomniejsze rozgrywki, przyjechać tydzień przed finałem na pierwszy wyścig, albo zobaczyć finał w trzecią niedzielę września w samo południe. Startuje osiem drużyn, po cztery na raz, w tym zawsze sansebastiańska, chociaż są beznadziejni. W tym roku wyjątkowo zakwalifikował się ktoś z dalekiej Galicji (nie, nie z Krakowa, tylko z okolic Santiago de Compostela), ale miejscowych znanych drużyn jest właśnie osiem: SanSe, Bermeo, Hondarribi, Pasajes San Pedro, Pasajes San Juan, Portugalete, Orio i Kaiku. Wszystkie te nazwy to baskijskie miejscowości nadmorskie, z wyjątkiem Kaiku, które jest marką produkującą mleko („kaiku” to w euskera drewniane naczynie na mleko, którego polską nazwę mam na końcu języka). Są też drużyny kobiece, ale ich wyścig jest wcześnie rano i większość widzów go niestety ignoruje. Panie mają też do pokonania krótszy dystans.

Typowa niedziela zaczyna się od zawiazania na szyi chusteczki w odpowiednim kolorze (np. Orio to zolty) i zajęcia pozycji (np. z lornetką), a potem już tradycyjnie – szwendanie się od baru do baru (czy raczej od uliczki przed barem do uliczki przed kolejnym barem) ze znajomymi i kieliszkiem w dłoni. Ja ostatnio odpadłam o osiemnastej (zaledwie siedem godzin stania, picia i wydawania pieniędzy), więc jestem cieniasem.

Pamiętajcie o wybraniu uliczki stosownie do wieku. Nastolatki i studenci gromadzą się na lewo od ruin kościoła, tam też pod nogami wala się najwięcej śmieci. Zamożni oblegają Fermin Calberton, dzieciaci Bulevard i okolice placu San Telmo (dużo miejsca na wózki), a ubodzy trzydziestolatkowie udają się do barów Iguana i Eiger na mojito za 3 euro.

SCHAB AND NEWTON DO SANSE

June 28, 2014

Trasa na bardzo krotki pobyt, koniecznie czwartkowo-piatkowy i z dobra pogoda (bo dzis juz wialo strasznie, a teraz leje):

CZWARTKOWE POPOLUDNIE

z dworca autobusowego ruszamy przez centrum w strone starowki – delikatesy Don Serafio (zeby wiedziec, gdzie sie ewentualnie pozniej zaopatrzec w pamiatkowy sloik gindillas) – bulwar nadbrzezny imienia Drzewa z Gerniki – Plaza Bilbao – katedra Buen Pastor – Plaza Guipuzkoa – park Alderdi Eder – port – gora Urgull (niestety, Jezus bedzie juz zamkniety o tej godzinie) – pintxos w Munto na ulicy Fermin Calberton (kula z sera idiazabal z orzechami wloskimi plus sosik z slodkiej galaretki z pigwy, kula z czterech rodzajow grzybow, szparag z szynka serrano w sosie z roqueforta, podgardla rybie w zupce, a do picia male piwka czyli zurito) – pintxo pote w Gros czyli tlumy pijace na ulicach i odstawiajace kieliszki na dachy aut (chipirones w barze Gora Bera przy calle Bermingham – nie wiem, skad ta literowka, za to wiem, ze “gora bera” znaczy “gora dol”, bo bar ma dwa poziomy) – powrot na starowke i kolacja w barze Ordizia przy San Lorenzo (m.in. gigantyczne kanapki z kozim serem, pomidorem, cukinia i boczniakami oraz zestaw krokietow)

PIATKOWE PRZEDPOLUDNIE

miejsce noclegu – podnoze gory Igeldo (fajnie tam dojsc wzgorzami, zaczynajac od Plaza Easo i San Roque, a konczac przy palacyki Miramar, ale my podjechalismy autobusem – wystarczy zlapac dowolny pod hotelem Londres i wysiasc na drugim przystanku) – kolejka na gore – widoki, Casa de Terror i inne atrakcje – spacer wzdluz dwoch plaz na Starowke – obiad w Atari (swietna nazwa) przy calle Mayor (trzy ogromne raciones: ryba bonito z anchois, gindillas i oliwkami, ryz dnia – nasz byl tajski z “langustynkami”, policzki wolowe z sosem pieczeniowym i puree ziemniaczanym)

OPCJE NA POPOLUDNIE

– cmentarz w dzielnicy Egia

– autobusem do miasteczka Hondarribia

– zakupy w sklepach Super Amara, Don Serafio, Pyc, Kukuxumusu

https://www.google.es/search?q=kukuxumusu&rlz=1C1GGGE_esES486ES533&espv=2&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=AQOvU47MDMeo0wXHqYGICA&ved=0CAYQ_AUoAQ&biw=1280&bih=845

 

LA LARGA MARCHA

June 14, 2014

A nice clip about the summer in Donostia San Sebastian, Iruña Pamplona and other towns (featuring great music by what sounds like God is the Astronaut).

Watch out for:

– lots of boats and rafts together (that´s “piratas” I have written about, here in August)

– a guy dressed up as a woman (by far the most popular costume for guys round here, be it for the carnival or a stag night)

– La Concha beach by night (several times)

– the typical white SanSe railing by night

– and the merry-go-round next to the townhall

VEGE EATERIES IN SAN SEBASTIAN

February 17, 2014

(Gracias a Lide de Askekintza Liberacción Animalista)

1-  Landare (en la calle Trueba, en el barrio de Gros) que es 100% vegano, es un restaurante que sólo dan los mediodías de martes a sábado y los viernes a la noche.
http://www.landarevegan.com/1.html

2- Green Break, que es un take away vegano que está en la parte vieja de Donosti en la calle Narrika. Tiene platos para llevar a casa. También tiene mesas abajo para comer sentado.https://www.facebook.com/GreenBreakVeganTakeAway

3- Garraxi (Calle Tejería, barrio de Egia) que es vegetariano y tiene opción vegana. El menú del día esta muy bien de precio y se come muy bien.  Es el restaurante vegetariano más antiguo de Donosti.http://www.ddonosti.com/comercio/garraxi-restaurante-vegetariano

4- Warung (en Sagües, Gros) que tienen la mayoría de la carta vegetariana, algún plato de pescado y algún plato vegano. Se come bien.
http://www.ddonosti.com/comercio/bar-warung

5-Tedone (en Gros, en la calle Korta) que tiene opción vegetariana y macrobiótica. Con menú del día con algún plato vegetariano/vegano.
http://donostia-san-sebastian.salir.com/tedone_jatetxea

6- El restaurante macrobiótico del barrio de Intxaurrondo llamado Elkarte Markrobiotikoa que está en la calle Intxaurrondo, 52 y 53. Se come bien y barato. Sólo hay un plato para elegir pero es biológico y 100% vegetariano.
https://www.facebook.com/makrobiotikaelkartea

7- Rekalde (calle Aldamar, Parte Vieja) tiene hamburguesas veganas y vegetarianas además del menú “tradicional” y alguna cosa para picar.

8- Botanika Kafé es un restaurante con opción vegana y vegetariana. Yo no he ido nunca pero me han dicho que se come muy bien. Está en el Paseo del Árbol de Genrika. Aquí el link: http://www.sistersandthecity.com/2013/07/botanika-una-preciosa-terraza-jardin-en.html

9-También tienes platos veganos en el restaurante Kaskazuri, que es un restaurante bastante elegante, está en la calle Salamanca 14, cerca de la parte vieja.

KORRIKA

March 24, 2013

Zakochałam się w tej nazwie od pierwszego wejrzenia, chyba dlatego, że brzmi trochę jak “ekorren”, no, w każdym razie jakoś tak nie po baskijsku. Bo baskijski mi się nie podoba, oj, nie podoba. To znaczy, owszem, fascynuje mnie swoją innością – nieraz mam ochotę spisywać nazwy sklepów czy podzielić się z Wami nowoodkrytym imieniem w rodzaju Izaskun (dla dziewczynki), ale poza tym zupełnie mi nie pasi (jakby powiedziała moja była anglistka Wróżka), jakoś się mózgowi źle kojarzy . Niewinne “atsegin dut” brzmi niczym “ręce do góry”, a Galtzaraborda Errentieria jak jakieś wyzwisko. Dlatego, zmieniwszy po ponad roku język swojego facebookowego konta z euskery z powrotem na szwedzki, poczułam niewysłowioną ulgę. “Ola har puffat dig” – i od razu się uśmiecham 🙂

Co znaczy “korrika” można się domyślić, jeśli zna się hiszpański – baskijski nie jest w końcu aż taki unikalny, jak by to Baskowie chcieli. Podobają mi się w tym wyścigu następujące rzeczy:

– że można przebiec dowolną liczbę kilometrów (do wyboru z ponad dwóch tysięcy 😉

– że nie ma ograniczeń wiekowych

– że można sobie kupić gadżet związany z wyścigiem i nie wziąć w nim udziału (nie udało mi się jednak, niestety, znaleźć reklamowanego w internecie Korrika Shop)

– że przed biegaczami jadą furgonetki z muzyką i ekipą dopingującą niezwykle wesołym skandowaniem “Tipi-tapa, tipi-tapa, kor-ri-ka!” 🙂

W dodatku mają ładnie zaprojektowaną (choć dość bezużyteczną) stronę (patrz niżej). Nie udało mi się z tej strony dowiedzieć, kiedy i gdzie mogę Korrikę zobaczyć (ach, drobny szczegół), ale mój lokalny informator wytrzasnął skądś pdf, z którego wynikało, że peleton dotrze do SanSe w sobotę o 19:40. Kręciłam się do 20:30 po centrum i nic. W końcu stwierdziłam, że jeśli Korrika jest mi pisana, to na nią natrafię, i poszłam na koncert jazzowy. Po godzinie wynurzyliśmy się z klubu, a tu zamieszanie, syreny, tłumy na jezdni – jest! Jak na zamówienie 🙂 Potem poszłam na świńskie ucho w wąskiej uliczce starówki i… znowu mnie minęła! I po raz trzeci, a jakże, kiedy wracałam do domu promenadą wzdłuż plaży 🙂

W przyszłym roku muszę poprosić informatora o zlokalizowanie sklepu!

Image