Posts Tagged ‘Kraj Basków’

UTRUDNIANIE SOBIE ZYCIA (KOLEJNY RANT)

June 18, 2015

Chyba we wszystkich krajach, ktore odwiedzilam, zaskoczyl mnie mile jakis miejscowy wynalazek czy zwyczaj. Na moim niemieckim uniwersytecie, na przyklad, moja karta studencka byla jednoczesnie sieciowka wazna takze na pociagi w obrebie kilkudziesieciu kilometrow, a dolaczano do niej zestaw hologramowych naklejek, ktore urzednicy mogli naklejac na inne dokumenty, zamiast wymagac ode mnie jakichs potwierdzen z rektoratu. W Szwajcarii placisz za wywoz smieci tyle, ile zainwestujesz w specjalne worki na smieci, nie musisz sie wiec przejmowac, ze nie wystarczy ci kubla albo frustrowac, ze w danym tygodniu kubla prawie ze nie zapelniles. W Japonii w wielu publicznych kabinach toaletowych dla kobiet sa wysokie krzeselka dzieciece (niemowlaki zwykle nosi sie tam w nosidelkach – zalozenie jest chyba takie, ze z takim ciezszym, 8-miesiecznym, trudniej kucnac nad typowa japonska dziura w podlodze). W Turcji w toaletach publicznych sa bidety. Itp. itd.

W SanSe? Hm… Jak wiadomo, lubie sobie na nia ponarzekac, pozwolcie wiec, ze znowu to zrobie. Odnosze wrazenie, ze tu ludzie raczej utrudniaja sobie zycie. Chca chyba zachowac rownowage w przyrodzie – mamy ladna pogode, swieze warzywa caly rok, przesiadujemy w barach – jak by tu sie podenerwowac? Oto kilka miejscowych patentow – zalozmy, ze prawdziwych dla SanSe, bo calej Hiszpanii przeciez nie sprawdze.

1. TRANSPORT MIEJSKI

Ok, wygral ogolnoeuropejska nagrode za ekologicznosc – ludzie tyle tu frytuja, ze obok pojemnikow na makulature stoja i pojemniki na stary olej spozywczy, ktorym napedza sie tutejsze autobusy (maja tez autobusy elektryczne z poznanskiego Solarisa). Ale… Po pierwsze, nie ma wymyslnego systemu sieciowek. Tzn. mozesz sobie wyrobic specjalna karte, ktora upowaznia cie do 50% znizki, ale to by bylo na tyle – jesli dojezdzasz codziennie 4 przystanki, zaplacisz tyle samo, co osoba, ktora dojezdza godzine. Po drugie, wyrobienie owej karty kosztuje 5 euro, niezaleznie od tego, czy chcesz jej uzywac przez miesiac czy przez lata. Po trzecie, wyrobienie jej jest tak skomplikowane, ze nie dostaniesz jej od reki. Po czwarte, jesli karte zgubisz, nie wydadza ci zadnej karty zastepczej – dopoki nie przysla ci nowej karty do domu, musisz bulic 100% ceny biletu.

Jestes tylko turysta? Nawet pojedynczy przejazd moze byc frustrujacy. Dla ulatwienia zycia sobie, a nie pasazerom, na kazdym przystanku wisza te same plakaty informacyjne – nie dowiesz sie wiec, o ktorej twoj autobus odjezdza wlasnie z tego przystanku (musisz to sobie wyliczyc), a w opisie trasy autobusu przystanek, na ktorym jestes, nie bedzie zaznaczony jakas kropka czy innym kolorem, przez co bedziesz musial przeczytac cala trase i sam go znalezc. Przystanki nie maja zreszta nazw, tylko adresy (Av. de Madrid 22), przez co czasem latwiej je znalezc, ale czy przystanek przy dworcu autobusowym nie moglby sie nazywac “Av, de Madrid, Estacion de autobuses”, a stacja kolei podmiejskiej w centrum “Donostia-SanSebastian Centro”, a nie “Amara – Donostia”? Ilu cudzoziemcow wie, ze SanSe nazywa sie po baskijsku Donostia i ze Amara jest 5 minut drogi od scislego centrum?

Aha, uwaga – kolej podmiejska nazywa sie teraz “metro”. Rzeczywiscie, kilka stacji znajduje sie pod ziemia, ale wiekszosc, w tym wspomniana juz Amara, nie. wyobrazcie sobie miny amerykanskich turystow, kiedy zdezorientowani pytaja mnie o metro, a ja wskazuje im zwykly dworzec! (Pomijam fakt, ze w SanSe dworzec autobusowy nie jest budynkiem – o tym i innych absurdach miejscowych PKSow pisalam w pazdzierniku 2011).

I wreszcie same trasy autobusow. Moje miasto rodzinne mnie rozpuscilo – przystanek powrotny jest zwykle po przeciwnej stronie ulicy. W SanSe – zazwyczaj nie. I czasami moze go wcale nie byc, bo autobus robi petle, ale… tylko w jednym kierunku. Do Antiguo jade z domu 10 minut, ale z powrotem juz 30, bo musze zaliczyc resztke petli. Nie ma tez tak, ze z jednego przystanku odjezdza siedem autobusow, wiec jesli pasuja ci trzy z nich, to sobie spokojnie czekasz – nie, tutaj musisz miec na oku sasiedni przystanek dla autobusow jadacych w tym samym kierunku, ale polozony 50 metrow dalej.

2. OKNA

Wielu emigrantow zali sie na okna angielskie – ze otwieraja sie na zewnatrz, wiec jak tu je umyc, ze pojedyncze szyby. Tutaj okna tez sa pojedyncze, a w blokach – suwane. Tez je trudno umyc, zwlaszcza, ze okno otwierane ma moze z 60cm szerokosci, a okno suwane moze miec juz z metr. Przesuniecie go nieraz wymaga sporo wysilku – trzeba sie zapierac o szybe i brudzic ja sladami dloni. Okna takie czesto nie sa zbyt szczelne, bo jak juz je dosuniesz, nie przekrecasz zadnej klamki, zeby zaplombowac je w ramie. Oznacza to takze, ze kazdy moze otworzyc je z zewnatrz. Spytalam tubylcow, czy nie boja sie wlamywaczy, ale odparli: “Tyle jest miejsc, do ktorych latwiej sie wlamac…”. I rzeczywiscie, bo wiekszosc drzwi wejsciowych tylko sie zatrzaskuje, wiec mozna je tworzyc “na karte kredytowa”. (Wiecej o urokach baskijskich mieszkan pisalam we wrzesniu 2012).

3. PRANIE

Wszystkie znane mi osoby piora wylacznie w 30 stopniach (na poczatku troche sie tego brzydzilam – cudzy recznik prany przez lata tylko w 30 stopniach?). Ania spytala mnie ostatnio przytomnie – a co z plamami? Zauwazylam dwie metody. Metoda pierwsza to odmaczanie ubran w czyms, co pachnie jak staromodny produkt do szorowania klatki schodowej. Metoda druga, to uzywanie plaskich szczotek. Raz mi sie zdarzylo, ze mloda, bogata, otwarta na swiat kobieta polecila mi spray na plamy, a nawet przywiozla mi go… z Francji. Ja piore w 40, ale musze sie z tym kryc 😉

Pranie, jak wspominalam pewnie w wielu wpisach, wiesza sie na mobilnych sznurkach w blokowej studni, ktora moznaby litosciwie nazwac patio. Studnia jest dostepna ze wszystkich pokoi “wewnetrznych” – najczesciej z kuchni, czasem z najgorszej z sypialni lub po prostu ze wspolnej klatki schodowej. W praktyce wyglada to tak, ze wychylasz sie z okna na, powiedzmy, siodmym pietrze, walczac o zycie z przescieradlem na lozko o wymiarach 200×180 – albo z wlasnym, ktore, mokre, wazy tone, albo z cudzym, ktore zwiesza sie z pietra wyzej i zasklania ci widok. Przy okazji mozesz podsluchiwac (lub “podwachiwac”) sasiadow. Jesli cos ci do studni spadnie, sprzataczka zostawi ci to (np. twoje stringi) przy skrzynkach na listy. Cudownie.

Pamietajmy, ze w wielu mieszkaniach nie ma ogrzewania (albo uzywa sie wylacznie przenosnych grzejnikow elektrycznych). Suszenie prania w takich warunkach (i to w wilgotnym atlantyckim klimacie, gdzie wszystko plesnieje w blyskawicznym tempie) to musi byc fun!

Ostatnio pralam cala wyprawke mojego nienarodzonego syna i zeby ubranka pachnialy swiezym powietrzem i nie przepdly na wieki w czelusciach studni, powiesilam je na naszym wielkim oszklonym balkonie – tesciowa byla wyraznie ubawiona i nazwala mnie cyganka.

4. POSCIEL

Wspomnialam gigantyczne przescieradlo, ale tak dokladniej wiesza sie takie dwa albo trzy na raz – przescieradlo chroniace materac (tutaj wielu ludzi ma materace za kilkaset euro), przescieradlo, ktore jest nad tym ochronnym, ale pod toba, oraz przescieradlo, ktore jest nad toba, ale pod koldra. Duzo tego prania! I do tego te ich smieszne dlugasne poduszki-kiszki, ktore bardzo trudno obloczyc. (BTW, wygooglajcie prosze na grafice almohada 160 cm. Hm, ciekawe… Wam tez to sie wyswietla?)

5. SYSTEM EDUKACJI

Poczawszy od zlobka po baskijsku, do ktorego isc trzeba, bo zlobek jest integralna czescia zlobko-przedszkolo-szkolo–gimnazjo-liceum i potem ponoc trudno sie do szkoly dostac. Potem przedszkole z betonowym wybiegiem i bez otwieranych okien. Obie te placowki zamkniete od polowy czerwca do polowy wrzesnia, do tego masa swiat i dlugich weekendow, a hiszpanski ZUS nie daja rodzicowi chorobowego na dziecko, chyba ze jest w szpitalu (co moze przeciez oznaczac, ze jest pod dobra opieka lekarzy, a nie samo w domu). Potem szkola, z obowiazkowa religia, baskijskim nacjonalizmem i angielskim, z ktorego nie zwalaniaja nawet dzieci native speakerow. Co chwila jakies sesje egzaminacyjne zamiast zwyklych sprawdzianow. A na koniec matura ze wszystkich przedmiotow – dwa dni testow.

6. EL BOTE

W Polsce umawiasz sie z kolezanka w kawiarnii na 2-3 godziny – kazda placi za siebie, czasem jedna osoba stawia drugiej na zmiane. Tutaj spotykasz sie z osmioma kolezankami na zaliczenie szesciu roznych barow – na poczatku kazda wrecza wybranej w bolach ofierze po 20, 30, 40 euro, zeby placila za wszystkich, nie mozesz wiec przegapic zadnej kolejki, ani zaszalec i kupic sobie drogiego drinka. Wszyscy musza pic dokladnie to samo, w tym samym tempie – no i musza pic. Podobnie jest z obiadami – zamiast zaprosic 4 znajomych do domu, rezerwujesz stoliszcze na 20 osob w twoim “sociedad” (czyms w rodzaju kolektywnie utrzymywanej restauracji, w ktorej kucharzem jestes ty sam), a potem kazdy placi wyliczona dole. Nie obzarles sie jak inni? Nie wypiles butelki wina i dwoch drinkow? Twoj problem, dziwaku – plac!

Ale zrzedze, zamiast wychwalac swieze atlantyckie rybki, niezwykle lagodny klimat czy setki atrakcji turystycznych w okolicy 😉

BASKIJSKA MODA

June 17, 2015

Oczywiscie wiekszosc przechodniow ubiera sie tu normalnie, ale dosc czesto natrafia sie na obrazek w Polsce nie az tak popularny, a nawet niespotykany. Ponizsze osoby mozna jednak napotkac i w innych krajach, od Francji po Japonie. Sa to:

– odstrzelone panie po 50-tce (skorzana kurteczka, drogasna torebka, szpilki), takie jak dziennikarka EITB Patricia Gaztañaga:

– zadbane starsze w perelkach i Chanel, przesiadujace stadami w kawiarniach (takie jak Doña Pilar):

– panowie w srednim wieku w polo od Lacoste, rozowym pulowerku narzuconym na ramiona i zoltych spodniach

– starsi panowie w koszuli i berecie

– nastolatki w mundurkach o krotkich spodniczkach

– oraz dzieci w niedzielnych strojach a la lata 50-te (zwykle z bogatych rodzin posiadajacych 3-4 pociech – rodzice w srednim wieku ubrani jak wyzej)

Ja chcialabym jednak opisac styl na tyle baskijski, ze parodiowany – np. w kinowym hicie “Ocho apellidos vascos” czy programie komediowym “Vaya semanita”. Osobiscie nazywam go pirackim, a tutaj uznawany jest za hippisowski, chociaz z prawdziwymi hippisami czesto nie ma nic wspolnego. Musze przyznac, ze trudno mi bylo znalezc odpowiednie zdjecia: probowalam roznych baskijskich imion i slow (nauczyciel, dziewczyny, chlopaki, przyjaciele, w gorach) i baskijskiego rozszerzenia stron internetowych (.eus, czasami uzywaja tez .eu, zeby nie uzywac hiszpanskiego .es).

Po piracku nosza sie zwykle ludzie w wieku 20-47 lat mieszkajacy poza najwiekszymi aglomeracjami. W domu mowia po baskijsku, a w czasie wolnym uprawiaja sport, chodza po gorach lub urzadzaja manifestacje. Na wakacje jezdza furgonetkami i kamperami, ewentualnie na plaze do Tajlandii. Napatrzylam sie na nich uczac nauczycieli w Zwiazku Szkol Baskijskich, np. na Jona, dyrektora szkoly w Bera, zawsze w skorzanej kurtce i z jakims wielkim etnicznym wisiorem.

Wyznaczniki stylu – u panow: czesto ubieranie sie na czarno, odziez gorska (traperki, specjalne spodnie, marki typu North Face), bluzy w pasy, arafatki, w uszach kola lub cos czarnego, fryzura na kierowce z NRD, niechlujny zarost, tatuaze, etniczne wisiory i bransoletki, u pan – podobnie, z tym ze niechlujny zarost zastepuja niechlujne, superkrotkie grzywki, czesto pasemka dreadow, do tego ciuchy z Nepalu lub Desigual, bardzo szerokie opaski do wlosow i etniczne szale szczelnie zaslaniajace szyje. Styl bardzo wygodny, mozna by rzec, feministyczny.

A oto i probka:

https://picasaweb.google.com/101020698408842936852/StylBaskijski?authkey=Gv1sRgCLbtr_7PzKCHNg

NAMES

November 3, 2014

Nie jest żadną tajemnicą, że zagraniczne imiona i nazwiska bywają dziwne, a nawet śmieszne. Weźmy np. jedną z moich grup: „Maddy” brzmi jak angielskie „muddy”, „Bego” jak „begging”, „Gonzalo” jak postać z kiepskiej opery, a baskijskiego „Goiatz” nie sposób poprawnie wymówić „na czuja”. Nie sztuka wejść na stronę „nombres vascos” (polecam) i zacząć się nabijać, chciałabym więc napisać dziś o tym, co wymaga odrobinkę wiedzy – o różnicach wykraczających poza fonotaktykę.

 

  1. Imiona żeńskie nie muszą kończyć się na „a” (i vice versa) – niby oczywistość, w końcu tak samo jest w angielskim, ale czasami polski mózg nadal się buntuje. Sprawdźcie sami swój poziom tolerancji (w spolszczonej pisowni): Amaiur, Laraic i Izaskun vs. Borha, Kepa i Gorka. Osobiście łykam jedno i drugie, bo imiona dziewczęce kojarzą mi się z „Lindsay” czy „Alison”, a chłopięce traktuję jak nazwiska.

 

  1. W Polsce większość osób ma w dokumentach dwa imiona, ale (poza kilkoma celebrytami) nikt nigdy ich nie używa –co najwyżej to drugie funkcjonuje jako pierwsze, bo pierwsze nam się nie podoba. W Hiszpanii twoje dwa imiona to właściwie jedno długie i niektórzy uczniowie wręcz się na mnie obrażają, gdy się zapomnę i wywołam „Marię” zamiast „Marii Eugenii”. Imiona „dwuczłonowe” mają także popularne (a mi nieznane) zdrobnienia: Maria Jesus do Mariaje, Jose Miguel – Josemi, Maria Isabel – Maribel. Mama mojego chłopaka to Asun czyli Maria Asuncion.

 

  1. No właśnie, „asuncion” – „wniebowstąpienie”. Hiszpanie nie tylko nadają swoim dzieciom imiona świętych, ale także przeróżnych religijnych atrybutów – stąd Dolores, Pilar, Esperanza, Encarnacion i inne kwiatki.

 

  1. Nie rażą one tak bardzo, jak raziłyby w języku polskim, bo hiszpańskie nazwiska nie rozwadniają się tak bardzo końcówkami. W Polsce, owszem, można natrafić na Lisa albo Kiełbasę, ale więcej jest Lisowskich i Kiełbaszewskich. Tutaj za to ludzie potrafią się nazywać bardzo dosłownie, w dodatku nazwiska mają zawsze dwa, więc łączą się w brzmiące jeszcze idiotycznej zbitki: „Rubio Casado” (blondyn żonaty) czy, jak mama mojego chłopaka, Caballero Aleman (jeździec niemiecki). Rodzice nie mają też żadnych skrupułów dodać do takiej kombinacji rewelacyjnego imienia, czego rezultatem może być, powiedzmy (otwieram gazetę), Mercedes Rojo Calvo („mercedes czerwony łysy”) albo Dolores Fuertes Cortado („bóle mocne pocięty”).

 

  1. Wracając do religijności, dopiero niedawno odkryłam imiona katolickie potajemnie – nie trzeba bowiem nazwać córki Maria Cośtam, bo do wyboru mamy też nazwy miejscowości – miejsc kultu maryjnego. Najsłynniejszym imieniem tego typu jest Lourdes (jak córka, nomen omen, Madonny), ale kto by pomyślał, że na liście znajdują się też superpopularne baskijskie Leire i Ainhoa, czy swojskie Montserrat.

 

  1. Emigranci mogą się czuć trochę przytłoczeni tym całym katolicyzmem, bombastycznymi zbitkami w rodzaju Juan Carlos Vailera de Flores i ewentualnym wybieraniem imienia dla swojego dwujęzycznego dziecka (Edurne? Iban? Madre mia!). Emigrantki tracą też w Hiszpanii coś bardzo, wydawałoby się, normalnego – możliwość przyjęcia nazwiska męża. Pytałam się swoich tutejszych uczennic, czy chciałyby zmienić nazwisko i żadnej nie wydawało się to ani odrobinę romantyczne. Pamiętajcie, że jeśli nowi hiszpańscy znajomi przedstawiają wam się jako Sara Fernandez Molina i Iker Fernandez Molina, to są rodzeństwem a nie małżeństwem!

 

A propos nazw, zachwycam się ostatnio idiotycznymi nazwami sklepów. Who needs Japlish, skoro Baskowie inspirują się angielskim z równym wdziękiem. „People” i „Friends” jeszcze rozumiem, ale „Snoby”? ‘Bully’? „Tudor”? „Went”? „They’s”?!

 

WESELNE RÓŻNICE

October 6, 2014

Nie jestem i raczej nie będę ekspertką od wesel, ale oto co zauważyłam na moim drugim tutejszym:

 

  1. W Hiszpanii dużo łatwiej o wesela dwujęzyczne czy dwukulturowe – ludzie mają problemu ze zrozumieniem „hiszpańskiego” z Galicji czy Andaluzji, do tego dochodzi kataloński, baskijski itd. W tym przypadku panna młoda była z Katalonii, więc część przemów była dla połowy gości niezrozumiała, inne cierpliwi mówcy wygłaszali w dwóch wersjach. W listopadzie byłam z kolei na ślubie po baskijsku, na którym np. w środku ceremonii trzy osoby nagle wstały i ruszyły w stronę podwyższenia, i nie mieliśmy zielonego pojęcia, czy również mamy ustawiać się w kolejce (po świecką komunię?) czy nie.

 

  1. W kraju, w którym opustoszałe kamienne wioski na szczycie wzgórza kwituje się wzruszeniem ramion, dużo też łatwiej o piękną scenerię. „Nasze” wesele odbywało się w miasteczku Olot niedaleko Girony, które tylko w centrum ma dwa… wulkany. Niskie i nieczynne, ale i tak można sie zachłysnąć przy czytaniu ulotki z informacji turystycznej.

 

  1. Bogactwo bije po oczach. Wiem, że gdzieś tam, może na dalekim południu, kryją się ofiary wysokiego bezrobocia i ogólnej beznadziei, ale ja na swojej drodze napotykam głównie ludzi, którzy przeszli na emeryturę w szokująco młodym wieku i żyją sobie wygodnie z otrzymywanej renty, ewentualnie traktują bezrobocie jako coś w rodzaju przedłużonych wakacji, bo to przecież dwa lata z zagwarantowaną pełną pensją. Z jednej strony bardzo hojne i wykorzystywane do maksimum państwo, z drugiej zamożne od pokoleń rodziny chętnie utrzymujące poszukujących sensu trzydziestolatków.

 

  1. Wartym naśladowania pomysłem było zawarcie związku małżeńskiego w urzędzie w skromnym gronie i dzień wcześniej. Przy nas państwo młodzi tylko udawali, że składają przysięgę – za to mogli to zrobić w malowniczym ogrodzie. (Jedynym zgrzytem był prezent, a jakże, teściowej, która sprowadziła baskijskiego tancerza ludowego. Niby miły akcent, ale po co przerwał swoimi flecikami romantyczną piosenkę pop, którą młodzi na pewno starannie wybrali na przejście wzdłuż nawy ku wyjściu?)

 

  1. Największą atrakcją każdego hiszpańskiego wesela jest ponoć koktajl – godzinka czy dwie przed głównym posiłkiem z masą szampana i jak największą liczbą przystawek. Kompleks jadalny w stylu hightech czadowy (Les Cols w Olot, wygooglajcie), szaszłyczki z krewetek bomba, sushi twardawe, ale kurczę, sushi za darmo, łosoś wędzony super, sery owcze przygotowywane przy pomocy wody morskiej rewelacja, sok ze świeżych pomarańczy świetnie, sorbet cytrynowy… zaraz, sorbet cytrynowy? Po krewetkach i przed wędlinami? A tu już donoszą canelloni i mini-hamburgery. I kroją szynkę serrano. Tempura ze szparaga? Już jadłam, dziękuję. Ale ta jest czarna i z jakimś dipem. Zawrót głowy, przesyt, bezsens. Jak w antycznym Rzymie. Nie było czasu ani nacieszyć się każdym kęsem z osobna, ani porządnie porozmawiać, nie czekały na nas prócz tego wielkiego żarcia żadne rozrywki, a na myśl o tym, że zaraz mamy przecież siąść do późnego obiadu, przebiegały mnie ciarki, bo jak to tak zastawić wszystko na talerzu pod nosem gospodarzy.

Na polskich weselach też się je dużo, ale w jakiejś tam kolejności – posiłek, bufet dla głodomorów, barszczyk o północy…

 

  1. Brakowało mi troski o gości. Jeśli ktoś był na jakiejkolwiek diecie, nie miał do wyboru absolutnie nic co zawierałoby wyłącznie warzywa czy owoce. Żadnych gier, wygłupów, wężyków – jeden konkurs dla młodych, ale bez „jaja”, a muzyka taneczna wyłącznie umcy umcy, co wszystkim gościom powyżej czterdziestki (i jednej 34-latce) absolutnie odebrało chęć do zabawy. No, na osłodę mieliśmy dwa polaroidy, w których szybko zabrakło klisz.

 

  1. Polecam wszystkim nacjom branie przykładu z Anglosasów – gości należy wymieszać! Pary nie mogą siedzieć razem, podobnie rodziny – ja moich teściów, mojego chłopaka mam na co dzień, mogłabym ich też z łatwością odszukać i zagadać, a tak, uwięziona ze znajomymi twarzami przy jednym stole, nie miałam żadnego pretekstu do zawierania nowych znajomości, podczas gdy fascynujący goście z Madrytu (młodzi są oboje znanymi dziennikarzami w hiszpańskim radio) kisili się razem przy jednym stole. Cóż, taka różnica kulturowa – jedni chodzą na przyjęcia „to network”, a mój chłopak, jak zapraszam na urodziny koleżanki, dziwi się: „Przecież one się nie znają!”.

 

  1. Hiszpanie nie praktykują poprawin. Nasza strona rodziny mieszkała w tym samym hotelu, więc zobaczyliśmy się przy śniadaniu, ale straciliśmy kolejną szansę na poznanie kontyngentu Katalończyków, na podziękowanie za poprzedni dzień.

 

  1. I wreszcie koszta. Nie ma przyzwolenia na zwykłe prezenty (no chyba, że są to wakacje na Bali), koperta i tyle. Mi, jako widzianej raz wcześniej dziewczynie rzadko widywanego kuzyna przysługiwała stawka minimalna – 100 euro. Do tego 25 euro od łebka za benzynę. Gdyby hotel nie był gratis, zaczęlibyśmy się zastanawiać, czy w ogóle pojechać. Nawet w telewizyjnych skeczach śmieją się z osób, które rozpaczają widząc w poczcie kolejne zaproszenie, zwłaszcza, że w modzie są też drogie „wyjazdowe” wieczory panieńskie/kawalerskie – weekend w innym mieście czy nawet kraju, w obowiązkowych jednakowych uniformach.

 

  1. Wiem, że uwielbiam tu narzekać – nie, nie było aż tak źle. Wracaliśmy sześć godzin w dzikiej ulewie –ale w Kraju Basków powitało nas słońce! Na stacji benzynowej do jedzenia mieli wyłącznie smażone kiełbaski z różnymi zestawami – ale dzień wcześniej, dzięki portalowi Happy Cow, zjadłam super wegańskie śniadanie. A państwo młodzi w imieniu każdego z gości zakupili ileś tam szczepionek przeciw polio. Ktoś tam jednak jeszcze wierzy w szczepionki, uff!

10 POWODOW, DLA KTORYCH UWIELBIAM LAS LANDAS

October 6, 2014
  1. Garnki pełne małży w sosie z sera pleśniowego, najlepiej w ciepły wieczór na tarasie w Capbreton (Czy ktoś zna może jakiś wegański odpowiednik tej uczty, please?)

 

  1. Szerokie, puste, czyste plaże, a do tego morze z tak silnymi prądami, że nikt specjalnie nie namawia cię do pływania.

 

  1. Ludzie mówiący po francusku, napisy po francusku… (ale jeśli odezwiesz się po francusku, odpowiadają po hiszpańsku)

 

  1. Radio “Nostalgie”

 

  1. Campingi w lasach sosnowych (ale uwaga, tutejsze sosny mają szyszki z osiem razy większe od polskich)

 

  1. Kawiarnia Marimont w Biarritz (rok założenia 188) – muzyka klasyczna w tle, lustra na ścianach, widok na morze… Zgadzam się nawet na kosmiczne ceny, bo odzwierciedlają jakość. (Jeśli jednak macie ograniczony budżet, polecam czekoladowe mini gateaux basque za 2 euro w Maison Adam),

 

  1. Sklepy odzieżowe w Hossegor

 

  1. Białe wille obrośnięte hibiskusami, clematisami itp.

 

  1. Liczne ścieżki rowerowe (a jest płasko, płasko, płasko)

 

  1. I wszystko to godzinę-dwie drogi od miejsca, w którym mieszkam.

10 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O MENU W KRAJU BASKÓW

September 25, 2014

Rozmówki i internetowe słowniki to nie wszystko, w niektórych przypadkach pomaga tylko znajomość różnic kulturowych:

  1. Nie proście kelnera o „menu”, bo dostaniecie „zestaw obiadowy dnia”. Karta dań to po prostu „carta”. Wiele barów ma też osobne menu kanapkowe, „de las bocatas” – pamiętajcie, że tutejsze kanapki to długaśne bagietki: pół kilo chleba z różnorodnymi, ale nierzadko nie pokrojonymi składnikami typu plaster szynki serrano czy cały grzyb. Przydają się ostre zęby i stare ubrania, których nie żal poplamić.

 

  1. Niech nie podnieca Was słowo „vegetal”. Nie oznacza one czegoś wegetariańskiego, tylko „z warzywami i szynką/kurczakiem”. Wegetarianie mogą zamówić sobie omlecik albo porcję grzybów – albo poradzić się portalu Happy Cow.

 

  1. No właśnie, „tortilla” to tutaj oczywiście gruby omlet, a nie rodzaj naleśnika.

 

  1. Słowo „tomates” w opisie kanapki lub dania oznacza często keczup lub sos pomidorowy.

 

  1. Podobnie „patatas” to frytki lub chrupki zemniaczane. Znalezienie ziemniaków w innej formie graniczy z cudem.

 

  1. Do każdego dania (z wyjątkiem kanapek, dzięki Bogu) serwowane są kawałki bagietki czyli miejscowy chleb. Czasami doliczą ci za to 1 euro. Miejscowi odkładają chleb na stół, namiętnie kruszą i obowiązkowo oczyszczają talerze z resztek sosów i oliwy.

 

  1. Hiszpanie nie jedzą zupy i drugiego dania. Pierwsze danie to same warzywa lub makaron z sosem. Drugie danie to samo mięso/ryba, ewentualnie z frytkami. Można też zamówić „plato combinado”, czyli jakąś szaloną kombinację, zwykle zawierającą hamurgera (tzn. sam kotlecik) i jajko sadzone. Np. dwa hamburgery, frytki, spaghetti i dwa krokiety. Jak macie szczęście, to odrobinę sałaty. Surówki są nieznane. Ludzie na diecie ratują się sałatami i „raciones”, czyli „porcjami” np. duszonej papryki albo grzybów.

 

  1. Zimne przystawki (tapas/pintxos) wystawione są na barze (tak, można je dotykać do woli i siadają na nich muchy), ciepłe czasem są na barze, ale zwykle ich opisy znajdziemy na jakiejś czarnej tablicy (albo w menu) i trzeba je zamowic. Jeśli chcemy zjeść kilka pintxos, prosimy o talerzyk, nakładamy i oddalamy się. Obsługa ufa, że potem opiszemy, co zjedliśmy (a może jest nadludzko spostrzegawcza, kto wie).

 

  1. Męczyliście się kiedyś zamawiając kawę zagranicą? W Kraju Basków mają też specjalne określenia na piwa. Duże to (piszę tak, jak się wymawia) „kania”, z sokiem cytrynowym „lehija” („wybielacz”), piwo jasne jest blond („rubia”), a małe to „zurito” (jego wymiary wahają się od 2cm do całkiem przyzwoitej „kanii”). Piwo jest zwykle droższe od wina, tak jak kawa jest tańsza od herbaty (i herbat ziołowych, „infusiones”).
  2. W barach płaci się na samym końcu, po iluś tam kolejkach. Podchodzimy do baru (bo przecież staliśmy w mżawce na ulicy) i pytamy: „Me cobras? Eran…” i tu wyliczamy, co skonsumowaliśmy. Kelner albo nam wierzy na słowo, albo po naszej litanii zidentyfikuje karteczkę z naszymi zamówieniami. „Por favor” i napiwków się raczej nie stosuje. Aha, kelner w pierwszej kolejności obsługuje zamawiających, więc czeka się długo, dostając cholery.

 

LAS REGATAS

September 25, 2014

Chcecie przyjechac do Kraju Baskow i doswiadczyc na wlasnej skorze jednej ze slynnych fiest, ale bez cen i smrodu San Fermines czy zimowego deszczu Santo Tomas i dnia San Sebastian? Polecam wrześniowe regaty.

W Kraju Basków istnieje liga łodzi zwanych „traineras” – tych samych, którymi niegdyś tutejsi wielorybnicy podpływali do swoich ofiar. Najważniejszym wydarzeniem roku jest w tym sporcie wyścig o banderę La Conchy, głównej plaży/zatoki w SanSe. Zawody są oczywiście rozgrywane na wodach zatoki, ale także na pełnym morzu zaraz za zamykającą naszą „muszlę” wyspą św. Klary, można więc je obserwować z plaży, z portu czy z górującej nad Starówką góry Urgull. Leniwi zostają w domach przed telewizorem, spragnieni – w licznych barach z transmisją na żywo, a nieliczni szczęśliwcy podpływają pod trasę swoimi jachtami.

Plusy fiesty są więc takie, że jest co robić – można zatrzymać się w mieście na kilkanaście dni i śledzić wszystkie pomniejsze rozgrywki, przyjechać tydzień przed finałem na pierwszy wyścig, albo zobaczyć finał w trzecią niedzielę września w samo południe. Startuje osiem drużyn, po cztery na raz, w tym zawsze sansebastiańska, chociaż są beznadziejni. W tym roku wyjątkowo zakwalifikował się ktoś z dalekiej Galicji (nie, nie z Krakowa, tylko z okolic Santiago de Compostela), ale miejscowych znanych drużyn jest właśnie osiem: SanSe, Bermeo, Hondarribi, Pasajes San Pedro, Pasajes San Juan, Portugalete, Orio i Kaiku. Wszystkie te nazwy to baskijskie miejscowości nadmorskie, z wyjątkiem Kaiku, które jest marką produkującą mleko („kaiku” to w euskera drewniane naczynie na mleko, którego polską nazwę mam na końcu języka). Są też drużyny kobiece, ale ich wyścig jest wcześnie rano i większość widzów go niestety ignoruje. Panie mają też do pokonania krótszy dystans.

Typowa niedziela zaczyna się od zawiazania na szyi chusteczki w odpowiednim kolorze (np. Orio to zolty) i zajęcia pozycji (np. z lornetką), a potem już tradycyjnie – szwendanie się od baru do baru (czy raczej od uliczki przed barem do uliczki przed kolejnym barem) ze znajomymi i kieliszkiem w dłoni. Ja ostatnio odpadłam o osiemnastej (zaledwie siedem godzin stania, picia i wydawania pieniędzy), więc jestem cieniasem.

Pamiętajcie o wybraniu uliczki stosownie do wieku. Nastolatki i studenci gromadzą się na lewo od ruin kościoła, tam też pod nogami wala się najwięcej śmieci. Zamożni oblegają Fermin Calberton, dzieciaci Bulevard i okolice placu San Telmo (dużo miejsca na wózki), a ubodzy trzydziestolatkowie udają się do barów Iguana i Eiger na mojito za 3 euro.

SCHAB AND NEWTON DO SANSE

June 28, 2014

Trasa na bardzo krotki pobyt, koniecznie czwartkowo-piatkowy i z dobra pogoda (bo dzis juz wialo strasznie, a teraz leje):

CZWARTKOWE POPOLUDNIE

z dworca autobusowego ruszamy przez centrum w strone starowki – delikatesy Don Serafio (zeby wiedziec, gdzie sie ewentualnie pozniej zaopatrzec w pamiatkowy sloik gindillas) – bulwar nadbrzezny imienia Drzewa z Gerniki – Plaza Bilbao – katedra Buen Pastor – Plaza Guipuzkoa – park Alderdi Eder – port – gora Urgull (niestety, Jezus bedzie juz zamkniety o tej godzinie) – pintxos w Munto na ulicy Fermin Calberton (kula z sera idiazabal z orzechami wloskimi plus sosik z slodkiej galaretki z pigwy, kula z czterech rodzajow grzybow, szparag z szynka serrano w sosie z roqueforta, podgardla rybie w zupce, a do picia male piwka czyli zurito) – pintxo pote w Gros czyli tlumy pijace na ulicach i odstawiajace kieliszki na dachy aut (chipirones w barze Gora Bera przy calle Bermingham – nie wiem, skad ta literowka, za to wiem, ze “gora bera” znaczy “gora dol”, bo bar ma dwa poziomy) – powrot na starowke i kolacja w barze Ordizia przy San Lorenzo (m.in. gigantyczne kanapki z kozim serem, pomidorem, cukinia i boczniakami oraz zestaw krokietow)

PIATKOWE PRZEDPOLUDNIE

miejsce noclegu – podnoze gory Igeldo (fajnie tam dojsc wzgorzami, zaczynajac od Plaza Easo i San Roque, a konczac przy palacyki Miramar, ale my podjechalismy autobusem – wystarczy zlapac dowolny pod hotelem Londres i wysiasc na drugim przystanku) – kolejka na gore – widoki, Casa de Terror i inne atrakcje – spacer wzdluz dwoch plaz na Starowke – obiad w Atari (swietna nazwa) przy calle Mayor (trzy ogromne raciones: ryba bonito z anchois, gindillas i oliwkami, ryz dnia – nasz byl tajski z “langustynkami”, policzki wolowe z sosem pieczeniowym i puree ziemniaczanym)

OPCJE NA POPOLUDNIE

– cmentarz w dzielnicy Egia

– autobusem do miasteczka Hondarribia

– zakupy w sklepach Super Amara, Don Serafio, Pyc, Kukuxumusu

https://www.google.es/search?q=kukuxumusu&rlz=1C1GGGE_esES486ES533&espv=2&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=AQOvU47MDMeo0wXHqYGICA&ved=0CAYQ_AUoAQ&biw=1280&bih=845

 

LA LARGA MARCHA

June 14, 2014

A nice clip about the summer in Donostia San Sebastian, Iruña Pamplona and other towns (featuring great music by what sounds like God is the Astronaut).

Watch out for:

– lots of boats and rafts together (that´s “piratas” I have written about, here in August)

– a guy dressed up as a woman (by far the most popular costume for guys round here, be it for the carnival or a stag night)

– La Concha beach by night (several times)

– the typical white SanSe railing by night

– and the merry-go-round next to the townhall

KULINARNA DZIESIĄTKA

March 27, 2013

Oczywiście największą atrakcją są pintxos czyli miejscowe przekąski, ale jest to też atrakcja najbardziej oczywista, ponieważ pintxos podawane na zimno zalegają bufety każdego baru. Informacja dla nadwrażliwych: zapomnijcie o ochronnych kloszach czy chłodzonych gablotkach! Na szczęście, równie, jeśli nie bardziej interesujące, są pintxos na ciepło, trzeba tylko się rozeznać w stosownym menu, zazwyczaj wypisanym kredą na czarnej tablicy. Oferta jest bogata, od niewinnego mini-risotto po świńskie uszy i wołowe ogony 🙂

pin

PS. Pintxos cause you “pinch” them with the toothpick.

A z rzeczy nieoczywistych, które łatwo przeoczyć:

1. PASTEL VASCO

Może generalizuję, ale tutejsze ciasta i ciastka są koszmarne – od nudnego biszkoptu z zakalcem wokół ananasa po anyżkowe sucharki oblane kuwerturą a la „Polska anno domini 1986”. W najlepszy razie można natrafić na ichni supersłodki sernik, który zapycha po dwóch łyżeczkach. Albo uciec do pobliskiej Francji. Jedynym wyjątkiem jest pastel vasco, najlepiej w wersji mini i na śniadanie. W środku ciasto-krem albo coś z wiśni.

8271026756_71709d2b92

2. TURRON DE YEMA TOSTADA

Chcę, żeby opisy tutaj były jak najbardziej obiektywne, więc nie mam zamiaru sprawdzać, co to tak dokładnie jest – zresztą, cóż jest lepszego od denerwowanie się na kolejnego internetowego ignoranta 😉 Jak dla mnie, turron (akcent na drugą sylabę) de yema tostada (czyli z żółtka) to coś pomiędzy marcepanem a stwardniałym koglem-moglem. Niestety, dostępny tylko zimą, bo turrony (rodzajów jest więcej) jada się na Gwiazdkę.

turron_de_yema_tostada_suprema_mira_monerris

3. DULCE DE MEMBRILLO

Galaretka z pigwy – w każdej lodówce, w każdym supermarkecie. Do sera.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

4. BOCADILLO DE TORTILLA

Kiedy mój chłopak zaczął uczyć się polskiego, w pierwszej kolejności chciał wiedzieć, jak zamawia się piwo i… menu kanapkowe. Trudno mu było wytłumaczyć, że kanapki w Polsce to nie instytucja – że zazwyczaj nie są na ciepło, nie mają 30 centymetrów długości, nie zawierają frytowanych kalmarów i nie są serwowane w każdym pubie jako najpopularniejsze tanie danie obiadowe. Czytając miejscowe menu, zwróćcie więc uwagę, czy nie czytacie listy składników osobnego menu kanapkowego! Ofiarą własnej niewiedzy padła w Madrycie moja przyjaciółka (serdeczne pozdrowienia!), której marzyła się meksykańska tortilla a la McDonald’s, a więc smakowity nadziewany naleśnik, a tymczasem zaserwowano jej gigant kanapczysko z tortillą hiszpańską, czyli… jajecznicą z ziemniakami. Nie powiem, sycące. Jeśli nie podnosicie zawodowo ciężarów, lepiej wybrać wersję miniaturową spośród pintxos dostępnych na zimno albo zamówić pintxo de tortilla, czyli małą porcję z kawałkiem bagietki podawanym osobno.

ImageViewer

5. CARDO

Do kupienia w całości albo w słoiku. Najlepiej wprosić się do kogoś do domu. Jadany zimą, bo tutaj zimą można nadal uprawiać całkiem sporo warzyw, a nie tylko jarmuż. Najciekawsza wiadomość na koniec – cardo to po hiszpańsku… oset.

Cardo_Rojo_DeAgreda_7_de

6. BORRAJAS

Najpierw musicie się wprosić na kolację z babcią z Navarry 😉 W górskich wsiach jada się (jadało się) różne rzeczy – to, że się zbiera jakieś tam ziółka i zaparza, to jeszcze nie szokuje (polecam te de roca), ale tę roślinkę to akurat znam z ogródka i nie wpadłabym na to, żeby podać ją z ziemniakami…

20070903004444-borraja

ogorecznik

Ogórecznik, mniam, mniam.

 

7. CHULETON DE SAGARDOTEGI

Do cydrowni (sagardotegi to po baskijsku) chodzi się na przedwiośniu i menu jest zawsze takie same: najpierw tortilla z dorszem, potem kawał mięcha z bagietką, a na deser ser żółty i orzechy. Nielimitowany cydr prosto z beczki za około 25 euro od łebka – dla wielu brzmi to zachęcająco. Innych skusi rustykalny wystrój i malownicze położenie większości gospodarstw. Uprzedzam jednak, że czasami nie ma krzeseł i/lub ogrzewania, a mięsko wygląda tak jak poniżej i nikt go nam nie dopiecze.

5603493297_958578fe3b_m

8. GULAS

No i nareszcie przyszedł czas na owoce morza! (Tak, wiem, że jestem prymitywna i nadużywam słowa „no” oraz „to”). Gulas po raz pierwszy jadłam chyba w pintxo, a potem zaczęłam kupować w plastikowych torebkach, nie mając zielonego pojęcia, które ze słów na opakowaniu to nazwa tego dziwnego coś.  Potem myślałam, że mój chłopak często jada gulasz… Po leniwym googlowaniu wiem tyle, że to „substytut węgorzyków” i bogate źródło białka. Tradycyjnie jadane z jajecznicą, a przeze mnie na zimno, z oliwą, na śniadanie – takie małe post-japońskie zboczenie.

gulas-ajillo

9. CHIPIRONES

Malutkie kalmary, które można nadmuchać i nadziać czymś innym, albo podać z sosem z atramentu. Tak w ogóle, to dopiero niedawno uzmysłowiłam sobie, że to, co od lat brałam za maleńkie ośmiorniczki, to „końcówki” kalmarów!

chipirones-con-patatas

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

10. KOKOTXAS

Skoro można jeść policzki wołowe (najlepiej w Cuchara de San Telmo) to można i… nie, nie policzki kokoszek. Podpowiedź poniżej. Serwowane na różne sposoby.

kokotxas 1

Jutro przylatuje Mama. Ciekawe, na co cię wybierzemy… Stawiam na ogon w Astelenie 🙂