Posts Tagged ‘Spain’

UTRUDNIANIE SOBIE ZYCIA (KOLEJNY RANT)

June 18, 2015

Chyba we wszystkich krajach, ktore odwiedzilam, zaskoczyl mnie mile jakis miejscowy wynalazek czy zwyczaj. Na moim niemieckim uniwersytecie, na przyklad, moja karta studencka byla jednoczesnie sieciowka wazna takze na pociagi w obrebie kilkudziesieciu kilometrow, a dolaczano do niej zestaw hologramowych naklejek, ktore urzednicy mogli naklejac na inne dokumenty, zamiast wymagac ode mnie jakichs potwierdzen z rektoratu. W Szwajcarii placisz za wywoz smieci tyle, ile zainwestujesz w specjalne worki na smieci, nie musisz sie wiec przejmowac, ze nie wystarczy ci kubla albo frustrowac, ze w danym tygodniu kubla prawie ze nie zapelniles. W Japonii w wielu publicznych kabinach toaletowych dla kobiet sa wysokie krzeselka dzieciece (niemowlaki zwykle nosi sie tam w nosidelkach – zalozenie jest chyba takie, ze z takim ciezszym, 8-miesiecznym, trudniej kucnac nad typowa japonska dziura w podlodze). W Turcji w toaletach publicznych sa bidety. Itp. itd.

W SanSe? Hm… Jak wiadomo, lubie sobie na nia ponarzekac, pozwolcie wiec, ze znowu to zrobie. Odnosze wrazenie, ze tu ludzie raczej utrudniaja sobie zycie. Chca chyba zachowac rownowage w przyrodzie – mamy ladna pogode, swieze warzywa caly rok, przesiadujemy w barach – jak by tu sie podenerwowac? Oto kilka miejscowych patentow – zalozmy, ze prawdziwych dla SanSe, bo calej Hiszpanii przeciez nie sprawdze.

1. TRANSPORT MIEJSKI

Ok, wygral ogolnoeuropejska nagrode za ekologicznosc – ludzie tyle tu frytuja, ze obok pojemnikow na makulature stoja i pojemniki na stary olej spozywczy, ktorym napedza sie tutejsze autobusy (maja tez autobusy elektryczne z poznanskiego Solarisa). Ale… Po pierwsze, nie ma wymyslnego systemu sieciowek. Tzn. mozesz sobie wyrobic specjalna karte, ktora upowaznia cie do 50% znizki, ale to by bylo na tyle – jesli dojezdzasz codziennie 4 przystanki, zaplacisz tyle samo, co osoba, ktora dojezdza godzine. Po drugie, wyrobienie owej karty kosztuje 5 euro, niezaleznie od tego, czy chcesz jej uzywac przez miesiac czy przez lata. Po trzecie, wyrobienie jej jest tak skomplikowane, ze nie dostaniesz jej od reki. Po czwarte, jesli karte zgubisz, nie wydadza ci zadnej karty zastepczej – dopoki nie przysla ci nowej karty do domu, musisz bulic 100% ceny biletu.

Jestes tylko turysta? Nawet pojedynczy przejazd moze byc frustrujacy. Dla ulatwienia zycia sobie, a nie pasazerom, na kazdym przystanku wisza te same plakaty informacyjne – nie dowiesz sie wiec, o ktorej twoj autobus odjezdza wlasnie z tego przystanku (musisz to sobie wyliczyc), a w opisie trasy autobusu przystanek, na ktorym jestes, nie bedzie zaznaczony jakas kropka czy innym kolorem, przez co bedziesz musial przeczytac cala trase i sam go znalezc. Przystanki nie maja zreszta nazw, tylko adresy (Av. de Madrid 22), przez co czasem latwiej je znalezc, ale czy przystanek przy dworcu autobusowym nie moglby sie nazywac “Av, de Madrid, Estacion de autobuses”, a stacja kolei podmiejskiej w centrum “Donostia-SanSebastian Centro”, a nie “Amara – Donostia”? Ilu cudzoziemcow wie, ze SanSe nazywa sie po baskijsku Donostia i ze Amara jest 5 minut drogi od scislego centrum?

Aha, uwaga – kolej podmiejska nazywa sie teraz “metro”. Rzeczywiscie, kilka stacji znajduje sie pod ziemia, ale wiekszosc, w tym wspomniana juz Amara, nie. wyobrazcie sobie miny amerykanskich turystow, kiedy zdezorientowani pytaja mnie o metro, a ja wskazuje im zwykly dworzec! (Pomijam fakt, ze w SanSe dworzec autobusowy nie jest budynkiem – o tym i innych absurdach miejscowych PKSow pisalam w pazdzierniku 2011).

I wreszcie same trasy autobusow. Moje miasto rodzinne mnie rozpuscilo – przystanek powrotny jest zwykle po przeciwnej stronie ulicy. W SanSe – zazwyczaj nie. I czasami moze go wcale nie byc, bo autobus robi petle, ale… tylko w jednym kierunku. Do Antiguo jade z domu 10 minut, ale z powrotem juz 30, bo musze zaliczyc resztke petli. Nie ma tez tak, ze z jednego przystanku odjezdza siedem autobusow, wiec jesli pasuja ci trzy z nich, to sobie spokojnie czekasz – nie, tutaj musisz miec na oku sasiedni przystanek dla autobusow jadacych w tym samym kierunku, ale polozony 50 metrow dalej.

2. OKNA

Wielu emigrantow zali sie na okna angielskie – ze otwieraja sie na zewnatrz, wiec jak tu je umyc, ze pojedyncze szyby. Tutaj okna tez sa pojedyncze, a w blokach – suwane. Tez je trudno umyc, zwlaszcza, ze okno otwierane ma moze z 60cm szerokosci, a okno suwane moze miec juz z metr. Przesuniecie go nieraz wymaga sporo wysilku – trzeba sie zapierac o szybe i brudzic ja sladami dloni. Okna takie czesto nie sa zbyt szczelne, bo jak juz je dosuniesz, nie przekrecasz zadnej klamki, zeby zaplombowac je w ramie. Oznacza to takze, ze kazdy moze otworzyc je z zewnatrz. Spytalam tubylcow, czy nie boja sie wlamywaczy, ale odparli: “Tyle jest miejsc, do ktorych latwiej sie wlamac…”. I rzeczywiscie, bo wiekszosc drzwi wejsciowych tylko sie zatrzaskuje, wiec mozna je tworzyc “na karte kredytowa”. (Wiecej o urokach baskijskich mieszkan pisalam we wrzesniu 2012).

3. PRANIE

Wszystkie znane mi osoby piora wylacznie w 30 stopniach (na poczatku troche sie tego brzydzilam – cudzy recznik prany przez lata tylko w 30 stopniach?). Ania spytala mnie ostatnio przytomnie – a co z plamami? Zauwazylam dwie metody. Metoda pierwsza to odmaczanie ubran w czyms, co pachnie jak staromodny produkt do szorowania klatki schodowej. Metoda druga, to uzywanie plaskich szczotek. Raz mi sie zdarzylo, ze mloda, bogata, otwarta na swiat kobieta polecila mi spray na plamy, a nawet przywiozla mi go… z Francji. Ja piore w 40, ale musze sie z tym kryc 😉

Pranie, jak wspominalam pewnie w wielu wpisach, wiesza sie na mobilnych sznurkach w blokowej studni, ktora moznaby litosciwie nazwac patio. Studnia jest dostepna ze wszystkich pokoi “wewnetrznych” – najczesciej z kuchni, czasem z najgorszej z sypialni lub po prostu ze wspolnej klatki schodowej. W praktyce wyglada to tak, ze wychylasz sie z okna na, powiedzmy, siodmym pietrze, walczac o zycie z przescieradlem na lozko o wymiarach 200×180 – albo z wlasnym, ktore, mokre, wazy tone, albo z cudzym, ktore zwiesza sie z pietra wyzej i zasklania ci widok. Przy okazji mozesz podsluchiwac (lub “podwachiwac”) sasiadow. Jesli cos ci do studni spadnie, sprzataczka zostawi ci to (np. twoje stringi) przy skrzynkach na listy. Cudownie.

Pamietajmy, ze w wielu mieszkaniach nie ma ogrzewania (albo uzywa sie wylacznie przenosnych grzejnikow elektrycznych). Suszenie prania w takich warunkach (i to w wilgotnym atlantyckim klimacie, gdzie wszystko plesnieje w blyskawicznym tempie) to musi byc fun!

Ostatnio pralam cala wyprawke mojego nienarodzonego syna i zeby ubranka pachnialy swiezym powietrzem i nie przepdly na wieki w czelusciach studni, powiesilam je na naszym wielkim oszklonym balkonie – tesciowa byla wyraznie ubawiona i nazwala mnie cyganka.

4. POSCIEL

Wspomnialam gigantyczne przescieradlo, ale tak dokladniej wiesza sie takie dwa albo trzy na raz – przescieradlo chroniace materac (tutaj wielu ludzi ma materace za kilkaset euro), przescieradlo, ktore jest nad tym ochronnym, ale pod toba, oraz przescieradlo, ktore jest nad toba, ale pod koldra. Duzo tego prania! I do tego te ich smieszne dlugasne poduszki-kiszki, ktore bardzo trudno obloczyc. (BTW, wygooglajcie prosze na grafice almohada 160 cm. Hm, ciekawe… Wam tez to sie wyswietla?)

5. SYSTEM EDUKACJI

Poczawszy od zlobka po baskijsku, do ktorego isc trzeba, bo zlobek jest integralna czescia zlobko-przedszkolo-szkolo–gimnazjo-liceum i potem ponoc trudno sie do szkoly dostac. Potem przedszkole z betonowym wybiegiem i bez otwieranych okien. Obie te placowki zamkniete od polowy czerwca do polowy wrzesnia, do tego masa swiat i dlugich weekendow, a hiszpanski ZUS nie daja rodzicowi chorobowego na dziecko, chyba ze jest w szpitalu (co moze przeciez oznaczac, ze jest pod dobra opieka lekarzy, a nie samo w domu). Potem szkola, z obowiazkowa religia, baskijskim nacjonalizmem i angielskim, z ktorego nie zwalaniaja nawet dzieci native speakerow. Co chwila jakies sesje egzaminacyjne zamiast zwyklych sprawdzianow. A na koniec matura ze wszystkich przedmiotow – dwa dni testow.

6. EL BOTE

W Polsce umawiasz sie z kolezanka w kawiarnii na 2-3 godziny – kazda placi za siebie, czasem jedna osoba stawia drugiej na zmiane. Tutaj spotykasz sie z osmioma kolezankami na zaliczenie szesciu roznych barow – na poczatku kazda wrecza wybranej w bolach ofierze po 20, 30, 40 euro, zeby placila za wszystkich, nie mozesz wiec przegapic zadnej kolejki, ani zaszalec i kupic sobie drogiego drinka. Wszyscy musza pic dokladnie to samo, w tym samym tempie – no i musza pic. Podobnie jest z obiadami – zamiast zaprosic 4 znajomych do domu, rezerwujesz stoliszcze na 20 osob w twoim “sociedad” (czyms w rodzaju kolektywnie utrzymywanej restauracji, w ktorej kucharzem jestes ty sam), a potem kazdy placi wyliczona dole. Nie obzarles sie jak inni? Nie wypiles butelki wina i dwoch drinkow? Twoj problem, dziwaku – plac!

Ale zrzedze, zamiast wychwalac swieze atlantyckie rybki, niezwykle lagodny klimat czy setki atrakcji turystycznych w okolicy 😉

10 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O MENU W KRAJU BASKÓW

September 25, 2014

Rozmówki i internetowe słowniki to nie wszystko, w niektórych przypadkach pomaga tylko znajomość różnic kulturowych:

  1. Nie proście kelnera o „menu”, bo dostaniecie „zestaw obiadowy dnia”. Karta dań to po prostu „carta”. Wiele barów ma też osobne menu kanapkowe, „de las bocatas” – pamiętajcie, że tutejsze kanapki to długaśne bagietki: pół kilo chleba z różnorodnymi, ale nierzadko nie pokrojonymi składnikami typu plaster szynki serrano czy cały grzyb. Przydają się ostre zęby i stare ubrania, których nie żal poplamić.

 

  1. Niech nie podnieca Was słowo „vegetal”. Nie oznacza one czegoś wegetariańskiego, tylko „z warzywami i szynką/kurczakiem”. Wegetarianie mogą zamówić sobie omlecik albo porcję grzybów – albo poradzić się portalu Happy Cow.

 

  1. No właśnie, „tortilla” to tutaj oczywiście gruby omlet, a nie rodzaj naleśnika.

 

  1. Słowo „tomates” w opisie kanapki lub dania oznacza często keczup lub sos pomidorowy.

 

  1. Podobnie „patatas” to frytki lub chrupki zemniaczane. Znalezienie ziemniaków w innej formie graniczy z cudem.

 

  1. Do każdego dania (z wyjątkiem kanapek, dzięki Bogu) serwowane są kawałki bagietki czyli miejscowy chleb. Czasami doliczą ci za to 1 euro. Miejscowi odkładają chleb na stół, namiętnie kruszą i obowiązkowo oczyszczają talerze z resztek sosów i oliwy.

 

  1. Hiszpanie nie jedzą zupy i drugiego dania. Pierwsze danie to same warzywa lub makaron z sosem. Drugie danie to samo mięso/ryba, ewentualnie z frytkami. Można też zamówić „plato combinado”, czyli jakąś szaloną kombinację, zwykle zawierającą hamurgera (tzn. sam kotlecik) i jajko sadzone. Np. dwa hamburgery, frytki, spaghetti i dwa krokiety. Jak macie szczęście, to odrobinę sałaty. Surówki są nieznane. Ludzie na diecie ratują się sałatami i „raciones”, czyli „porcjami” np. duszonej papryki albo grzybów.

 

  1. Zimne przystawki (tapas/pintxos) wystawione są na barze (tak, można je dotykać do woli i siadają na nich muchy), ciepłe czasem są na barze, ale zwykle ich opisy znajdziemy na jakiejś czarnej tablicy (albo w menu) i trzeba je zamowic. Jeśli chcemy zjeść kilka pintxos, prosimy o talerzyk, nakładamy i oddalamy się. Obsługa ufa, że potem opiszemy, co zjedliśmy (a może jest nadludzko spostrzegawcza, kto wie).

 

  1. Męczyliście się kiedyś zamawiając kawę zagranicą? W Kraju Basków mają też specjalne określenia na piwa. Duże to (piszę tak, jak się wymawia) „kania”, z sokiem cytrynowym „lehija” („wybielacz”), piwo jasne jest blond („rubia”), a małe to „zurito” (jego wymiary wahają się od 2cm do całkiem przyzwoitej „kanii”). Piwo jest zwykle droższe od wina, tak jak kawa jest tańsza od herbaty (i herbat ziołowych, „infusiones”).
  2. W barach płaci się na samym końcu, po iluś tam kolejkach. Podchodzimy do baru (bo przecież staliśmy w mżawce na ulicy) i pytamy: „Me cobras? Eran…” i tu wyliczamy, co skonsumowaliśmy. Kelner albo nam wierzy na słowo, albo po naszej litanii zidentyfikuje karteczkę z naszymi zamówieniami. „Por favor” i napiwków się raczej nie stosuje. Aha, kelner w pierwszej kolejności obsługuje zamawiających, więc czeka się długo, dostając cholery.

 

SALAMANKA

May 4, 2014

Salamanka to zupelnie normalne miasto: na rowninie, z bocianami i srokami, masa normalnych barow (czyli takich ktore nie maja 4m2 i szynek u pulapu) i szerokimi ulicami pelnymi sieciowek. Ale ktos w sam jej srodek wetknal kawalek Rzymu – zdarzaja sie cale ulice w beżu, rzezbionych fasadach i z kilkoma roslymi cyprysami w tle. Fasady sie zreszta w koncu zaczynaja mylic, bo katedra ma kilka, przed uniwersytetem spedza sie sporo czasu, szukajac slynnej zaby, a potem mozna jeszcze wpasc na klasztor sw. Estebana i myslec, ze to znowu katedra. Ups.

Pamietajcie, zeby cieplo sie ubrac, bo Salamanka slynie z silnych wiatrow – ja nie przegrzalam sie pod koniec kwietnia mimo rajstop pod spodniami i zimowej kurtki na gruby sweter.

Gdzie sie zatrzymac? Raczej nie na kempingu Don Quijote, bo maja kiepskie lazienki i trudny wyjazd. Za to duzo taniej niz w Toledo.

Gdzie zaparkowac (bo kempingi sa pod miastem)? Polecamy Calle de la Radio kolo torow.

Gdzie sie posilac? Och, wybor na Starowce jest ogromny. Powazniejszy posilek najlepiej w weganskiej Cafe Atelier na Calle Serranos, chyba ze komus zalezy na widoku za oknem (takim jak Plaza Mayor by night z Abadia Plaza) albo czyms miesnym, nie rezygnujac jednak z ladnego wystroju (Don Quijote Cafe, rowniez na Serranos, dostepne opcje wegetarianskie). W Don Mauro przy Plaza Mayor bylismy chyba najmlodsi, ale do napojow daja naprawde duze przekaski gratis i do wyboru. W Meson Cervantes ceny nie pozwalaja na delektowanie sie widokiem na Plaza Mayor z jadalni na pietrze, ale liczba lamp naftowych, starych szyldow i czarnych telefonow na metr kwadratowy robi wrazenie. Na placu mozna sobie przeciez posiedziec za darmo (wiele osob siedzi po porstu na ziemi), zerkajac na poprzebieranych gosci wieczorow kawalerskich i eleganckich absolwentow swietujacych z rodzinami wreczenie dyplomow. Wlasny lunch mozna zjesc na imponujacych schodach palacu Wydzialu Filologii na przeciwko katedry, a jesli pada i wieje, to w ichnim patio. I wreszcie slodycze – co powiecie na cztery probki pitnej czekolady w kawiarni firmy Valor zalozonej w 1881 roku?

http://www.chocolateriasvalor.es/carta/chocolates-gourmet/cuatro-sentidos-de-chocolate/1/33#chocolates-gourmet

 

Co zwiedzic? Oczywistosci sa na Starowce, ale nie przegapcie sklepu uniwersyteckiego i Archivo General de la Guerra Civil, w ktorym mozna zobaczyc odtworzona z autentycznych eksponatow… loze masonska. Na Plaza de la Concordia za domem towarowym Corte Ingles zdarzaja sie ciekawe wystawy (my zalapalismy sie na spacer po ulicach i domach rzymskiego miasta 4D, tzn. lacznie z zapachami), niektorym spodoba sie tez pobliska wieza cisnien, plac do corridy z posagami matadorow czy ogrody jezuickie po drugiej stronie rzeki. I koniecznie wejdzcie do 4-pietrowej Zary przy Calle Toro, ktora miesci sie w dawnym kosciele 😛

AVILA

May 3, 2014

Jak juz pisalam wczesniej, pojechalam do Avila nie majac pojecia, czego sie spodziewac – ot, slyszalam, ze miasto ladne, no i kojarze sw. Terese.

Przedmiescia rozczarwuja, chociaz moze i sa atrakcja dla jakiegos stesknionego krajana – wszystko bowiem, poza najatrakcyjniejszymi budynkami miasta, przypomina, bo ja wiem, duza Mosine? Slupsk bez blokow? Klimaty bardzo swojskie. W dodatku na skromnym, brudnawym Plaza Mayor z miejsca atakuja cie (niezwykle egzotyczni dla kogos z SanSe) naganiacze restauracyjni z ulotkami: “Dzis wszystkie pierwsze dania z Menu 2 w cenie Menu 1, a dla pary nasz slynny stek na spolke za jedyne…”. Po kilku takich monologach Ru musial dochodzic do siebie dobre 20 minut – w Nonostii mozna machac kelnerowi pieniedzmi przed nosem, zeby mu zaplacic, a i tak cie ignoruje. Bardzo polskie jest tez miejscowe centrum informacji turystycznej – ma jakies piec opustoszalych poziomow (tylko na parterze smutna pani siedzi jak trusia), schody ruchome, windy, bajery, ale nie ma map gratis ani prawie zadnych ulotek.

Jak tam dojechac? Koniecznie z Toledo – lasy afrykanskich akacji (chyba, ze mam omamy, albo nie znam sie na drzewach), kilka zamkow na wzgorzach, a na koniec calkiem przyzwoite gory.

Gdzie sie zatrzymac? Zdajac sie na Internet, na kempingu w malowniczej Valle de Iruelas nad gorskim zbiornikiem retencyjnym.

Gdzie sie posilac? Jesli lubicie 800-gramowe steki, trafiliscie do raju. Podobnie, jesli nie lubicie przypraw – wtedy czeka na was niedoprawiona zupa z rozmoczonym chlebem i sredniawa fasolka “po bretonsku” z puree pomidorowo-ziemniaczanym (nice comfort food, ale nie za te pieniadze). Czepiam sie, po prostu jadlam tylko w jednym miejscu (Reyes Catolicos). Na pocieszenie maja fajne wielkie reprodukcje np. “Madonny z lasiczka” Da Vinci.

Co zwiedzic? Przede wszystkim obejsc mury miejskie – co w nich takiego niezwyklego, niech pozostanie dla was niespodzianka. Zajrzelismy tez do muzeum w Szkole Garnizonowej – zmusza do myslenia (armia a logistyka, armia a wiedza na temat wlokien), ladny budynek i ciekawe pamiatki z okresu wojny domowej – z naszej perspektywy wszystko na opak: np. forma plakatu sie zgadza, tresc sie zgadza (“Robotniku!”), tyle ze strasza socjalizmem, zamiast go wielbic.

A co ze swieta Teresa? Coz, na najladniejszym placu miasta znajdziecie specjalistyczny sklep “Santa Teresa” ze… slodyczami i innymi produktami “gourmet”. Musze przyznac, ze bombonierki w swieta Terese i laleczki swieta Tereska powalily mnie na lopatki – toz to lepsze od Lichenia! Rewelacyjne prezenty dla znajomych apostatow :p

http://www.yemasdesantateresa.es/tienda2/product_info.php?cPath=66&products_id=265

http://www.santateresagourmet.com/sushi/

Jesli zastanawiacie sie, co to jest “yema”, spiesze doniesc, ze niestety nie chodzi o elegancki sloiczek z koglem-moglem:

http://www.santateresagourmet.com/productos/23-yemas-de-santa-teresa

Inne ciekawe produkty:

Ki diabel? http://www.santateresagourmet.com/productos/47-huevo-hilado

Avila do jedzenia http://www.santateresagourmet.com/productos/28-murallitas-de-santa-teresa

Nareszcie cos dla wegan http://www.santateresagourmet.com/productos/53-ajoblanco

TOLEDO

May 3, 2014

Przede wszystkim musicie wiedziec, ze podrozujemy w ciemno – tzn. wiemy, gdzie jest kemping, ale nie sprawdzamy w zadnych przewodnikach, co wypada nam zwiedzic, zeby sie nie stresowac i spontanicznie odkrywac dane miasto. W Bordeaux przegapilismy w ten sposob jakis palac na wodzie czy cos, ale pobyt tam i tak uwazam za bardzo udany 🙂 Osobiscie nie czytam (juz) przewodnikow, bo po pierwsze i tak pozniej nie pamietam, w ktorym roku zbudowano kosciol swietego Kryspina, a pod drugie drazni mnie czy tez smieszy to cale odhaczanie – widzielismy x, zrobilismy sobie tam zdjecie, to teraz czas na y. Ja jestem nerwowa, i jesli nie mam czasu na y z listy, robi mi sie smutno. Albo np. w Japonii wiedzialam czasem wiecej od pana przewodnika i mnie to irytowalo. Polecam jednak wizyte w szwedzkim Trollhattan, ktore odkrylam wlasnie na zasadzie “przeczytaj Lonely Planet/ Rough Guide o Szwecji i wybierz miasto, ktore najbardziej ci sie podoba, a nie po prostu Sztokholm”. So posh, so hipster! 😛

Toledo jest miastem idealnym do beztroskiego szwendania sie, bo tamtejsza starowka to jeden wielki disneyowski zamek – a raczej disneyowskie zamki to jedno wielkie Toledo. Kiedys myslalam, ze widoczki z serii “miasto o wielu wiezach na szczycie wzgorza” to cos rownie bajkowego jak jednorozec – teraz wiem, ze te wszystkie krajobrazy wywodza sie z Hiszpanii :p A Toledo to nie tylko socjalistyczny cukierek 😉 (choc osobiscie wolalam “paryskie” i “Romeo”).

Toledo jest wiec beżowym/bezowym miastem polozonym na wgorzu nad malowniczym wawozem, miastem pelnym kosciolow, waskich uliczek oraz sklepikow z ceramika i… Hello? Na wiekszosci wystaw kroluja bowiem noze i miecze. Setki nozy, dziesiatki mieczy. Na co drugiej wystawie. Ewentualnie figurki rycerzy albo bizuteria z “Wladcy Piercieni”, trafiaja sie tez kusze, szyszaki, herby itp. Okazuje sie bowiem, ze to wlasnie tutaj, kilkadziesiat kilometrow na poludnie od Madrytu, produkuje sie bron do takich znanych produkcji filmowych jak “LOTR”, “Gra o Tron” czy “The Hunger Games”. Fani RPG poczuja sie tu jak w raju, za to amatorzy czegos bardziej wyrafinowanego zawsze moga sie schronic w sklepiku z zydowskimi pamiatkami przy synagodze Santa Maria Blanca albo zakupic egzotyczna dla nas orczate czyli napoj z migdalow ziemnych.
IMG-20140428-WA0002

 

Gdzie sie zatrzymac? Jakby co, maja Hiltona. A tak na serio, w luksusowym kempingu “El Greco” z basenem z widokiem na miasto i cudownie szumiaca nocami rzeka, na przystanek autoobusowy prowadzi piekna aleja. Tuz obok miesci sie luksusowy osrodek, ktory mozna wynajac na wesele albo bankiecik

http://www.cigarraldelangelcustodio.com/

 

Gdzie sie posilac? Zapasami z wlasnego plecaka w przeslicznych ogrodach Museo El Greco. Za trzy euro, oprocz ogrodow i WC ;), mozna zwiedzic zrekonstruowany dom z XIVw. i zobaczyc kilkanascie obrazow slynnego emigranta, ktory wedlug mnie malowal wampiry z artretyzmem, ale co tam kto lubi. Na piwko z kolei polecam “holenderski” bar “Agapo – Indie & Food” w zaulku kolo glownego placu miasta o rewelacyjnej nazwie Zacodover.

Co zwiedzic? Jesli nie lubicie sie szwendac bez celu po waskich uliczkach (dziwni jestescie), to na poczatek mozna zaliczyc klasyczna trase turystyczna od mostu Marcina az po Museo El Greco, potem udac sie na azymut pod katedre, a nastepnie obejsc mury miejskie. Ja wpadlam tez do kosciola sw. Leokadii, bo tak ma na imie moja babcia 🙂 Jest to chyba jedyny kosciol w miescie, do ktorego nie stoi kolejka Azjatow.

LA RIOJA

April 9, 2014

W piatek zabrano mnie spod pracy do prowincji La Rioja, co brzmi moze romantycznie, ale wymagalo kilku godzin dzielenia auta z przyglucha sasiadka rodzicow Ru, ktora uparcie nazywa mnie Oiana. Jest to wscibska osobka, ktora wprasza sie na wszystkie nasze imprezy rodzinne i traktuje tate Ru jak darmowa taksowke, czemu ten sie wcale nie sprzeciwia, co doprowadza jego zone do bialej goraczki. Wesole towarzystwo, nie ma co. Na domiar zlego, okazalo sie, ze Pedro (ktory nigdy wczesniej nie byl moim kierowca) ma w zwyczaju spogladac co kilka sekund na swojego rozmowce, zjezdzajac przy tym furgonetka na biala linie pobocza. I w takich oto warunkach, w ciemnosciach, napatoczylismy sie na wywrocone do gory nogami auto, a zaraz potem na drugie, czarne, ktore na szczescie w pore zauwazylismy. Nikomu sie nic nie stalo, ba, wlasciciele auta, ktore dachowalo, zwiali na pola, pozostawiajac w swoim pojezdzie wlaczona muzyke techno. Spedzilam dobre pol godziny w ciemnosciach pilnujac naszej furgonetki i sluchajac techno, podczas gdy Ru w fluorescencyjnej kamizelce i z latarka w reku probowal ostrzec nadjedzajace (na szczescie nieliczne) samochody.

Weekend spedzilam glownie w pseudomeksykanskiej (z mojego punktu widzenia) wiosce o nazwie Arnedillo, wykradajac chwile na czytanie pierwszego tomu trylogii Millenium. Tlumacz (z szwedzkiego na angielski) troche mnie denerwowal: a to wyjasnial zbyt wiele nazywajac Slussen “sluzami Slussen” (w zamku Castle?), a to, zamiast przetlumaczyc zdania w dialekcie zostawil je w oryginale (hello?), a to z dwoch tytulow Astrid Lindgren zrobil jeden (ewentualnie byla to wpadka z kursywa). Ale ksiazka swietna i szwedzka wersja filmu tez mi sie podobala.

W sobote highlightem miala byc wizyta w goracych zrodlach, ale musze przyznac, ze o ile w zeszlym roku byla to dla mnie jakas tam ekscytujaca nowosc, teraz raczej wzbudzaja we mnie obrzydzenie. Niestety, gorace zrodla to nie basen czy jacuzzi, ktore mozna porzadnie wymyc i wydezynfekowac, i przed ktorymi ludzie biora prysznic. W dodatku woda w plytkich kamiennych zbiornikach moze i sie jakos tam wymienia (hm, pradu tam nie ma), ale te wszystkie kamyczki i wodorosty – strach pomyslec, co sie na nich osadza. Coz, moze jestem przewrazliwiona. Wieksza przyjemnosci sprawily mi zakupy w legendarnej Mercadonie oraz w argentynskim sklepie z pamiatkami, ktory ujal mnie szeroka gama dzemikow (sliwkowy z mieta? figi w brandy?) i pierwszym albumem Kate Bush w tle.

W niedziele zgodzilam sie  z glupoty wejsc na najblizsza gore, chociaz nie cierpie upalu, wysilku w upale i stromizm. Ru dzielnie przetrzymal moje przeplatane przeprosinami narzekania i przed samym szczytem pokazywal gdzie stawiac stopy. Nadal wierzy, ze to tylko kwestia przyzwyczajenia. Moze i mozna sie przyzwyczaic do wizji koziolkowania po zboczu, ale po co? Podobne pytania spedzaja mi sen z powiek przed ewentualnym 10-dniowym pobytem na kempingu w Fontainebleau – do namiotu w kwietniu tez sie mozna przyzwyczaic, ale czy nie ma ciekawszych zajec?

W drodze powrotnej zajrzelismy do gadatliwej sasiadki w miasteczku Los Arcos i do opuszczonego kamiennego domu po dziadkach w niemalze opuszczonej wiosce o nazwie Piedramillera. Chyba nigdy w zyciu nie bylam w wiejskim domu (moi dziadkowie sa z miasta), a w opuszczonym wiejskim domu to juz na pewno, mozecie wiec sobie wyobrazic moj entuzjazm przy zwiedzaniu zrujnowanej krolikarni w piwnicy czy wyobrazaniu sobie zycia w domu, w ktorym nie ma ogrzewania, i gdzie do poznych lat 80-tych prano w rzece, ktora bynajmniej nie przeplywa przez wioske. Tak, przyznaje ze wstydem, ze czulam sie jak w “Boracie”. Nie zapominajmy tez, ze jestem fanka decluttering, wiec kiedy mama Ru znalazla w nieuzywanej od 12 lat przyczepie kempingowej sweter Ru z dziecinstwa, to mialam ochote sie przezegnac.

Jak widac lubie sobie ponarzekac, ale nie bylo tak zle. Egzotyczne otoczenie pozwolilo mi sie oderwac od rzeczywistosci. Czerwone skaly, kwitnace na niebiesko rozmaryny, dziki tymianek, migdalowce, drzewa oliwne, swiezy bob z dzialki, kosy, buszowanie po sklepie pelnym drobiazgow z drewna bukszpanowego…

Poza tym, jak sie ma zly humor, zawsze mozna wygooglac:

https://www.google.es/search?q=dachshund+toy&rlz=1C1GGGE_esES486ES533&espv=210&es_sm=93&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=J5ZFU4_WD-HK0QWBzICgDw&ved=0CCgQsAQ&biw=1280&bih=845#q=owl+stuffed+toy&tbm=isch&tbs=ic:specific%2Cisc:gray

 

 

"Na sprzedaz - dzialka z 100 drzew oliwnych we wsi Herce w La Rioja"

“Na sprzedaz – dzialka z 100 drzew oliwnych we wsi Herce w La Rioja”

Dolina rzeki Cidacos zachwyca subtelnymi kolorami, gajami oliwnymi i migdalowcami

Dolina rzeki Cidacos zachwyca subtelnymi kolorami, gajami oliwnymi i migdalowcami

Herce, wioska w La Rioja

Herce, wioska w La Rioja

WIOSNA W MADRYCIE

March 10, 2014

Moje wizyty w Madrycie sa zawsze nieco dziwne.

Za pierwszym razem (listopad 2011) przyjechalam tylko na jakies 18 godzin (nie liczac 12 godzin podrozy), z czego ze 2-3 godziny spedzilam w Prado. W dodatku nie mam z tego pobytu zadnych zdjec.

Za drugim razem (czerwiec 2012) noclegi byly juz dwa, sporo ciekawych zdjec i znow 2-3 godziny w Prado. Ach, “We found love” Rihanny o 2 w nocy na Gran Vii przy jakichs 25 stopniach… Dziwne byly jednak ulickie madryce, tfu, madryckie ulice, bo trwal Gay Pride Week – nigdy wczesniej nie widzialam tylu mezczyzn w dziale akcesoriow H&M 🙂 (zwlaszcza tylu w skorzanych spodniach). Nigdy wczesniej nie spedzilam tez chyba tyle czasu w slomkowym kapeluszu.

Tym razem (marzec 2014) nawet nie zajrzalam do centrum – gdyby nie metro (i ten kulasty wiezowiec przy Avenida de America nr 37 – wygooglajcie), moglabym byc w jakimkolwiek innym hiszpanskojezycznym miescie z duzym kampusem uniwersyteckim, po ktorym lataja zielone papugi (tak!). Przez wiekszosc pobytu ledwo sie z Johanna slanialysmy na nogach (moje cialo zmagalo sie z rozkoszami dlugich godzin na siedzaca i w klimie), wiec gora o h21 ladowalysmy w lozeczkach.

Ciekawe jest to, jak bardzo czuc w Madrycie, ze jest sie, poniekad, zagranica: w oczy rzuca sie egzotyczna roslinnosc, wlosy schna w 25 minut, a przechodnie nie maja na sobie nic firm North Face, Berghaus czy Wolfskin, za to kroluje styl Latino: obcisle podkoszulki w szpic, wlosy na zel, diamentowy kolczyk w jednym uchu (patrz: siostrzeniec Ugly Betty). Gryzlysmy sie w jezyk, zeby nie uzywac “barkatu” i “aguuuur”.

Najfajniejsze z calego pobytu byly dla mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, mieszkalysmy w katolickim meskim akademiku. To ja go wynalazlam – po prostu byl najbliszym hotelem wedlug Google Maps. Nie mam pojecia, dlaczego nas przyjeli, ale za 40 euro oferuja lsniacy nowoscia pokoj jednoosobowy z lazienka i sniadaniem oraz niezapomniane przezycia z cyklu Asia przechodzi przez swietlice pelna 19-latkow grajacych w bilard, dwie Asie wchodza do stolowki itp.

2014-03-07 14.53.50

Drugim highlightem konferencji bylo wylapanie w tlumie, juz pierwszego dnia, kogos w rodzaju ulepszonego sobowtora aktora Geoffreya Rusha – powiedzmy, Geoffreya Rusha udajacego wysokiego, wychudzonego angielskiego arystokrate o starannie ulozonej, bujnej fryzurze. (Dla niewtajemniczonych dodam, ze G.R. do przystojnych nie nalezy i ma 60tke – chodzi o charyzme i docenianie talentu). Drugiego dnia wylapalam, ze nieznajomyma na imie Gerard, wszystko wiec ukladalo sie w logiczna calosc – australijska mamusia nadala synom imiona na “g” 😉 Trzeciego dnia okazalo sie, ze Gerard prowadzi prezentacje, na ktora sie wybralam – jest nauczycielem w International House Barcelona, wiec jesli nie zejdzie z tego swiata (nie wiem, czy zawsze jest taki chudy), a ja znowu postanowie byc masochistka, byc moze zobacze go w przyszlym roku.

Masochistka, bo jakze inaczej mozna nazwac dobrowolne spedzenie slonecznego weekendu w klimatyzowanym autokarze i klimatyzowanych salach wykladowych – nie cierpie klimy i nie cierpie siedziec na zwyklym krzesle. Brr. W dodatku konferencje organizuja w weekendy, przez co nie ma kiedy po takim wyjezdzie wypoczac. O nierownym poziomie prezentacji i potrzebie sprawdzenia zaprezentowanych metod, portali i aplikacji w domowym zaciszu nie wspominajac. Ale fajnie bylo nagadac sie z Johanna, troszke podmotywowac, no i ten caly Gerard i papugi 😛

Sloneczny weekend

Sloneczny weekend

A jak sobie poradzilam na moim pierwszym weganskim wyjezdzie, spytacie? Coz, przede mna daleka droga. Np. w piatek odruchowo zamowilam na sennosc “cafe con leche”. Ups. Z gapiostwa dalam tez sobie nalozyc kazdego dnia (i kazdego dnia w innej stolowce) porcje frytek, zamiast po prostu zjesc warzywa z chlebem, no i wiadomo, skoro mi juz je nalozono… Powinnam tez wozic ze soba wiecej zapasow (mialam niemleko, ciasteczka, daktyle, czekolade 99%, migdaly…), bo na dworcu autobusowym najbardziej weganskim daniem byla salatka z majonezem i tunczykiem. Polecam za to wszystkim superpikantne burrito w Cafe Glace w miasteczku uniwersyteckim (not pictured)

2014-03-08 13.47.06